Z ustaleń Nikkei Asia wynika, że JGSDF wykorzystywały zainfekowane nośniki pamięci od marca 2024 r. do lutego 2025 r. Co więcej, po wykryciu sprawy postanowiły jej nie upubliczniać, choć niebezpieczne dyski były dostępne w sprzedaży internetowej.
Złośliwe oprogramowanie na dziesiątkach komputerów
Według Nikkei Asia szkodliwe oprogramowanie wykryto na sześciu nośnikach pamięci. Zainfekowanych zostało ponad 50 z ok. 480 zbadanych komputerów, a niemal połowa zakażonych maszyn miała być podłączona do odizolowanych systemów zarządzających ściśle tajnymi danymi.
"Wiele systemów kontrolnych nie zadziałało. Nie wiemy, dlaczego dyski USB nie zostały włączone do procesu skanowania antywirusowego" - przyznał anonimowy przedstawiciel JGSDF wskazując na poważne luki proceduralne.
WIDEOF-35 przywitały Polskę. Przeleciały nad Warszawą
Naruszono zasady, ale wycieku danych nie było
Dowództwo JGSDF oświadczyło, że zasady bezpieczeństwa faktycznie nie były w tym przypadku przestrzegane, jednak nie doszło do wycieku danych.
Problematyczne nośniki pamięci miały okazać się chińskimi podróbkami. Choć komputery wskazywały, że dany dysk ma pojemność 1 TB, w rzeczywistości było to niespełna 240 GB.
Amerykańskie organizacje ostrzegają
Amerykańskie organizacje zajmujące się cyberbezpieczeństwem wiążą wykryte złośliwe oprogramowanie z działalnością chińskich grup hakerskich. Według Nikkei Asia podobny wirus wykorzystywano wcześniej do ataków m.in. w Wietnamie i Australii.
Portal dodaje, że dziennikarskie śledztwo wykazało masową sprzedaż tych samych podróbek w internecie, nawet za połowę ceny rynkowej oryginałów. Takie nośniki mogą stanowić zagrożenie nie tylko dla użytkowników domowych, ale też dla szpitali, laboratoriów badawczych i fabryk, które w ramach ochrony przed atakami online odłączają wewnętrzne sieci od zewnętrznego internetu i opierają codzienny transfer danych właśnie na dyskach USB.