Call of Duty: Advanced Warfare - czyli nie do końca znowu to samo Gry

Call of Duty: Advanced Warfare - czyli nie do końca znowu to samo

opublikowano przez redakcja w dniu 2014-11-06

Osoby modlące się u rychły upadek Call of Duty muszą modlić się dalej. Może i nie jest to nowy Modern Warfare, ale powiewu świeżości odmówić mu nie sposób.

marketplace
Ocena benchmark.pl
Plusy

dynamiczna, diablo szybka i intensywna rozgrywka – zarówno w single, jak i multi; postać głównego złego, wykreowana przez Kevina Spacey; powodujące opad szczęki animacje twarzy w przerywnikach filmowych; świeżość rozgrywki wieloosobowej za sprawną wprowadzonych egzoszkieletów; w dalszym ciągu uzależniające multi

Minusy

przeciętna oprawa wizualna (XONE), brak zapadających w pamięci momentów z kampanii dla pojedynczego gracza, za to całkiem pokaźna liczba sytuacyjnych absurdów i błędów technicznych; durnota A.I. – kompanów jak i przeciwników; miejscami szwankujące punkty kontrolne

Wiecie, w trakcie mojego cichego wypatrywania nowej części Call of Duty wielokrotnie drapałem się po głowie, rozmyślając co dalej z tą serią. Z jednej strony w moim sercu tliła się niewymuszona nadzieja na świeżość i nową jakość, bo oto wreszcie nadchodzi CoD ukierunkowany bezpośrednio na next-geny, nie zaś przytargany tam z PS3 i Xboksa 360, jak miało to miejsce w przypadku nieco miałkiego dla mnie Call of Duty: Ghost. Z drugiej jednak, stojąca za produkcją ekipa Sledgehammer, w związku z dziką jazdą pod tytułem Modern Warfare 3 (patrz: ramka) nie bardzo pokazała nam swój potencjał i pełnię możliwości. Tym samym, na obawy i brak wiary w nachodzący projekt pozostało jeszcze całkiem sporo miejsca. Jak się jednak okazuje, wszystko to niesłusznie, bo Sledgehammer podołał powierzonemu mu zadaniu – nawet jeśli tylko połowicznie.

Call of Duty: Advanced Warfare screen z gry

„Jest nas trzech. Przeciwko całej armii. To samobójstwo.”

Chociaż seria Call of Duty rozgrywką wieloosobową stoi, nietaktem byłoby nie sprawdzić, jakie to pięciogodzinne kino akcji zaserwowali nam twórcy przy okazji swojego najnowszego „dzieciątka”. Fabuła Advanced Warfare przenosi nas bowiem do roku 2054, gdzie super-hiper-nowoczesna technologia i potężne, paramilitarne organizacje sprzedające swoją potęgę na całym globie są na porządku dziennym (w tym miejscu pragnę pozdrowić pioniera wspomnianej branży – Solidnego Węża – jak i jego Militaires Sans Frontières). Codziennością jest tu także wojna Korei Północnej z Południową, gdzie główny bohater gry Jack Mitchell i podobno jego najlepszy przyjaciel Will Irons stawiają swoje pierwsze kroki w US Marines. Podobno, bo chemii i zażyłości pomiędzy wspomnianymi panami dostrzec nie sposób, przez co empatia względem ginącego na końcu pierwszej misji Ironsa była dla mnie nieosiągalnym celem.

Call of Duty: Advanced Warfare żołnierze

I proszę, nie oskarżajcie mnie w tym miejscu o spoiler – wymienioną wyżej śmierć zobaczyć mogliśmy już w trakcie pierwszej prezentacji gry na będących już przeszłością targach E3. I to niestety nie jedyny przypadek, w którym to Advanced Warfare zawczasu sprzedaje nam swoje fabularne rewolty. Mistrzowsko zagrany przez Kevina Spacey prezes korporacji Atlas, do której to dość szybko trafi nasz bohater, również przedwcześnie zdradził swoje przejście na ciemną stronę Mocy, wykonując pamiętny monolog o demokracji w jednym z przedpremierowych materiałów. I chociaż koniec końców ciężko jest się za to na grę gniewać (fabuła i tak jest przewidywalna do bólu), namiętne „spoilerowanie” samego siebie mimo wszystko stanowi dla mnie zjawisko nowe i zaskakujące.

Call of Duty: Advanced Warfare akcja

Skłamałbym jednak pisząc, iż ta przetrawiona już i lekkostrawna, fabularna papka w jakimkolwiek większym stopniu zniechęciła mnie do siebie bądź zaskoczyła nadmierną ilością idiotyzmów (te w kampanii single player pojawiają się gdzie indziej, ale o tym za chwilę). Advanced Warfare nie serwuje nam aż tak szaleńczego i durnie uzasadnionego śmigania z jednej strony globu na drugą, jak bywało to w poprzednich częściach serii, a całość w trakcie wpatrywania się w napisy końcowe pozostawia po sobie raczej przyjemne uczucie. Szkoda tylko, iż w trakcie tego całego wpatrywania się nie potrafiłem przywołać ani jednego momentu „wow” i „ale urwał!” z doświadczonej kampanii – fabuła i wszelkie składające się na nią akcje w Advanced Warfare zlewają się bowiem w jedną i wielką masę strzelania, skakania, chodzenia po ścianach jak Spider-Man i jazdy na lewitujących motorach. Drugiej bomby atomowej z Modern Warfare w tej serii już chyba nie będzie i każdy bardzo dobrze zdaje sobie z tego sprawę.

Call of Duty: Advanced Warfare Kevin Spacey.

A skoro już tak wspominamy rzeczy, który były, a nie wrócą – kolejnego kapitana Price’a, Soapa i Ghosta w Advanced Warfare też ze świecą szukać. Co prawda świetnie wykonane modele postaci czy wręcz oszałamiające animacje ich twarzy w trakcie przerywników filmowych zrywają bambosze ze stóp, jednak poza głównym złym, w pamięci nie zostaje tu na dłużej absolutnie nikt. Zaistniała sytuacja to oczywiście zasługa zaprzężonego do produkcji, jednego z najlepszych aktorów Hollywood.I w tym miejscu trochę szkoda, że równie utalentowany Troy Baker ograniczyć musiał się do postaci tak mało wyrazistego żołdaka, jakim jest Mitchell. Jak już jednak wspomniałem, na fabule nowego Call of Duty wielkich psów wieszać się nie da, co z drugiej strony trudno jest powiedzieć już o technicznej warstwie trybu dla pojedynczego gracza, jak i kilku momentach niezwiązanych bezpośrednio z narracją.

Call of Duty: Advanced Warfare Mitchell

„Przejdź na drugą stronę ulicy, Mitchell!”

W trakcie tych kilku godzin, jakie spędziłem pochylony nad „singlem” Advanced Warfare, niemal każda misja waliła mnie plaksaczem w twarz jakimś absurdem. W pierwszej z brzegu, noszony przez naszego wojaka egzoszkielet, dający nam możliwość wystawiania metalowych drzwi z zawiasów jednym kopniakiem, nie jest w stanie obronić nas przed chmarą latających dronów – do tego celu świetnie nadają się za to zdobyczne drzwi, wyrwane z zaparkowanego nieopodal auta. Czyżby nieustępliwe maszyny dotknięte zostały nieznaną ludzkiemu gatunkowi fobią przed tak podstawowym elementem każdego samochodu? Odpowiedzi na to pytanie gra nie serwuje, pod nos podsuwając mi jednak kolejne, śmiechu warte momenty. Koleżanka z zespołu dotyka klamki, która to w mgnieniu oka przestrzelona zostaje przez snajperski pocisk. Następnie, w pełni oskryptowanym ruchu wyrzuca za drzwi granat dymny, wychodzi i… zgrania kulę w plecy, z nowopowstałej rany plując posoką na dobre pół metra. Ukończone przez nią szkolenie Specnazu świetnie przygotowuje chyba jednak na ból tej kategorii, bo dziewoja nie wydaje z siebie ani jednego dźwięku. W chwilę później wybucha rzucony przez nią granat, a ja kroczę dalej, kręcąc głową w niedowierzaniu.

Call of Duty: Advanced Warfare Mitchell
Trojaczki czy armia klonów? Dodam, że odziane w zieloną kurtkę panie wysłuchują właśnie propagandowego przemówienia, wygłaszanego z pełnym wsparciem głośników ze sceny w obozie osób, które w wyniku wojny straciły swój dom. Początek misji wskazywał godzinę 24:00. Bo sen jest dla słabych.

To oczywiście nie koniec dziwnych przypałów w wykonaniu nowego Call of Duty – gdzieś tam zmaterializuje się jeszcze wysadzona skryptem ściana, a w innym miejscu porzucony przez wroga karabin unosi się nieco nad powierzchnią ziemi. Nie mam pojęcia, czy pozostałe wersje gry również cierpią na podobne przypadłości, ale w ogrywanej przeze mnie wersji dedykowanej Xbox One od opisanych akcji rzadko miałem przerwę dłuższą niż jedna, dwie misje. Techniczny brak szlifów często przeplatał się tu więc z procederem „kopiuj & wklej”, którego szczytem był już zaprezentowany na zdjęciu poniżej, wyrwany rodem z Froggera moment przejścia na drugą stronę ulicy. Pomimo toczącego się na terenie miasta konfliktu zbrojnego ludzie pędzą do roboty jak zwariowani, rozjeżdżając komandosów bez opamiętania, a kierowcy autobusu urządzają sobie wyścigi. Słów brak, a dodatkowo mój kompan z uporem maniaka powtarza mi, że mam przejść na drugą stronę – i to pomimo faktu, że wręcz roi się tam jeszcze od przeciwników.

Call of Duty: Advanced Warfare Mitchell

Między młotem a kowadłem – skąd się wzięło Sledgehammer Games?

Studio Sledgehammer Games to twór prawdziwych weteranów branży gier, w postaci Glena Schofieldai MichaelaCondreya. By nie odbiegać daleko w przeszłość, wspomniany duet odpowiedzialny jest za założenie Visceral Games i powstanie pierwszej części prześwietnego DeadSpace’a. Panowie opuścili jednak szeregi studia jeszcze przed produkcją kontynuacji. Ich drogi z Activision i serią Call of Duty schodzą się w momencie, w którym Glen i Michael postanawiają przenieść sukces pierwszej części przygód Issaca Clarke’a na grunt dochodowego FPS’a, tworząc trzecio osobowy (!) spin-off Call of Duty pod skrzydłami Boba Koticka. Po 6 miesiącach prac panowie dysponują już nawet w pełni grywalnym, 15-minutowym prototypem, jednak dokładnie w tym momencie nad Activision zbierają się ciemne chmury, jak i uderza pierwszy piorun – rozpoczyna się prawna bitwa pomiędzy wydawcą, a InfinityWard, zakończona odejściem Jasona Westa i Vince’aZampelli. Chłopaki zabierają ze sobą połowę zespołu z IW i lecą dłubać nad Titanfallem, a Activision z drugą połową i 20 miesiącami deadline’u głowi się, jak dokończyć Modern Warfare 3. W tym momencie na scenę wskakuje Sledgehammer, zmuszone porzucić swój pierwszy projekt i wymieniając pomysły z InfinityWard, kończy perypetie kapitana Price’a. Po premierze tytułu wrzucone pomiędzy młot a kowadło studio poślęczy jeszcze nieco nad DLC dla wspomnianej produkcji, jednocześnie biorąc się za bary z już całkowicie autorskim Advanced Warfare.