Call of Duty: Modern Warfare – wielka ucieczka przed własnym sukcesem
Seria Call of Duty padła ofiarą własnego sukcesu i ugrzęzła w znanych schematach. Activision stara się więc uciec z potrzasku… cofając się po własnych śladach. Oto nasza recenzja Call of Duty: Modern Warfare – starego pomysłu, który ma spore szansę odświeżyć kultową markę.
Call of Duty: Modern Warfare, czyli manewry w kozim rogu
Każda kolejna odsłona Call of Duty jest ostatnimi czasy witana ze sporym sceptycyzmem. Po premierze Call of Duty: Advanced Warfare z 2014 roku rozległy się nawet głosy, że król jest nagi. Koniec, kropka, Activision nie ma nam już nic do zaoferowania. Niejakim potwierdzeniem tej tezy okazało się Call of Duty: Infinite Warfare – kolejny średniak, tym razem osadzony w przestrzeni kosmicznej.
Beczkę dziegciu osłodzono łyżeczką miodu pod postacią Call of Duty: Modern Warfare Remastered (nie mylić z tegorocznym Modern Warfare!), ale dla wielu osób ten ruch był tylko potwierdzeniem tego, że twórcy kultowego shootera mogą co najwyżej odgrzewać zwietrzałe kąski.
Jednak Activision wciąż nie dawało za wygraną. Częściową przynajmniej rehabilitacją okazało się Call of Duty: WWII, które wracało do drugowojennych korzeni serii. No, a skoro to przerabianie starych pomysłów na nowe wyszło całkiem przyzwoicie, nikogo chyba nie może dziwić, że w tym roku doczekaliśmy się odrodzenia Call of Duty: Modern Warfare.
I tym razem nie chodzi o zwykły remaster, ale o zupełnie nową odsłonę serii, tyle że odwołującą się do tradycji bodaj najbardziej grywalnej części z 2004 roku. Tak naprawdę mamy tu więc totalny reset i restart całej podserii, korzystający ze znanych z oryginału bohaterów, ale ujęty w ramy odświeżonych mechanik i mocno podrasowanej estetyki.
Przez ostatnią dekadę Activision szlifowało charakterystyczną „CoDową” formułę i nawet nie zauważało, że tym samym zapędza się w kozi róg. Call of Duty: Modern Warfare z 2019 roku ma być brawurową ucieczką z tej dochodowej, ale niezbyt perspektywicznej klatki.
A takiej ucieczki zwyczajnie tej legendarnej marce potrzeba. W końcu nie bez przyczyny ten tytuł znalazł się na liście najbardziej oczekiwanych premier drugiej połowy 2019 roku. Czekały na niego rzesze fanów, a ja byłem pośród nich. Czy słusznie? Zapraszam do recenzji Call of Duty, jakiego dawno nie było… chociaż przecież kiedyś już było.
Call of Duty: Modern Warfare po nowemu
Kapitan John Price to, jak dla mnie, chyba najlepsza postać z całej bogatej serii Call of Duty. Jego powrót w odmłodzonej wersji, z twarzą i głosem Barrego Sloane’a, w pewien sposób dawał przedsmak tego czym miała być kampania fabularna w nowym Call of Duty: Modern Warfare – nowym otwarciem.
I aż nie wierze, że to mówię, ale to nowe otwarcie okazało się kapitalne. Nie dość, że w końcu ktoś przypomniał sobie za co tak naprawdę pokochaliśmy podserię Modern Warfare – za ciekawą i intensywną opowieść, to jeszcze zdołano sprawić, że faktycznie mamy wrażenie rosnącego ciężaru podejmowanych przez nas decyzji.
Pamiętacie, jak po londyńskim pokazie kampanii fabularnej pisałem, że nowe Call of Duty: Modern Warfare będzie znacznie bardziej autentyczne i szczere do bólu? Między innymi dlatego postanowiono odejść w kampanii fabularnej od typowego konfliktu zbrojnego i skupić się na tym jak obecnie wygląda wojna. Ta najczęściej toczy się wiele kilometrów od zachodnich cywilizacji, bez większego rozgłosu. Dopiero ataki terrorystyczne przypominają o tym, że gdzieś tam rozgrywa się regularna wojna. Ale i tak mało kto zwraca uwagę na to, że tam też giną ludzie.
I taka właśnie sytuacje próbuje przedstawić nam Call of Duty: Modern Warfare, zaczynając od przygotowań do ataku terrorystycznego w środku Londynu, by potem, w kolejnych misjach, mocniej zarysować przyczyny wszystkich przeżywanych przez nas wydarzeń.
Powrót Kapitana Johna Price'a w odmłodzonej wersji, z twarzą i głosem Barrego Sloane’a, w pewien sposób daje przedsmak tego czym jest kampania fabularna w nowym Call of Duty: Modern Warfare – nowym otwarciem.
Oczywiście, na podobieństwo pierwowzoru, historia opowiadana tu jest z perspektywy nie jednej, a aż trzech różnych bohaterów. I tak Alex, oficer CIA, goni za zaginionym ładunkiem gazu bojowego, który trafił prawdopodobnie w ręce terrorystów. Tych samych, których tropi dołączający chwilę później sierżant londyńskiej policji -Kyle Garrick, będący bezpośrednim świadkiem londyńskiego ataku. Wszystkie drogi prowadzą zaś na Bliski Wschód, gdzie rebelianci pod przywództwem Farah, ostatniej z naszej bohaterskiej trójcy, walczą zarówno z Rosjanami jak i bojownikami Al-Katali.
Nie będę psuł Wam zabawy i opowiadał ze szczegółami jak wyglądają kolejne misje. Chyba wystarczy, gdy powiem, że Infinity Ward udało się stworzyć naprawdę szeroki ich przekrój – od skradania i cichego oczyszczania domu komórki terrorystycznej, po zasadzki z potężną snajperką w dłoni czy wręcz bezpośredni szturm na bazę przeciwnika.
Co najlepsze jednak, twórcy z gracją wyciągają co smakowitsze kąski z tego co już wcześniej widzieliśmy w grach czy filmach. Kojarzycie może film 13 godzin – tajna misja w Benghazi? Pokazywał on faktyczny atak na amerykański konsulat w Libii i trwające 13 godzin jego oblężenie. Call of Duty: Modern Warfare prezentuje swoją wersje tamtych wydarzeń ciekawie wplatając je w opowiadaną przez siebie historię.
A skoro już mowa o rzeczach, które Call of Duty: Modern Warfare robi w kampanii fabularnej całkiem dobrze, to nie sposób nie wspomnieć o wyborach. Tak, dobrze przeczytaliście – nowy COD zmusza nas do podejmowania decyzji.
Oczywiście, nie są tak wyraźne wybory jak w grach RPG, ale czasami możecie się zdziwić, gdy okazuje się, że daną akcję można było rozegrać nieco inaczej. I dotyczy to nie tylko przewidywania ruchów przeciwnika (w jednej z misji zastrzeliłem czającego się za drzwiami przeciwnika, dzięki czemu nie pojawiła się cała sekwencja z ratowaniem postrzelonego przez niego operatora), ale też kluczowych dla historii momentów.
Przykład? W pewnym momencie trzeba skłonić pewnego typa do mówienia grożąc bronią jego rodzinie. Możemy odmówić uczestniczenia w tej akcji i wówczas wszystko rozegra się za zamkniętymi drzwiami, ale możemy też wziąć w niej udział. Wówczas to musimy zdecydować czy nacisnąć spust albo nie – co wybierzesz? Pamiętaj tylko, że możesz później zderzyć się z konsekwencjami swojej decyzji.
Szczególnie, że Call of Duty: Modern Warfare nie bawi się pudrowanie historii i potrafi być drastyczne. Stara się też pokazać okropieństwa wojny, z bombardowaniami ludności cywilnej, masowym mordami i atakiem chemicznym. O to ostatnie zresztą obrazili się na twórców rosyjscy gracze, którzy za pokazanie rosyjskiej pacyfikacji miasteczka bombardują Call of Duty: Modern Warfare nieprzychylnymi recenzjami.
Call of Duty: Modern Warfare prawie jak z obrazka
Tyle się mówiło, że nowe Call of Duty: Modern Warfare śmigać będzie na nowym, znacznie usprawnionym silniku. I faktycznie, momentami „czuć” różnice. Gra potrafi wyglądać fenomenalnie, szczególnie podczas nocnych akcji z użyciem noktowizora.
O spectral rendering, czyli nowym, znacznie bardziej realistycznym podejściu do noktowizji pisałem już po wizycie w krakowskim oddziale Infinity Ward. Tam wyglądało to dobrze, w finalnej wersji gry wygląda jeszcze lepiej. Poza tum dochodzi tu jeszcze cała masa najróżniejszych smaczków – od niezwykle klimatycznie zaprojektowanych lokacji, po zabawę światłem i cieniem i efekty RTX zarezerwowane dla wersji pecetowej.
Nie da się jednak nie zauważyć, że choć Call of Duty: Modern Warfare wizualnie błyszczy w kampanii dla pojedynczego, w multi już tak różowo nie jest. Przynajmniej na konsolach. Wiadomo jednak, dla płynności rozgrywki można coś poświęcić.
Call of Duty: Modern Warfare wskakuje do sieci
Wiadomo, że jak Call of Duty, to przede wszystkim zabawa w sieci. Kampania Call of Duty: Modern Warfare jest kapitalna, ale przecież nie po to kupuje się kolejną odsłonę flagowca Activision, żeby się w nią bawić samemu.
Dlatego też z jeszcze większą ciekawością niż do kampanii fabularnej, zasiadłem do rozgrywki wieloosobowej. Na początek zaskoczenia nie było. Rozegrałem parę Deathmatchy, kilka Dominacji… No, klasyka gatunku. Ciasne, dobrze pomyślane mapy, wszystko w miłej dla oka estetyce, dużo akcji i konieczność ćwiczenia refleksu, który przesądza o zwycięstwie.
„Czucie” spluw i ogólny projekt rozgrywki przypomina trochę połączenie Call of Duty: WWII z ostatnim Black Opsem. I chociaż wszystko tu wygląda znajomo, zabawa jak zawsze jest przednia. Co jednak bardzo mnie zaskoczyło, to fakt, że lokacje nie są tu nawet w połowie tak klimatyczne jak w Modern Warfare z 2004. Wprawdzie znajdą się perełki takie jak most na Eufracie, czy londyński Picadilly Circus, ale zaskakująco dużo miejsc to po prostu bezbarwna kupa gruzu do wirtualnej zabawy w chowanego.
„Czucie” spluw i ogólny projekt rozgrywki przypomina trochę połączenie Call of Duty: WWII z ostatnim Black Opsem. I chociaż wszystko tu wygląda znajomo, zabawa jak zawsze jest przednia.
No, dobrze, ale nie klimat w sieciowym Call of Duty jest najważniejszy. Warto więc dodać jeszcze na plus ekwipunek specjalny, jaki możemy wybrać dla naszego żołnierza (coś w stylu super-sprzętu z poprzednich odsłon serii), mnóstwo modyfikacji broni i, rzecz jasna, elementy kosmetyczne, które też sprawiają, że chce się grać coraz dłużej, żeby wszystkie te nalepki, talizmany i malowania odblokować.
Koniec końców klasyczne tryby wieloosobowe prezentują się tak dobrze, jak można było tego oczekiwać. Rzekłbym nawet, że na poziomie zbliżonym do Call of Duty: WWII. Grywalność zaś niekiedy dorównuje oryginalnemu Modern Warfare.
Na tym zakończyłem swoją przygodę z sieciową „klasyką” i czym prędzej sięgnąłem po tryb nazwany „Wojną naziemną”. To absolutna nowinka w serii Call of Duty, która ma być rękawicą rzuconą Battlefieldowi. Wprowadzono więc olbrzymie mapy, sporo punktów do przejęcia i… pojazdy. Co jest prawdziwą nowinką, bo ostatni raz widzieliśmy je w strzelaninie Activision bodaj w którejś z drugowojennych odsłon z początku wieku.
Jak więc wypada ten CoDowy Battlefield? Dokładnie tak jak można sobie wyobrazić. Jest to w dużej mierze kopia formuły z giganta od EA, choć dużo, dużo bardziej dynamiczna i zwariowana. A mówiąc mniej grzecznie, na ekranie jest bajzel nie z tej ziemi. Czołgi walą gdzie popadnie, punkty traci się i zajmuje w mgnieniu oka, a zwycięstwo przypada temu, kto…
W zasadzie nie wiem do końca komu. Powiem tylko, że podczas jednego z rozdań biegałem w tę i we w tę, co chwilę padając trupem, żeby na koniec dowiedzieć się, że nie tylko moja drużyna wygrała, ale też, że byłem liderem w tabeli. Jak mawiał Zagłoba, nie doceniałem swojego męstwa!
Ogólnie rzecz biorąc, „Wojna naziemna” prezentuje się nieźle, choć widać gołym okiem, że twórcy Call of Duty: Modern Warfare błądzą po dziewiczym dla siebie terenie. Nie dawało mi też spokoju pytanie, czy jeśli chcę pograć w Battlefielda, to odpalam w tym celu Call of Duty? No, chyba nie. Obie produkcje służą innemu rodzajowi zabawy i nie wiem, czy jest sens żenić je ze sobą.
Wreszcie na koniec zostawiłem sobie tryb kooperacji, który niejako zastąpił znane z poprzednich CoDów zombiaki. O co w tym chodzi? Twórcy przygotowali kilka misji, które stanowią swego rodzaju rozwinięcie kampanii, a przeznaczone są do rozgrywki w grupie kumpli. Mamy tu więc kilka celów, które realizujemy, opędzając się od tabunów przeciwników.
Dokładnie tak – tabunów. Nie nazywa się to „Zombie”, ale trochę przypomina walkę z hordami umarlaków. W każdym razie dużo bardziej niż filmową kampanię, czy nastawioną na umiejętności gracza rozgrywkę rywalizacyjną w sieci.
I co tu dużo mówić, kooperacja świetnie się nadaje do rozładowania nerwów, jeśli chcemy pruć z kałacha do wszystkiego co się rusza na ekranie. Jeśli jednak ktoś liczył na to, że znajdzie tu jakieś rozwinięcie fabuły utrzymane w podobnej narracji, albo – nie daj Boże! - zagadki taktyczne, to spotka go olbrzymie rozczarowanie.
Zwłaszcza, że współpraca z losowo dobranymi zawodnikami to istny koszmarek. Każdy biegnie w swoją stronę, nikt nie wie dokąd tak naprawdę się udać i trzeba tylko wypatrywać, kogo znowu zreanimować. Trudno jednak traktować to jako zarzut w stronę twórców. Wszak graczy oni nie wybierają.
Co innego matchmaking. Wiadomo, że to pięta achillesowa niemal wszystkich ostatnich odsłon Call of Duty, i nie inaczej jest w tym przypadku. Regularnie drużyny żółtodziobów są stawiane naprzeciw składów złożonych z samych weteranów. Potwornie uprzykrza to zabawę i można tylko trzymać kciuki za to, żeby któraś z łatek poprawiła ten mankament.
Zestawiając ze sobą wszystkie twarze wieloosobowej zabawy w Call of Duty: Modern Warfare, powiem, że najlepiej bawiłem się przy trybach klasycznych, choć nie znalazłem w nich krzty oryginalności. Drugie miejsce na podium zajmuje battlefieldowa „Wojna naziemna”, która jest uosobieniem wirtualnego chaosu, ale mimo wszystko bawi.
Natomiast tryb kooperacji może być gratką jedynie dla tych, którzy mają paczkę zgranych kumpli i apetyt na gargantuicznych rozmiarów jatkę. Jeśli nie zaliczacie się do takich graczy, to możecie sobie sieciową współpracę odpuścić.
Call of Duty: Modern Warfare – czy warto kupić?
Przyznam szczerze, że po ostatnich odsłonach Call of Duty, szczególnie Black Ops IIII, postawiłem już na tej serii krzyżyk. Nie wierzyłem, że da się ją jeszcze jakoś reanimować. Zresztą to nie tylko problem Call of Duty, bo Battlefield cierpi ostatnio na bardzo podobną przypadłość powtarzania w kółko tego samego.
Tym większą niespodziankę sprawiło mi Infinity Ward zmieniając swoje podejście do projektowania kolejnej odsłony serii, jednocześnie wracając do jej korzeni i wprowadzając doń spory powiew świeżości. Brzmi to może nieco dziwacznie, ale wierzcie, zdaje egzamin.
Jeśli więc kochałeś kapitana Price’a i reszty ferajny nie zastanawiaj się dłużej – kupuj nowe Call of Duty: Modern Warfare nawet w ciemno. Z pewnością tego nie pożałujesz. Gra jest naprawdę dobra i świetnie rokuje na przyszłość (zagraj, a sam zobaczysz o czym mówię).
Kampania starczy ci na jakieś 7 godzin, resztę spędzisz młócąc w multi, które w niedługim czasie ma się jeszcze rozwinąć. Co najlepsze, wszystkie nowe mapy i dodatkowe tryby mają być dostępne za darmo. Czyżby Activision poszło po rozmów do głowy?
Ocena końcowa Call of Duty: Modern Warfare
- wyjątkowo ciekawa i bardzo filmowa kampania fabularna
- kilka całkiem mocnych scen i pewna, niewielka nieliniowość w misjach
- doskonały klimat
- nowe mechaniki, w tym możliwość opierania broni o elementy otoczenia
- świetnie zrealizowane i bardzo satysfakcjonujące strzelanie
- umiejętnie zaprojektowane mapy sieciowe
- multi wciąż wciąga bez reszty
- oprawa wizualna wreszcie potrafi zrobić wrażenie
- matchmaking wciąż kuleje
- wojna naziemna - odważny eksperyment, który nie każdemu przypadnie do gustu
- kooperacyjne Operacje Specjalne wymagają mocnego doszlifowania
- sporadycznie występujące błędy techniczne
- Grafika:
dobry - Dźwięk:
bardzo dobry - Grywalność:
dobry
Ocena ogólna:
Grę Call of Duty: Modern Warfare na potrzeby niniejszej recenzji otrzymaliśmy bezpłatnie od firmy Kool Things reprezenującą Activision