Osobisty trener na nadgarstku, czyli od kanapowca do maratończyka
Największą zaletą dzisiejszych smartwatchy i zegarków sportowych nie jest to, że potrafią policzyć kroki podczas spaceru z psem, choć to też miłe i przydatne wielce. Kluczowe jest jednak to, co te urządzenia robią z zebranymi danymi. Prawdziwa magia kryje się bowiem w algorytmach.
Współczesny inteligentny zegarek potrafi precyzyjnie ocenić naszą wydolność, jak chociażby pułap tlenowy, czyli VO2 max. Potrafi zmierzyć tętno, podczas biegu czy jazdy na rowerze wyliczyć generowaną moc, długość kroku czy kadencję – liczbę obrotów korbą na minutę. Co to oznacza w praktyce dla kogoś, kto dopiero wstaje z kanapy? Przede wszystkim koniec z trenowaniem "na oko".
Zamiast katować się morderczym biegiem pierwszego dnia i przez kolejne dwa tygodnie leczyć zakwasy lub kontuzję (byłem w tym miejscu i nie polecam), zegarek podpowie nam dokładne strefy tętna. Poprowadzi za rękę przez treningi interwałowe i wprost zawiadomi: "stary, dzisiaj zwalniamy, idziemy na spokojny rozruch." Co więcej, dojrzałe ekosystemy potrafią analizować aktualne obciążenie treningowe i ostrzec przed przetrenowaniem.
Czy z powyższego wynika, że smartwatch stał się dziś małym sztabem szkoleniowym? Może to trochę na wyrost, bo to dość oczywiste, że zegarek nie zastąpi trenera personalnego i indywidualnie dla nas uszytego planu treningowego, stworzonego przez osobę, która lata poświęciła na naukę, ale… Zegarek sprawi, że możemy poczuć się prawie jak zawodowiec, mając wsparcie wirtualnego trenera w wymiarze 24/7, a to już całkiem fajna sprawa.
Zrzucić kilogramy z głową – w tym smartwatch pomoże na pewno
No dobra, to wiemy, że smartwatch pomaga w treningach, ich planowaniu i analizie efektów. Co zatem z redukcją wagi? Każdy, kto choć raz próbował zrzucić kilka kilogramów, wie, że to matematyka: bilans kaloryczny musi być ujemny. I w tym miejscu smartwatch okazuje się narzędziem bezcennym.
Zegarek mierzy naszą podstawową przemianę materii, dodaje do tego kalorie spalone podczas planowanych aktywności (u mnie podlicza wszystko, od koszykówki, przez rower, po wieczorne machanie hantlami, jak mnie najdzie fantazja) oraz tzw. aktywność pozatreningową (zwykłe chodzenie po schodach czy krzątanie się po domu). Dzięki temu otrzymujemy zaskakująco dokładny wgląd w to, ile energii realnie zużywamy w ciągu doby.
Dane zbierane przez smartwatcha, w połączeniu z aplikacjami mobilnymi i zaszytymi tu i ówdzie algorytmami pokazują nam dokładnie, na ile kalorycznych ustępstw możemy sobie jeszcze danego dnia pozwolić. Dodajmy do tego motywujące powiadomienia zachęcające do rozprostowania kości po trzech godzinach siedzenia przed monitorem i nagle okazuje się, że gubienie wagi przestaje być drogą przez mękę, a staje się czytelną, turbo grywalną zabawą w zbieranie punktów i spalanie kalorii.
Sen i regeneracja, czyli coś, czego nie wolno zaniedbywać
Możesz trenować jak zawodowiec i trzymać idealną dietę, ale jeśli kładziesz się spać o 2:00 w nocy, wpatrując się wcześniej w ekran smartfona, twoje wysiłki pójdą na marne. To taki twist edukacyjny, ode mnie, dla was, bo pamiętam doskonale, że kiedy przygotowywałem się do pierwszego gravelowego ultra i myślałem, że jestem w formie życia, niedobory senne, to wieczne niedospanie, sprawiły, że sam wyścig to była droga przez mękę. Ot, regeneracja siadła całkowicie i choć ciało dowoziło pod względem, hm, siłowo-mechanicznym, to sił nie było w człowieku w ogóle.
Tak, tym samym tu dochodzimy do funkcji, którą sam cenię w nowoczesnych zegarkach najbardziej – do zaawansowanej analizy snu oraz regeneracji. Nowoczesne czujniki w smartwatchach nie mierzą już tylko tego, czy rzucamy się na łóżku. Badają fazy snu (głęboką, lekką, REM), mierzą saturację krwi (SpO2), tętno spoczynkowe oraz zmienność rytmu zatokowego (HRV). Na tej podstawie systemy – takie jak, chociażby wskaźniki gotowości do treningu, BioCharge od Amazfita czy Garminowe Body Battery – serwują nam prosty, czytelny komunikat: "dzisiaj masz 85 proc. energii, ciśnij na treningu albo twoja regeneracja jest na poziomie 20 proc., odpuść, bo łapie cię infekcja".
Takie informacje znajdziemy też w smartwatchach od Huawei, u Apple, w Polarze, Corosie czy Suunto. W sumie chyba każdy szanujący się gracz na smartwatchowym tynku zaimplementował podobne funkcje w swoich urządzeniach.
Co ciekawe, sam zaskakująco często obserwuję, jak zegarek trafnie przewiduje nadchodzące osłabienie organizmu, zanim zacznę odczuwać pierwsze objawy rozbicia. Ot, ostatnio testowany przeze mnie Huawei Watch GT 7 Pro bardzo trafnie ocenił mój aktualny stan wytrenowania i regeneracji. Potwierdził tym samym moje obserwacje – śledzenie jakości snu pozwala zauważyć zależności: jak ciężka kolacja, coś miłego wypite po treningu czy choćby późne wyjście na trening drastycznie obniżają jakość naszego wypoczynku. To bezcenna wiedza, która realnie zmienia nawyki.
To w końcu smartwatch czy zegarek sportowy?
Szukając asystenta do walki o lepszą formę i zdrowie, staniemy w końcu przed dylematem: wybrać typowy smartwatch czy typowy zegarek sportowy? Cóż, to podział trochę dziś nieaktualny. Ciągle możemy przyjąć, że typowy smartwatch to przedłużenie smartfona. Poczytamy na nim e-maile, porozmawiamy przez głośnik, zapłacimy w sklepie i odpiszemy na wiadomości. Słaby punkt? Bateria, którą zazwyczaj trzeba ładować codziennie lub co dwa dni.
Zegarek sportowy stawia z kolei na bezkompromisowy czas pracy na baterii – spokojnie kilkanaście dni na jednym ładowaniu z pełnym obłożeniem treningowym. Do tego dochodzą wytrzymała konstrukcja, tytanowe koperty, szafirowe szkła i topowe moduły GPS do nawigacji w lesie czy górach.
Dlaczego wspomniałem, że to podział nieco nieaktualny? Otóż te dwa światy coraz mocniej się ze sobą mieszają. Zegarki sportowe dostają funkcje rozmów i powiadomień, a klasyczne smartwatche instalują coraz lepsze czujniki biometryczne. Przykładem znowu niech będzie Huawei Watch GT 7 Pro, czy testowany przeze mnie kilka miesięcy temu Huawei Watch Fit 5 Pro. Oba stylistycznie prezentują się pięknie, są technologicznie zaawansowane i bardzo smartwatchowe w swoim gadżeciarskim rodowodzie, a przy tym mają wybitne baterie i funkcje sportowe z prawdziwego zdarzenia.
DLA CIEBIECyfrowy Polak - Wykluczenie cyfrowe
Czy warto wdrożyć asystenta na nadgarstek?
Nie czarujmy się – sam zegarek nie przebiegnie za nas maratonu, nie schudnie i nie pójdzie wcześniej spać. To wciąż tylko urządzenie. Jednak jako narzędzie do budowania świadomości własnego ciała, wiecie, ograniczeń i możliwości, nie ma sobie równych.
Smartwatch daje to, co w procesie zmiany nawyków jest najważniejsze: czarno na białym pokazuje twarde dane. Przekłada abstrakcyjne pojęcia, takie jak "zmęczenie", "kondycja" czy "dobry sen" na czytelne cyfry i wykresy. Dla kogoś, kto szuka dodatkowego motywatora, chcąc zacząć ruszać się z głową, poprawić stan zdrowia i zacząć się w końcu wysypiać, inwestycja w inteligentny zegarek może okazać się po prostu inwestycją w siebie samego, a to już zmienia "postać na poleżeć".