Japonia w Forza Horizon 6 nie jest jedną z tych gier, które robią wrażenie w pierwszych dwóch godzinach, a potem zaczynają się nużyć. Im dłużej jeżdżę, tym bardziej doceniam, jak bardzo ta mapa jest gęsta i nieoczywista. Te momenty, kiedy z neonowej dzielnicy wjeżdża się w ciszę górskiej przełęczy i człowiek zwalnia, bo po prostu chce popatrzeć - to coś, co można dostrzec dopiero po kilku tygodniach rozgrywek. Rzadko zdarza mi się w grze wyścigowej zdjąć nogę z gazu bez żadnego powodu fabularnego - tutaj robię to regularnie.
To, co zaskoczyło mnie najbardziej, to jak dobrze ta gra znosi powtarzalność. Festiwalowa formuła Horizon od lat wygląda podobnie na papierze - zbieraj punkty, odblokowuj kolejne strefy, ścigaj się z coraz mocniejszymi rywalami - ale w japońskiej odsłonie ten schemat mniej mi przeszkadza, niż się spodziewałem po czterech i pół roku przerwy od poprzedniej części. Chyba dlatego, że sama jazda - ślizgi, wyczucie nawierzchni, różnica między prowadzeniem rdzewiejącego kaszlaka a wytunowanego potwora - jest tu na tyle satysfakcjonująca, że mogę robić w kółko podobne rzeczy i wciąż się nie znudzić tak szybko, jak myślałem.
Zmęczenie przychodzi z innej strony
Jeśli miałbym uczciwie powiedzieć, kiedy zaczynam odkładać pada, to nie jest to moment zmęczenia trasami czy mechaniką jazdy. To raczej te chwile, kiedy gra przestaje ufać, że wiem, co chcę robić, i prowadzi mnie za rękę przez kolejny etap swojej struktury. Mam wrażenie, że po godzinach spędzonych w tym świecie chciałbym częściej po prostu wsiąść do wybranego auta i pojechać tam, gdzie mam ochotę - a zamiast tego regularnie łapię się na tym, że najpierw muszę odhaczyć coś, co gra uznała za kolejny krok w mojej podróży.
WIDEOCzy ten obiekt to pierwszy odkryty egzoksiężyc? Jest pewien problem
Wcześniej Horizon dawał mi wrażenie festiwalu, na który przyjechałem i robię, co chcę. Tutaj częściej czuję się jak ktoś, kto dostał program dnia i musi się go trzymać, żeby dotrzeć do fajniejszych rzeczy później.
Japonia jako miejsce, nie tylko jako tor
Z perspektywy kogoś, kto lubi podróżować, najbardziej zapadło mi w pamięć to, jak twórcy poradzili sobie z pokazaniem kraju, a nie tylko jego dróg. Nocne zloty na parkingach, lokalne wydarzenia wplecione w równoległą kampanię, atmosfera japońskiej kultury motoryzacyjnej - to wszystko po tygodniach grania wciąż działa na wyobraźnię, mimo że skończyły się już pierwsze emocje związane z samym faktem, że "to przecież Japonia!". To rzadkość, żeby otwarty świat w grze wyścigowej budził we mnie ochotę na realną podróż w to miejsce - a Forza Horizon 6 skłoniła mnie do tego, że od kilku tygodni regularnie szukam lotów do Japonii.
Garaż, do którego wracam z innego powodu, niż myślałem
Ciekawe jest też to, jak zmienił się mój stosunek do kolekcjonowania aut. W dniu premiery ekscytowałem się każdym nowym samochodem, który wpadał do garażu - klasyczny odruch z każdej wcześniejszej odsłony serii. Po dwóch miesiącach ta ekscytacja wygląda inaczej: rzadziej cieszę się z samego faktu posiadania kolejnego auta, częściej z tego, że w końcu trafiam na trasę, na której dany samochód naprawdę się sprawdza. To drobna zmiana w sposobie grania, ale chyba świadczy o tym, że gra ma na tyle zróżnicowane środowisko, że dobór auta do konkretnej drogi zaczyna mieć znaczenie większe niż sama liczba koni w garażu.
Zauważyłem też, że więcej czasu spędzam teraz na robieniu rzeczy, które w dniu premiery wydawały mi się dodatkiem, a nie sednem zabawy - fotografowanie tras o różnych porach dnia, szukanie miejsc, w których dynamiczna pogoda robi największe wrażenie, czy po prostu jazda bez celu przez wioski, których nikt mi nie każe odwiedzać. To dobry znak. Gry, które po tygodniach zaczynają nagradzać takie bezcelowe błądzenie, zwykle mają solidniejsze fundamenty niż te, które trzymają się wyłącznie przy wyznaczonych celach.
Czy warto wracać po dwóch miesiącach?
Gdybym miał ocenić tę grę w dniu premiery, prawdopodobnie napisałbym entuzjastyczny tekst o najlepszej mapie w historii serii - i to wciąż byłaby prawda. Ale to, co zostaje po dłuższym obcowaniu z Forza Horizon 6, jest ciekawsze niż premierowy zachwyt: to gra, która potrafi utrzymać uwagę dłużej, niż zakładałem, właśnie dzięki temu, jak dobrze zbudowany jest sam świat do jazdy, a nie dzięki systemom, które miały tę jazdę porządkować.
Wracam do niej nie dlatego, że czuję presję ukończenia kolejnego etapu festiwalu, tylko dlatego, że czasem mam ochotę po prostu przejechać się przez góry o zachodzie słońca. I to chyba najlepsza rekomendacja, jaką mogę dać grze kilka tygodni po premierze - lepsza niż jakakolwiek lista plusów i minusów spisana w dniu premiery.