Misja, o której od kilku dni głośno w branży kosmicznej, wystartowała znad Pacyfiku – w rejonie położonym mniej więcej w połowie odległości między Hawajami a północną Australią. Na orbitę trafił satelita Link zbudowany przez Katalyst. Zadanie jest jasne: Link ma podejść do niemal dwudziestoletniego satelity NASA Swift i wykonać manewry, które uchronią obserwatorium przed rychłym zejściem z orbity. Bez takiej interwencji Swift – według założeń akcji – w ciągu kilku miesięcy mógłby spaść na Ziemię. Projekt zwraca uwagę również tempem realizacji, rzadko spotykanym w tego typu przedsięwzięciach.
Zainteresowanie misją wynika także z jej pilnego charakteru. NASA – jak wynika z przekazywanych informacji – od dłuższego czasu miała świadomość, że na uratowanie cennego instrumentu naukowego pozostaje niewiele czasu. Agencja zdecydowała się więc zwrócić do firm komercyjnych, oczekując w trybie przyspieszonym propozycji, jak rozwiązać problem. Najkorzystniejszą ofertę przedstawił startup Katalyst, który zobowiązał się zbudować i wysłać na orbitę maszynę ważącą niemal pół tony w mniej niż dziewięć miesięcy — proces, który wcześniej zazwyczaj rozciągał się na lata.
Do wyniesienia Linka wykorzystano rakietę Pegasus XL. Sprzęt przetransportowano z Wirginii na wyspę Kwajalein na Wyspach Marshalla, a wybór nośnika nie był przypadkowy: Pegasus XL pozwalał precyzyjnie wejść na orbitę o bardzo nietypowym nachyleniu, zgodną z trajektorią satelity Swift. Start opóźniło kilkudniowe oczekiwanie na odpowiednią pogodę. Ostatecznie rakietę uruchomiono wczesnym rankiem, odpalając ją spod skrzydła samolotu L-1011 na wysokości przelotowej.
Milion satelitów na orbicie? To koniec badań wszechświata
Sam proces umieszczenia Linka na orbicie zamknął się w czasie krótszym niż osiem minut. NASA przekazała następnie, że satelita utrzymuje łączność z Ziemią, co uznano za pierwszy istotny etap powodzenia całej operacji. Na pokładzie Linka znalazły się m.in. autonomiczne ramiona oraz napędy plazmowe — to one mają umożliwić bezpieczne zbliżenie się do Swifta i próbę połączenia się z obserwatorium. NASA zapowiedziała, że w nadchodzących tygodniach Katalyst będzie testował systemy satelity, a potem przygotowywał podejście do Swifta oraz inspekcję starszej konstrukcji.
Specjaliści zwracają uwagę, że przedsięwzięcie obarczone jest dużą niepewnością. Dotąd nie przeprowadzano na orbitach podobnej operacji na satelicie, który nie był przygotowany do serwisowania ani chwytania przez inne urządzenie. Wśród problemów wymienia się m.in. niepewny stan osłon termicznych Swifta oraz brak dokumentacji wskazującej potencjalne miejsca uchwytu. Kieran Wilson z Katalyst zaznaczał, że na Swifcie nie ma dedykowanych uchwytów do złapania, a jednocześnie brakuje materiałów, które wskazywałyby, gdzie takie punkty mogłyby się znajdować; podkreślał przy tym przekonanie, że Swift potrafi odpowiednio się ustawić.
Powód całej operacji nie ogranicza się wyłącznie do sentymentu wobec zasłużonego obserwatorium. Swift wciąż pozostaje istotnym narzędziem badawczym, wykorzystywanym m.in. do wykrywania silnych rozbłysków gamma. Równolegle misja ma znaczenie technologiczne: jej ważnym celem jest sprawdzenie, czy da się naprawiać i obsługiwać satelity w sposób, którego nie przewidziano na etapie projektowania. To podejście ma wprowadzać większą elastyczność w zarządzaniu starzejącą się infrastrukturą kosmiczną.
Według przedstawicieli Katalyst podobne działania mogą zmienić podejście do eksploatacji obiektów na orbicie. Firma przekonuje, że schemat, w którym satelita po zakończeniu służby ostatecznie spala się w atmosferze, nie musi być standardem. Robert Lamontagne, wiceprezes spółki, argumentował, że powinno być możliwe uzupełnianie paliwa, modernizowanie oraz naprawianie satelitów nawet wtedy, gdy pierwotnie nie planowano takiej obsługi — i właśnie w tym kierunku Katalyst chce przesuwać rynek.