WAŻNE
TERAZ

Wójt, działki i zmiana planów. Kto o nich wiedział, ten nieźle zarobi

google + (strona 82 z 100)

Google zapłaci 500 mln dolarów kary

Firma Google obecnie jest na fali wznoszącej. Ich wyszukiwarka już od lat jest niekwestionowanym liderem, system Android trafia do coraz to większej ilości użytkowników, a serwis społecznościowy Google+ rozwija się prężnie z dnia na dzień. Dzisiejsza wiadomość z obozu w Moutain View raczej nie wpisuje się w dobrą passę Google.Podano dziś do publicznej informacji, że Google zdecydowało się pójść na ugodę w sprawie dotyczącej reklam kanadyjskich aptek publikowanych poprzez system AdWords. Początkowo Google dopuszczało reklamy wszystkich aptek internetowych, z biegiem czasu jednak zdecydowano się na pozostawienie ofert jedynie tych z siedzibą w Stanach Zjednoczonych i Kanadzie.Głównym problemem kanadyjskich aptek internetowych był fakt, że nie potrzebowały one recept na leki, a akceptowały konsultacje online, za które płaciło się dodatkowo. Oznaczało to, że obywatele Stanów Zjednoczonych mogli kupować nielegalnie leki, które im nie przysługiwały. Wystarczyło zapłacić za konsultacje online. Takie jest kanadyjskie prawo, nie ma bowiem regulacji dotyczących sprzedaży leków obywatelom USA.Według danych Amerykańskiego Departamentu Sprawiedliwości, Google wiedziało o nielegalnym procederze. Stąd też astronomiczna kwota wpłacona na poczet ugody, okrągłe 500 mln dolarów. Według władz USA to jedna z najwyższych kar w historii Stanów Zjednoczonych. Jednak Google spodziewało się takiego obrotu spraw, już w maju tego roku odłożyło kwotę 500 mln dolarów, które miały zostać przekazane na zakończenie postępowania.Google zrezygnował z reklam kanadyjskich aptek dla obywateli Stanów Zjednoczonych już w lutym ubiegłego roku. W wydanym oświadczeniu przedstawiciele firmy przyznają, że do takich praktyk nigdy nie powinno dojść.Więcej o Google: Google kupi firmę Motorola za 12,5 mld dolarów Google Page Speed Service "da kopa" stronom WWW Zumi czy Google? Na Google+ również pojawią się gry Jeden Android, by wszystkie złączyć - jesienią Dzwonienie za pomocą Gmaila jest już możliwe

Polski teledysk w rozdzielczości 4K na YouTube

Na YouTube trafiło pierwsze wideo rodzimej produkcji, które zostało zapisane w rozdzielczości 4K, a dokładniej 4096 x 1744 piksele. Teledysk, będący ilustracją utworu „Stacja Koszalin” autorstwa Mroka, zrealizowano techniką poklatkową za pomocą aparatu Canon 7D.Na razie w sklepach raczej nie spotkamy telewizorów obsługujących format 4K (cztery razy więcej pikseli niż w Full HD), ale na YouTube dostępna jest już od roku opcja wideo 4K. Do wyświetlenia nieskalowanego wideo konieczny będzie na przykład taki monitor EIZO. Na szczęście możemy zasmakować wideo 4K także na naszych maszynach, sprawdzając przy okazji czy nasze łącze internetowe i komputer poradzą sobie z taką dawką danych.Nagrań 4K na YouTube nie ma jeszcze zbyt wiele, ale powoli pojawiają się kolejne, a wśród nich pierwszy polski teledysk. To pierwszy oficjalny klip z najnowszej płyty Mroka pt. „Bajki Robotów” (premiera sklepowa 17 września 2011, nakładem Fonografiki). Jak podkreślają autorzy – „Obraz jest formą swoistej „ruchomej pocztówki” z miasta Koszalina". Warto podkreślić, że realizacja wideo 4K za pomocą lustrzanki Canon 7D nie byłaby możliwa w trybie wideo. Ten oferuje co najwyżej Full HD. Dlatego też wykorzystano technikę poklatkową, która łączy pojedyncze zdjęcia w gotowe wideo sprawiające wrażenie ruchu. Poniżej kilka detali technicznych związanych z realizacją nagrania.Na potrzeby koszalińskiego teledysku wykonano serię fotografii: 2480 zdjęć w rozdzielczości 18 Mpix w formacie RAW oraz 5600 w formacie JPG. Po wstępnej selekcji kadrów pliki RAW zostały obrobione i wywołane do 16-bitowych TIFF-ów. Całość została wstępnie wyrenderowana w 1/4 rozdzielczości, w 4 sekundowych ujęciach, aby ułatwić tym samym montaż. Ujęcia potem były przycinane pod bit utworu. Wyselekcjonowane pliki JPG zostały poddane obróbce bezpośrednio w programie montażowym, gdzie wraz z wcześniej obrobionymi plikami TIFF przeszły etap post-produkcji (przycięcie do formatu anamorficznego 2.35:1, korekcja kolorów, dodanie winiety itd.). Wszystkich wyselekcjonowanych ujęć było 123, zaś finalnie „załapało” się 87, co nawet przy dość wolnym tempie numeru „Stacja Koszalin” jest sporą liczbą. Jak się można łatwo domyśleć: jedynymi elementami nie będącymi oryginalnie w rozdzielczości 4K są zdjęcia na samym początku teledysku, które zostały poprawione i przeskalowane do tejże rozdzielczości w etapie postprodukcji. W teledysku pojawiają się w paru momentach załamania w obrazie, wynikające z użytej techniki sztucznego przemnażania klatek; zostały one celowo pozostawione w swojej oryginalnej formie. Do wszystkich zdjęć użyty został aparat Canon EOS 7D i seria różno-ogniskowych obiektywów (głównie Sigma 10–20 mm i Canon 70–200L). Niezwykle pomocny był tryb szybkiej migawki w Canonie 7D, który pozwala robić zdjęcia seryjne z prędkością 8 klatek na sekundę. Finalny projekt zajął 334 GB, a sam teledysk w wersji nie skompresowanej w 16-bitowych TIFF-ach w rozdzielczości 4K (4096×1744px) – 208 GB. Realizacja projektu zajęła około miesiąca pracy. Więcej o wyświetlaczach wysokiej rozdzielczości: Eizo: monitor o rozdzielczości 4096x2160 punktów Samsung: 70" telewizor 3D o rozdzielczości 4000x2000 punktów Sharp: TV z rozdzielczością 7680 x 4320 pikseli YouTube chce zapanować nad telewizją
Karol Żebruń Karol Żebruń

Google Street View fotografuje Polskę - dalsze plany

O usłudze Street View, działającej w ramach Google Map, chyba nie trzeba się zbytnio rozpisywać, gdyż większość ludzi zna ją z dobrej lub też z nieco gorszej strony po wywołanych kontrowersjach. O ile jednak dotychczas usługa nie dotyczyła nas bezpośrednio, to już od jakiegoś czasu samochody Google nieustannie fotografują polskie miasta. Nadszedł więc czas na małe podsumowanie działalności usługi w Polsce i informacje odnośnie planów na najbliższą przyszłość.Mniej więcej od czerwca przeglądarkowy gigant rozpoczął fotografowanie polskich ulic, a na pierwszy ogień poszły duże miasta: Warszawa, Wrocław, Poznań, Kraków, Trójmiasto wraz z najbliższymi okolicami a także głównymi drogami dojazdowymi łączącymi wspomniane miasta. Co ciekawe Polska jest fotografowana nie tylko za pośrednictwem samochodów lecz również w miejscach trudno dostępnych za pomocą rowerów. O ile wybór największych miast w Polsce wydaje się oczywisty, to sam obszar terytorialny, który został sfotografowany, pozostawia wiele do życzenia - szczególnie kiedy weźmiemy pod uwagę inne kraje które odwiedziły samochody Google.Jeden z wielu samochodów fotografujących Polskie miasta Dlatego jakiś czas temu Polski oddział Google zorganizował konkurs, na Polską wizytówkę usługi Street View. Zgłoszeń było dużo, lecz tylko najbardziej okazałe miejsca zostały wytypowane do rundy finałowej, w której zwyciężyła ulica Piotrkowska w Łodzi. Jak się okazało już od początku sierpnia samochody giganta wjechały do Łodzi, jednak sfotografowana została nie tylko wspomniana ulica lecz również inne części miasta. Warto dodać, iż w konkursie na ulicę Piotrkowską oddano 115 tysięcy głosów. Tak wygląda Street View. Przykład wirtualnej podróży po Paryżu Co ciekawe firma Google nie ma zamiaru poprzestawać na tym i jej samochody wyruszają do innych części kraju, aby sfotografować miejsca które zajęły najwyższe miejsca we wspomnianym już konkursie. Są to lokalizacje z województwa lubelskiego, kujawsko-pomorskiego czy też świętokrzyskiego. Tak samo jak w przypadku dużych miast, tak i tym razem fotografowane będą również okolice i drogi dojazdowe. Wśród fotografowanych lokacji znalazły się jedynie miejsca, które trafiły do finału konkursu na wizytówkę Polski w usłudze Street View, a wiec m.in. miasto Zamość wraz ze starówką, Malbork z Zamkiem Krzyżackim, Szczecin, Toruń, Tarnów oraz Białystok. Być może nie są to ostatnie miejsca jakie Google ma zamiar sfotografować, jednak na kolejne informacje przyjdzie nam trochę poczekać. Zamość - jedno z miast które Google sfotografuje w pierwszej kolejności Aktualną listę fotografowanych obszarów i miejsc w których w danym dniu znajdują się samochody Google można znaleźć na Google Map.Dla przypomnienia zdjęcia z usługi Google Street View są obecnie dostępne z 27 państw na świecie. W głównej mierze fotografowane są atrakcje turystyczne i duże ośrodki miejskie. Wspomniana usługa umożliwia odbycie wirtualnej wycieczki po sfotografowanych miejscach, a to za pomocą prezentowanych w trybie panoramicznym zdjęć połączonych ze sobą w wirtualną trasę. Więcej o Google i jej produktach: Na Google+ również pojawią się gry Dzwonienie za pomocą Gmaila jest już możliwe Oracle żąda 2,6 mld dolarów od Google za złamane patenty Google Street View rusza w Polskę

Możliwe, że już niedługo zapomnimy o bootowaniu

Pamiętacie kilkuminutowe bootowanie komputera? Zapewne denerwowało was ono każdego ranka, przy uruchamianiu komputera. Po naciśnięciu włącznika trzeba było czekać kilka minut, podczas których komputer przechodził początkowe testy. Z tego powodu większość biurowych komputerów w 2001 roku zostawała włączona na noc.Niestety nie było to najlepsze rozwiązanie, gdyż ciągłe wyświetlanie stałego obrazu potrafiło zużywać i niszczyć luminofor ówczesnych ekranów. Pewnym rozwiązaniem problemu monitorów były wygaszacze ekranu, które chroniły monitory przed tym efektem ubocznym. Komputery od tamtej pory ewoluowały i dzięki takim technologiom jak Intel Rapid Start i dyskom SSD maszyna z systemem Windows startuje w kilkanaście sekund, a MacBooki i Chromebooki włączają się jeszcze szybciej.Ostatnio Google pochwaliło się, że najnowsza wersja Chrome OS włącza się o 32 procent szybciej niż starsza wersja. Jednak warto zastanowić się: Co to znaczy 32 procent szybciej niż niemal zero sekund? Czy warto dalej przyspieszać czas uruchomienia systemu? Warto zastanowić się też nad tym, dlaczego istnieje potrzeba tak szybkiego uruchamiania komputera. W końcu dwie minuty w skali całego dnia lub ośmiu godzin pracy nie są długim czasem i możemy pozwolić sobie na jego stratę. Wiąże się to zapewne z bardzo szybkim tempem życia oraz coraz większą popularnością smartfonów o raz tabletów, które są o wiele łatwiejszymi w obsłudze urządzeniami od typowych komputerów. Komputery coraz bardziej upodabniają się do urządzeń mobilnych i nic na to nie poradzimy, jest to normalna kolej rzeczy. Dlatego, jeśli następnym razem zakupicie laptopa, smartfona czy tablet, który uruchomi się w mgnieniu oka, pamiętajcie by chociaż w myślach podziękować projektantom waszego sprzętu.Więcej z benchmark.pl: Uniwersalne okulary 3D od Samsunga, Sony i Panasonica Nowe złącze USB dostarczy nawet 100 W mocy Interfejs SATA Express zastąpi niedługo SATA III Sony zmienia LCD dodając białe subpiksele

Microsoft: Linux nie jest groźny, Apple i Google tak

Microsoft, jak co roku, opublikował swój najnowszy raport dotyczący zagrożeń jakie stwarzają dla giganta z Redmond inne systemy operacyjne. Co ciekawe z listy zagrożeń zniknął system Linux.W najnowszej odsłonie raportu jako największe zagrożenia dla twórców systemu Windows została uwzględniona firmy Apple, która ma stanowić zagrożenie w postaci rozwiązań desktopowych (Mac OS) jak i mobilnych iPhone, iPad (iOS). Obok firmy z "nadgryzionym" jabłuszkiem znalazł się również wyszukiwarkowy gigant - Google stanowi zagrożenie jako producent systemu Chrome OS (Chromium OS) oraz systemu, który zdominował urządzenia mobilne t.j. smartfony. Mowa oczywiście o wykorzystującym jądro Linuksa, systemie Android.Dziwi więc zniknięcie Linuksa i innych otwarto źródłowych (open source) rozwiązań. Co prawda w ostatnim czasie znacząco zmieniły się relacje Microsoftu w stosunku do Linuksa. Bowiem w ostatnim czasie pracownicy giganta wykazali się niewielkim wsparciem w rozwój 3 wersji jądra Linux oraz z okazji 20 lecia wspomnianego już jądra Linuksa, przygotowali nawet film urodzinowy.W przeszłości obecny szef Microsoftu - Steve Ballmer, określał Linuksa nawet mianem "raka w zdrowym organizmie", a społeczność otwartego oprogramowania zarzucała gigantowi monopolistyczne praktyki, układ i spychanie Linuksa do rynkowej niszy, a także kopiowanie pomysłów i rozwiązań z Linuksa i wdrażanie ich jako swoje w systemach Windows. Skąd więc niedawne ocieplenie wzajemnych relacji i usunięcie Linuksa z listy zagrożeń? Jest to bardzo nurtujące pytanie, gdyż Linux w urządzeniach serwerowych ma się nadzwyczaj dobrze, dzierżąc w swoich rękach lwią część rynku. Podobnie wygląda sytuacja na rynku mobilnym, gdzie dominują wykorzystujące Linuksa systemy operacyjne, takie jak Android, a już na horyzoncie pojawiają się kolejne m.in. MeeGo - w którego rozwój zaangażowany jest Intel.W tych dwóch segmentach rozwiązania Microsoftu spisują się słabo. O ile jeszcze sytuacja w serwerach nie jest aż tak tragiczna, to już w przypadku rozwiązań mobilnych systemy Microsoftu okazują się marketingową klapą. Trudno się dziwić, gdyż nawet prezes Microsoftu nazywa Windows Phone 7 "kompletną porażką" i to w sytuacji kiedy, w jego rozwój zainwestowane zostały ogromne pieniądze.Nie pomogło również podpisanie umowy, z będącą jeszcze największym producentem telefonów na świecie, Nokią. Microsoft w wycofującą system Symbian oraz rezygnującą z MeeGO i Androida na rzecz Windows Phone 7, Nokię zainwestował ponad dwa miliardy dolarów.Jeśli zaś chodzi o systemy desktopowe, to tutaj niepodzielnie rządzi Microsoft, choć zagrażają mu ciągle systemy Apple i Google - Chrome OS - który de facto jest systemem Linuksowym. O ile w przypadku rozwiązań Apple, które dzierżą w swoich rękach około 7-8% rynkowych udziałów, można mówić o zagrożeniu, ale już w przypadku Chrome OS, który nie zdążył jeszcze dobrze zadebiutować, już nie.Microsoft uważa inaczej i kasuje system Linux z listy zagrożeń, mimo, iż według niezależnych badań, analiz i rankingów korzysta z niego nawet 5,2% użytkowników. Udziały rynkowe Linuksa, są obecnie tematem dyskusji społeczności, która zarzuca Microsoftowi i Apple, celowe zaniżanie rynkowego udziału Linuksa do niespełna jednego procenta, przez zależne od firmy rankingi. Zdaniem społeczności, Linuksów w desktopach używa od 4 do 7% osób. A jak jest Waszym zdaniem, dlaczego Linux zniknął z listy zagrożeń? Więcej o otwartym oprogramowaniu: Dzięki hakerom Linux powaraca na PS3 Linux otrzyma natywną implementację DirectX 11 Linux z obsługą KGPU - czyli CUDA w kernelu Ekoore: tablet z systemem Linux na pokładzie Microsoft pomaga przy towrzeniu Linuksa 3.0 Ubuntu przystosuje się do procesorów ARM Canonical rozpoczyna promocję Ubuntu

Na Google+ również pojawią się gry

Obecną forma serwisu Google+ wydaje się być dość surowa, nikt chyba nie miał wątpliwości co do tego, że w kwestii najbardziej udanych patentów zmierzać będzie on w kierunku Facebooka.Wiemy, że w usłudze Google+ na pewno pojawią się gry. Wiele wskazuje także na to, że w przeciwieństwie do Facebooka, przynajmniej na początku, to administracja serwisu będzie wybierać jakie gry są dobre i w co powinni grać użytkownicy serwisu.Na dobry początek, już teraz, przetestować możemy 16 gier, oczywiście tylko wtedy, gdy nasze konto w usłudze szczęśliwie znalazło się w gronie "testerów" (moje niestety nie).Nie zabrakło świetnego pokera od Zyngi oraz kilku kultowych marek typu Angry Birds czy nawet społecznościowej odsłony Dragon Age'a. Pełną listę produkcji, które trafiły właśnie do serwisu Google+ można zobaczyć poniżej.Warto dodać, że choć gry w serwisach społecznościowych na pierwszy rzut oka przypominają proste flashówki, są produkcjami, w które każdego dnia grają nawet setki milionów graczy. Nie bez powodu firma Zynga w dosłownie kilka miesięcy stała się jedną z potężniejszych marek w branży elektronicznej rozgrywki, a EA na tempo robi wielomilionowe zakupy przejmując nieco mniejszych producentów. Więcej o grach: Piotr Fronczewski powraca w Twierdzy 3 Mass Effect 3 z trybem multiplayer Pandy mogą zostać nowymi bohaterami World of WarCraft Hard Reset - nowe obrazki, pierwsze opinie StarCraft II częściowo darmowy

Nie ma związku pomiędzy IQ a przeglądarką

Nie ma związku pomiędzy IQ a przeglądarką, a w każdym razie żadnego póki co nie udowodniono. Kiedy jednak przed kilkoma dniami do sieci wyciekł raport, w którym dość pewni siebie autorzy twierdzili, że osoby korzystające z przeglądarki Internet Explorer mogą pochwalić się niezbyt wysokim ilorazem inteligencji, w internecie zawrzało.Zgodnie z treścią wspomnianego raportu, użytkownicy Internet Explorera nie są osobami delikatnie mówiąc "najwyższych lotów". Użytkownicy przeglądarek Chrome, Firefox i Safari plasowali się w środku zestawienia, zaś za najbardziej rozgarniętych raport uznawał osoby korzystające z Opery. Niewątpliwie część czytelników miała na ten temat swoje przemyślenia.Nie ma się czym przejmować, ponieważ sprawą zajęło się BBC i stanowczo dowodzi, że cały ten raport należy traktować ze sporym przymrużeniem oka. Jest to prawdopodobnie jakiś żart, ponieważ autorzy kontrowersyjnego raportu swoją stronę firmową stworzyli ledwie kilka tygodni przed jego powstaniem. Co więcej - fotografie pracowników firmy zostały... zapożyczone z witryny zupełnie innej organizacji.Cała historia z perspektywy czasu wydaje się być dość zabawna, ale uczy nas wszystkich - zarówno media, jak i czytelników - by nie wierzyć bezkrytycznie we wszystko, co zostało napisane: tak w sieci, jak i coraz częściej na papierze. Więcej o usługach Google: Google: darmowa nawigacja GPS dla Androida - relacja Google+ praktycznie bez limitów na wgrywane zdjęcia Google+: 10 mln użytkowników i 20 mld dolarów Chrome: korzysta z niego 20% internautów Google Wallet - płać smartfonem zamiast kartą

Dzwonienie za pomocą Gmaila jest już możliwe

W Stanach Zjednoczonych usługa zadebiutowała w sierpniu... 2010 roku. Na szczęście po roku dotarła również do innych regionów świata.Warto dodać, że tym razem Polska na szczęście nie była zapomnianym wyjątkiem i razem z nami usługę dostali m.in. Niemcy, Francja, Wielka Brytania czy Chiny - w sumie kilkadziesiąt państw, w których obowiązuje 38 różnych języków.W zależności od kraju pochodzenia w rozmowach telefonicznych Gmaila musimy liczyć się z wydatkami w stosownej walucie. Obok dolarów i funtów możliwa jest płatność za pomocą euro i to właśnie ta waluta obowiązuje także Polaków. Stawki za rozmowę są dość konkurencyjne - przynajmniej względem standardowych opłat telefonicznych. W ramach Unii Europejskiej porozumiewanie się kosztuje około kilkunastu eurocentów za minutę, ale rozmowa na dłuższe dystanse jest jak najbardziej wskazana - pod warunkiem, że kierujemy się na wschód. Minuta rozmowy z Indiami albo Chinami to wydatek rzędu zaledwie dwóch eurocentów za minutę, natomiast najdroższym państwem okazał się Meksyk - 15 eurocentów za minutę. Analiza cenników dla poszczególnych państw prowadzi do oczywistego wniosku, że sporo w kwestii cen do powiedzenia mieli także lokalni operatorzy telefoniczni i ogólna sytuacja telekomunikacyjna w danym państwie."Telefon" znajduje się na naszej liście kontaktów w usłudze Gmail. Do korzystania z niego konieczna jest instalacja dodatkowej wtyczki. Więcej o usługach Google: Google: darmowa nawigacja GPS dla Androida - relacja Google+ praktycznie bez limitów na wgrywane zdjęcia Google+: 10 mln użytkowników i 20 mld dolarów Chrome: korzysta z niego 20% internautów Google Wallet - płać smartfonem zamiast kartą

Zwroty telefonów z Androidem sięgają podobno 30-40% (aktualizacja)

AKTUALIZACJAOkazuje się, że serwis TechCrunch, który był źródłem informacji o gigantycznym procencie zwrotów telefonów z Androidem wprowadził wszystkich w błąd. Tak przynajmniej twierdzi twórca serwisu Pudong Daily, Alex Cateland, były dyrektor w firmach Tom Tom oraz LaCie, a obecnie dyrektor do spraw e-biznesu w DxO Labs. Powołując się na swoje doświadczenie, informuje, że zwroty telefonów z Androidem na poziomie 30-40% są nie możliwe. Gdyby miała miejsce aż tak ogromna liczba zwrotów to żaden producent smartfonów ani żadna sieć komórkowa nie chciała by mieć z tym systemem nic do czynienia. A tacy giganci jak Samsung czy HTC nie wprowadzali by na rynek nowych modeli, ponieważ ozaczałoby to jedynie straty. Według Catelanda sprzedawcy telefonów zaczynają narzekać i domagać się rekompensat gdy zwroty sięgają 5-7%.Tak więc, dziękujemy za Wasza szybką reakcję i przepraszamy za wprowadzenie niektórych z Was w błąd. Informacja wydawała się ciekawa, więc ją opublikowaliśmy zaznaczając że nie są to potwierdzone informacje. Jak się okazało był to błąd, a serwis TechCrunch otrzymuje od nas żółtą kartkę. Pomiędzy Google, a Apple trwa niekończąca się wojna na liczby, oczywiście ze względu na ilość telefonów z dostępnym Androidem wyniki te są korzystniejsze dla firmy z Moutain View. Zarówno pod względem ogólnej ilości sprzedaży jak i dziennych aktywacji nowych urządzeń z Androidem. Jednak po tymi rewelacyjnymi wynikami kryje się pewna niezręczna tajemnica.W sieci zawrzało po tym jak tajemniczy informator powiązany z firmą sprzedającą telefony różnych producentów ogłosił, że aż 30-40 % urządzeń z systemem Android zostaje zwrócona do sklepów. Nie ze względu na usterki, a niesprostanie oczekiwaniom klientów. Wiele osób podobno kupiło telefon z zielonym robocikiem jako tańszą alternatywę od produktów Apple. Jednak zderzenie z rzeczywistością i smartfonami znajomych (iPhone, BlackBerry) sprawia, że klienci zwracają swoje smartfony i sięgają po konkurencyjne konstrukcje. Dla nabywców, którzy na co dzień mają dostęp do komputerów i w jakimś stopniu mają pojęcie o smartfonach, system Android nie stanowi problemu. Gorzej sytuacja wyglądać ma w przypadku zwykłych użytkowników, którzy oczekują najprostszych funkcji podanych w intuicyjny sposób, tak by nie trzeba było niczego konfigurować, a system chodził szybko i stabilnie. A z tym Android ciągle ma problemy. Dlatego wiele firm proponuje swoje nakładki na system, które mają maksymalnie uprościć obsługę, lecz nie zawsze się to udaje.Oczywiście nie można generalizować i stwierdzać, że zwroty na tym poziomie to ogólnoświatowy trend. Warto jednak zaznaczyć, że podczas afery z gubieniem sygnału przez iPhone'a 4 poziom zwrotów urządzenia wynosił zaledwie 1,7%. Jeśli informacje podane przez anonimowego informatora zostałyby potwierdzone, to można by zastanawiać się nad przyszłością smartfonów z popularnym systemem Android. Więcej o Androidzie: Google: darmowa nawigacja GPS dla Androida - relacja Oracle żąda 2,6 mld od Google za złamane patenty Apple, Microsoft i inni kupili od Nortel patenty za 4,5 mld Android Market goni App Store - 4,5 miliarda pobrań

TouchPal: klawiatura dla Androida lepsza niż Swype

Obecnie najpopularniejszą wirtualną klawiaturą w telefonach z Androidem jest bez wątpienia Swype. Oczywiście było i ciągle jest sporo konkurentów na tym polu, ale żaden z nich nie zyskał takiej popularności jak wspomniane wyżej rozwiązanie. Może się jednak okazać, że sytuacja ta ulegnie zmianie, a wszystko za sprawą nowej wersji wirtualnej klawiatury TouchPal.Czym jest w obecnie TouchPal i czym będzie gdy już trafi do naszych rąk? Można powiedzieć, że łączy w sobie sposób wprowadzania tekstu znany ze Swype oraz silnik przewidywania słowa podobny do tego znanego z SwiftKey. Magia rozwiązania polega na szybkości, korekcji i trafności przewidywania wprowadzanego tekstu. Najlepiej obrazuje to filmik porównujący standardową klawiaturę Swype i TouchPal. Wyraźnie widać, że przy TouchPal przeważnie wystarcza wprowadzanie trzech czterech liter, gdy w przypadku Swype jest to wprowadzenie całego wyrazu. Szybkość wprowadzania tekstu przez pana na filmiku jak i analiza tekstu jest iście imponująca. Trzeba jednak wziąć poprawkę na fakt, że jest to materiał reklamowy i nie wiadomo jak usługa sprawdzi się w codziennym użytkowaniu. Dodatkowo działa to ze słownikiem przygotowanym w języku angielskim.Aby pokazać jak dobrze działa korekcja wprowadzanych liter i analiza tekstu producenci przedstawili na filmiku wprowadzanie tekstu bez wyświetlanej klawiatury. Wystarczyła jedynie pusta biała plansza. Jeśli komuś nie podoba się mimo wszystko wpisywanie tekstu w „stylu Swype” może wprowadzać go standardowo, ale silnik analizujący wpisywane słowo ciągle będzie działał i doradzał.Więcej o Apple: Android: 500 000 nowych smartfonów dziennie jest aktywowanych Android Market goni App Store - 4,5 miliarda pobrań Android będzie miał 50% rynku Android Market wyprzedził Apple App Store Android: aplikacje przydatne w podróży

Mozilla tworzy system dla smartfonów i tabletów

System Google Android bez wątpienia okazał się strzałem w dziesiątkę, telefony wyposażone w ten OS biją kolejne rekordy pod względem ilość dziennych aktywacji i póki co na rynku nie widać realnego konkurenta. Mozilla także chce stworzyć własną wersję systemu operacyjnego dla urządzeń mobilnych.iOS przypisany jest do urządzeń Apple, Symbian to już pieśń przeszłości, Windows Phone 7 nie radzi sobie zbyt szczególnie, MeeGo niby istnieje, ale jego sytuacja jest niepewna, a HP tworzy swój webOS. Na rynku jest więc jeden lider i sporo mniejszych rozwiązań, które chciałyby ugryźć swój kawałek tortu. Do tej grupy w przyszłości może wejść również Mozilla.W sieci pojawiła się informacja o tym, że Mozilla planuje stworzenie własnego systemu operacyjnego dla urządzeń mobilnych. OS od twórców Firefoksa miałby nazywać się Boot 2 Gecko lub w skrócie B2G i swoją konstrukcją miałby przypominać Chrome OS, czyli system wykorzystujący mechanizmy przeglądarki. Co ciekawe B2G korzystał by z kernela oraz sterowników Androida. Zdecydowano się na taki krok ze względu na olbrzymie wsparcie dla systemu autorstwa Google. Jednak Andreas Gal z Mozilli zastrzega, że jego firma wykorzysta jak najmniej się da z jądra Androida, bowiem system ma korzystać z silnika Gecko.Kolejną różnicą B2G względem Androida będzie fakt, że aplikacje nie będą pisane w Javie, tylko w HTML5. Oznacza to tyle, że Mozilla chce przenieść aplikacje w pełni do sieci. Oprogramowanie bądź gry tworzone będą tak, by mogły zostać uruchomione w przeglądarkowym systemie B2G, Firefoksie ale także i innych przeglądarkach na innych systemach.Przed programistami z Mozilli jeszcze długa praca zanim będą mogli pochwalić się w pełni działającym systemem. Obecnie firma chce się skupić na opracowaniu API dla B2G. Wątpliwe by system odebrał znaczną część użytkowników Androida, ale kto wie, Androidowi też kiedyś nie dawano szans na sukces.Więcej o Mozilli: Mozilla BrowserID: jednym hasłem zastąp wszystkie Mozilla: przeglądarka Firefox 7 już w drodze Mozilla: koniec aktualizacji dla Firefox 4 YouTube: filmy 3D w Mozilla Firefox z Nvidia 3D Vision

Zmiany w Gmailu ułatwią obsługę poczty

Wraz z uruchomieniem portalu społecznościowego Google+, firma z Mountain View postanowiła nieco odświeżyć swoje dotychczasowe usługi. Na pierwszy ogień poszły zmiany w nazewnictwie. Picassa ma w niedalekiej przyszłości zostać przemianowana na Google Photos, natomiast Blogger będzie się nazywać Google Blogs.Kolejną zmianą było zamknięcie przed kilkoma dniami Google Labs, a teraz przyszły zmiany dotyczące Gmaila. Nie jest ich zbyt wiele i nie są na pewno rewolucyjne, ale z pewnością uproszczą obcowanie z Gmailem. Poniżej krótki opis nowości w poczcie Google. Wiele rozmów naraz z GmailaPierwsza zmiana dotyczy rozmów przez Gmaila. Teraz możliwe będzie wykonywanie kilku połączeń naraz, zarówno wychodzących jak i przychodzących, z możliwością zawieszania jednej rozmowy na czas trwania innej.Podgląd plików ZIP i RARTo bodajże największa i najbardziej znacząca zmiana wśród wszystkich dzisiejszych aktualizacji. Od dziś możliwy jest podgląd plików w archiwach ZIP i RAR bez konieczności ich pobierania. Ponadto możliwe jest pobieranie poszczególnych plików z archiwów bądź automatyczne zapisywanie ich do Google Docs. Nowa skrzynka odbiorczaNad listą wiadomości znajduje się nowy pasek odpowiedzialny za różne sposoby sortowania przychodzących do na maili. Opcje są już raczej znane użytkownikom Gmaila. Mamy tutaj układ: Klasyczny, Najpierw ważne, Najpierw nieprzeczytane, Najpierw oznaczone gwiazdką oraz Priorytety. Po wybraniu jednego z odpowiadających nam trybów pasek można zamknąć. Więcej informacji o nadawcyGmail wyświetlać będzie od teraz automatycznie pełny adres nadawcy wiadomości, jeśli nie znajduje się on w naszej liście kontaktów. Ponadto wyświetlane będą dane dotyczące czasu wysłania listu przez nadawcę. Wszystko po to by zmniejszyć ilość phishingu.Zmiany dotknęły również Google Docs. Od teraz możliwe jest udostępnianie plików przez Google Docs przez telefon z systemem Android. Dostępna jest również nowa lista skrótów klawiaturowych, która dostępna jest pod tym adresem. Wystarczy wcisnąć „Ctrl + ...” w miejsce kropek oczywiście odpowiedni klawisz.Więcej o Gmail: Najlepsze dodatki do Firefoxa – Integrated Gmail GMail utracił tysiące kont pocztowych Gmail: zhakowano setki kont Rosja chce zablokować Gmail, Hotmail i Skype

Na Google Docs wgramy teraz 10 GB pliki

Ostatnio Google bardzo nas zaskakuje skrajnymi decyzjami. Dopiero co dowiedzieliśmy się o likwidacji oddziału badawczego Labs, a już donosimy o niespodziance dla użytkowników płatnej wersji Google Docs. Od teraz limit na wgrywane pliki został zwiększony do 10 GB jak donosi na swoim blogu menedżer produktu Scott Johnston.Dotychczas możliwe było wgrywanie plików o rozmiarze maksymalnie 1 GB. Choć wydaje się to bardzo dużo, w erze multimediów i kontentu HD taki limit niekoniecznie musiał zadowalać każdego użytkownika.Oczywiście można ten krok Google potraktować jako element walki z konkurencyjną usługą Microsoftu i zagrywkę marketingową, przypominającą dostęp do Internetu o prędkości do 100 Mbps, który nigdy nie działa z taką prędkością. Choć tutaj mamy nieco odmienną sytuację, bo limit jest gwarantowany. Tyle, że jedynie dla płatnych kont, gdyż darmowe mają pojemność jedynie 1 GB i to się na razie nie zmieni.Za opłatą możemy wykupić powierzchnię dyskową od 20 gigabajtów (5 dolarów rocznego abonamentu) do nawet 16 terabajtów (4096 dolarów abonamentu). Dla osób korzystających z darmowej powierzchni atrakcyjniejsze mogą być serwisy Dropbox (2 GB), Amazon Cloud Drive (5 GB) czy Microsoft SkyDrive (25 GB). Warto jednak dodać, że pliki konwertowane na formaty Google lub tworzone bezpośrednio w Google Docs nie wliczają się do zajmowanej powierzchni dyskowej.Oprócz większego limitu, wszyscy użytkownicy Google Docs zyskają możliwość otwierania plików PowerPointa w wersji 2007 i 2010. Dodano również użyteczne skróty klawiaturowe do arkuszy kalkulacyjnych Google.Ostatnia nowość to przeglądanie zawartości archiwów ZIP i RAR przez przeglądarkę Google Viewer. Więcej o usługach Google: Google: darmowa nawigacja GPS dla Androida - relacja Google+ praktycznie bez limitów na wgrywane zdjęcia Google+: 10 mln użytkowników i 20 mld dolarów Chrome: korzysta z niego 20% internautów Google Wallet - płać smartfonem zamiast kartą
Karol Żebruń Karol Żebruń

Google+: 10 mln użytkowników i 20 mld dolarów

Facebook nas zdominował, Facebook jest wszędzie można by powiedzieć. Gdzie się nie obejrzymy podświadomie uśmiecha się do nas Mark Zuckerberg. Ostanie dane mówią już o 750 mln użytkowników, których udało się zgromadzić w ciągu ponad 7 lat. Dla porównania Twitter ma w chwili obecnej ponad 300 mln zarejestrowanych użytkowników. Obydwie liczby oczywiście ciągle rosną.Piszemy jednak o tym byście mieli porównanie odnośnie wyniku Google+. Larry Page, CEO Google ogłosił, że nowy serwis społecznościowy firmy z Moutain View w ciągu dwóch tygodni od startu zgromadził już 10 mln użytkowników. Czy to dużo, czy mało? Biorąc pod uwagę same liczby to rekord, ani Facebook, ani żaden inny portal społecznościowy nie zgromadził w ciągu dwóch pierwszych tygodni takiej liczby użytkowników. Z drugiej jednak strony, FB czy też Twitter, startowały z zerowej pozycji, nikomu nie znanej strony, w przypadku Google mówimy o liderze na rynku wyszukiwarek, z której korzysta większość posiadaczy internetu.10 mln użytkowników, to liczba ograniczana przez fakt, że usługa Google jeszcze oficjalnie nie wystartowała, a można się do niej dostać jedynie poprzez zaproszenie. Podobnie jak dawno temu w przypadku Gmaila. Rozwój Google+ blokuje również brak znanych z FB fanpage'ów, przez co setki tysiecy firm nie mogą reklamować się poprzez serwis. Tak, wiele analiz mówi właśnie o setkach tysięcy firm, czy to dużych czy małych. Larry Page zapowiedział jednak, że dostrzegli ten problem i pracują już nad rozwiązaniem, jednocześnie poinformował, że dziennie na G+ udostępniany jest 1 miliard informacji. Kluczowym momentem dla rozwoju Google+ może okazać się uruchomienie otwartej rejestracji do usługi.Portal społecznościowy to jednak również ogromne pieniądze, przekonali się o tym twórcy Facebooka i przekonuje się właśnie na własnej skórze Google. W ciągu dwóch tygodni od startu usługi kapitalizacja rynkowa firmy z Moutain View wzrosła o 20 miliardów dolarów. Kapitalizacja rynkowa to inaczej całkowita wartość wszystkich papierów wartościowych liczona według kursu giełdowego. Idealnie obrazuje to poniższy wykres. Wartość pojedynczej akcji na zamknięciu sesji 27 czerwca wynosiła 482,80 dolarów. Był to dzień przed ogłoszeniem startu G+. Cena akcji rosła nieprzerwanie do 7 lipca kiedy to osiągnęła pułap 546,60 dolarów dając wynik kapitalizacji rynkowej powiększony o 20,6 miliarda dolarów. Jednak na zamknięciu piątkowej sesji (8 lipiec) cena akcji spadła do poziomu 532 dolarów. Oczywiście podczas analizy tych danych nie można wszystkich zasług przypisywać G+, Google bowiem od dłuższego czasu poprawiało swoją pozycję na rynku smartfonów i tabletów, co również mogło zaprocentować polepszającym się wynikiem. Jednak to start serwisu społecznościowego dał największy impuls.Skoro już jesteśmy przy wielkich liczbach odnośnie Google warto nadmienić wyniki podane podczas podsumowania drugiego kwartału tego roku. Przychody firmy osiągnęły poziom 9,03 mld dolarów, co jest wzrostem aż o 32% w stosunku do analogicznego okresu z roku ubiegłego. W przypadku drugiego kwartału mówimy o okresie zakończonym 30 czerwca, czyli dwa dni po starcie G+, więc to praktycznie jeszcze wyniki bez tego portalu. Przychód netto za drugi kwartał to 2,51 mld (1,84 mld w ubiegłym roku). Firma z Moutain View zatrudnia obecnie 28 768 pracowników i dysponuje 39 miliardami dolarów.Dowiedzieliśmy się również nieco odnośnie Androida i Chrome. Codziennie aktywowanych jest 550 tysięcy nowych urządzeń z systemem autorstwa Google, ponadto na rynku jest obecnie ich aż 130 mln. Natomiast posiadacze tych urządzeń pobrali już z Android Market 6 miliardów aplikacji. Odnośnie Google Chrome dowiedzieliśmy się, że z przeglądarki tej korzysta już 160 mln osób. Jeśli ktoś ciągle jakimś cudem nie otrzymał zaproszenia do Google+ służę pomocą, wyślijcie PM.Więcej o Google+: Google+, piękne GTA, Crysis II z DX11 - wiadomości wideo (74) Google+ praktycznie bez limitów na wgrywane zdjęcia Google+: rząd Chin ogranicza dostęp do usług portalu Google+ otwiera się na klientów biznesowych Google kończy z markami Picasa i Blogger Google+: nowa gigantyczna sieć społecznościowa