Ekskluzywnosć dla mas: Horizon Zero Dawn na PC - czy to koniec gier na wyłączność?
Ostatnio obserwujemy prawdziwą żonglerkę tytułami ekskluzywnymi, które nagle albo pojawiają się na innej niż pierwotnej platformie albo są na nie zapowiadane. Przykłady? Detroit Become Human i Horizon Zero Dawn. Czy tytuły na wyłączność mają więc jeszcze jakikolwiek sens?
Tytuły ekskluzywne w odwrocie? W awangardzie Detroit Become Human i Horizon Zero Dawn
Była taka epoka, kiedy każda konsola mogła pochwalić się swoim pakietem tytułów ekskluzywnych, których strzegła ich jak Tolkienowski smok skarbu. Było tak jeszcze nie tak dawno temu. PlayStation 4 miało swoje Uncharted 4, Bloodborne czy odświeżoną wersję The Last of Us. Z kolei Xbox One trzymał pod swoimi skrzydłami Halo, Gears of War i doskonałą, wyścigową serię Forza.
Te listy były zresztą znacznie dłuższe, bo zarówno Sony jak i Microsoft chciały przekupić graczy taką paczką marek, by ten kupił właśnie ich konsolę, a sprzęt konkurencji. Dziś też jeszcze mamy tytuły, na które zagramy wyłącznie na PlayStation 4 albo Xbox One. Wymienić można choćby Until Dawn, Ratchet & Clank, Shadow of the Colossus czy Halo 5: Guardians.
Co prawda Microsoft już dawno spakował swoje konsolowe zabawki i przeniósł niemal wszystkie na komputery (zgodnie z nową polityką wsparcia nie tyle platformy, co systemu operacyjnego), ale na polu bitwy wciąż tkwiło Sony (Nintendo nie liczę, bo oni zawsze szli pod prąd). Coś jednak i tu zaczyna się zmieniać, bo oto gry, które wcześniej były dostępne wyłącznie na PlayStation 4 zaczynają przenikać teraz na pecety.
Oczywiście, niektóre głośne produkcje od razu powstają z myślą o wszystkich platformach, jak na przykład wyczekiwany Cyberpunk 2077, inne dopiero po chwili migrują na odmienne sprzęty. Wystarczy wspomnieć niedawny pecetowy port Red Dead Redemption 2. Przypomnijcie sobie, ile lat bezskutecznie dopominaliśmy się o komputerowy port „jedynki”.
Co ciekawe, coraz częściej obserwujemy też ruchy odwrotne. Produkcje, które narodziły się w wersjach na komputery osobiste nader chętnie przeskakują na konsole. Nawet takie, których byśmy o to nie podejrzewali, na przykład taktyczne Shadow Tactics: Blades of the Shogun czy królowa strategii - Civilization VI.
W zasadzie tylko Nintendo bawi się jeszcze w smoka wysiadującego skarb i ani The Legend of Zelda: Breath of the Wild, ani Super Mario Odyssey, ani tym bardziej Animal Crossing: New Horizon nie mają szans by pojawić się gdzieś indziej poza Switchem. Ale nawet i ten japoński gigant przełamał dawne bariery coraz chętniej przygarniając tytuły z innych konsol i pecetów. Przykład? Nawet Wiedźmin 3: Dziki Gon i Doom doczekały się swoich wersji na przenośną konsolę spod znaku wielkiego „N”.
Coś się więc zmienia. Wyraźnie daje się odczuć jakieś poluzowanie tych więzi, które dotąd łączyły gry z ich macierzystymi platformami. Najdobitniejszymi tego dowodami mogą być Detroit Become Human i Horizon Zero Dawn – oba świetne, znakomicie przyjęte tytuły, które jeszcze niedawno kojarzyły się wyłącznie z PlayStation 4. Dziś ten pierwszy już pojawił się na pecetach, drugi zaś czeka na swoją kolejkę, gdzieś w okolicy tegorocznego lata.
Zaryzykowałbym więc twierdzenie, że te dwie wielkie produkcje przełamują kolejne bariery, a w ślad za nimi pójdą zapewne i inni. I tu rodzi się pytanie - czy w trzeciej dekadzie XXI wieku będzie jeszcze sens produkować tytuły ekskluzywne tylko tej czy innej konsoli?
Zarówno Sony, jak i Microsoft coraz chętniej wypuszczają z rąk swoje tytuły na wyłączność, ale tylko na rzecz pecetów. W końcu wielka rywalizacja nie ustaje i można się zastanawiać, czy kiedykolwiek nadejdzie taki dzień, kiedy zagramy, dajmy na to, w Gears of War na PlayStation albo w Uncharted na Xboksie.
Nie tylko Horizon Zero Dawn, czyli różne pomysły na multiplatformowość
Zasada tytułów ekskluzywnych jest prosta. Jeśli chcesz pograć, dajmy na to, w Persona 5, musisz kupić PlayStation 4. Skoro dwie wielkie konsole – Microsoftu i Sony – są do siebie tak podobne (w każdym razie w oczach przeciętnego nabywcy), niech odróżniają się przynajmniej wydawanymi na nie produkcjami. Kto zbierze więcej hiciorów, ten wygra rywalizację. A przynajmniej tak było jeszcze do niedawna.
Z drugiej bowiem strony – im więcej sprzedanych kopii danego tytułu, tym większe zyski. Przy okazji premiery serialu Wiedźmin od Netfliksa pojawiało się w Internecie słynne pytanie: a Ty w ilu wersjach kupiłeś naszego Wieśka? No, właśnie, bo przecież można ograć to arcydzieło najpierw w wersji na peceta – żeby delektować się podkręconą grafiką, a drugie podejście zrobić już z kanapy, na ekranie telewizora, przy konsoli. A CD Projekt RED gromadzi sobie te wszystkie „rzucone grosze”.
Kto z Was postąpił podobnie? Kupiliście, na przykład, GTA V w PlayStation Store, a potem tak w nim zasmakowaliście, że skusiliście się na wersję pecetową w jakiejś promocji? Gdyby rzeczywiście obowiązywała zasada „PC master race” nie byłoby dylematu. Jeśli jest taka opcja, kupujemy wersję komputerową. No, tak, ale nie jest tak prosto, bo konsole też mają swoje plusy – przede wszystkim wygodę. Żadnego ściągania sterowników do karty graficznej, żadnego grzebania w ustawieniach, by mieć jak najlepsze doznania przy jak największej liczbie klatek, żadnego przestawiania klawiszologii, bo pad to remedium na wszystko.
Niezły galimatias z tymi wszystkimi platformami! A pamiętacie, jak zaczęto majstrować przy „ekskluziwach”? Przez lata sprawdzały się w niezmienionej formie, aż tu nagle w roku 2015 pojawił się Rise of the Tomb Raider, tylko na konsolę Microsoftu. Pośród fanów tej serii zawrzało. Ale nie dlatego, że Microsoft zarezerwował sobie ten tytuł „na własność”, a po prostu sypnął kasą gwarantując posiadaczom Xboxa 360 i Xbox One czasową wyłączność.
Zresztą Microsoft jako pierwszy zaczął na większą skalę kombinować z tą międzyplatformowością. Jego usługa Xbox Play Anywhere było posunięciem swego czasu brawurowym i, co chyba nikogo nie dziwi, bardzo ciepło przyjętym przez graczy. Pierwszą grą wydaną w tej formule było (dziś już trochę zapomniane) ReCore. Jeżeli zdecydowaliśmy się na cyfrowy zakup wersji pecetowej na Windows 10, mogliśmy również odpalić ten tytuł na Xbox One – i odwrotnie. To zupełnie przeciwieństwo obowiązującej przez lata polityki wyłączności marek.
Śladem ReCore poszły później Gears of War 4 i Gears 5, Forza i inne produkcje wcześniej dostępne tylko na jednej konkretnej konsoli. Xbox Play Anywhere było więc pierwszym zrywem tej rewolucji, która teraz osiągnęła już chyba swoje apogeum.
Do tego stopnia, że CD Projekt RED nie zamierza już kasować podwójnie za Cyberpunk 2077. Przynajmniej jeśli chodzi o konsole Microsoftu. Twórcy Wieśka obiecują bowiem, że przy zakupie ich nowego erpega na Xbox One, w gratisie dostaniemy wersję na Xbox Series X, gdy ten pojawi się na rynku. Oj, grabią sobie, grabią, bo innym wydawcom chyba nie do końca podoba się ten pomysł!
Ale starczy już tego spoglądania w przyszłość i grzebania w przeszłości. Skoncentrujmy się na chwili obecnej. A teraźniejszość jest taka, że Detroit Become Human już hula na pecetach, a Horizon Zero Dawn Complete Edition szykuje się w blokach startowych. Czy to bardziej próba wyciągnięcia dodatkowych pieniędzy z, mimo wszystko, nieco przebrzmiałych już konsolowych hitów czy może eksperyment zwiastujący potężną zmianę polityki wydawniczej?
Zmiany z perspektywy zwykłego gracza
Można by długo się rozwodzić nad zyskami lub stratami takiej czy innej polityki dla wydawców. Nas interesuje przede wszystkim to, co tak naprawdę przełamanie wyłączności poszczególnych platform na daną markę może dać graczom. W końcu przychody twórców gier to jedno, a zmiana w jakości samej rozgrywki to druga kwestia.
Chyba nikt nie zaprzeczy, że w obecnych czasach, żeby w ogóle mówić o jakimś większym zainteresowaniu pecetowych graczy tytułami przenoszonymi z konsol, powinno się mocno podkręcić im grafikę. I nie chodzi tu tylko o liczbę klatek na sekundę, rozdzielczość czy lepsze efekty świetlne. Pasjonaci komputerów liczą na znacznie więcej wizualnych bajerów. Wszak właśnie po to kupują super wypasione karty graficzne.
I tu pecetowy Detroit Become Human mógł ich trochę zawieść (choć za sam fakt jego pojawienia się na PC należą się olbrzymie brawa). Porównując wersję PS4 i PC trudno dostrzec większe różnice nie uciekając się do stop-klatek i bezpośredniego zestawiania ze sobą dwóch kadrów. Warto jednak pamiętać, że Detroit Become Human to przede wszystkim interaktywny film, który już na wejściu mógł pochwalić się świetną oprawą graficzną. Nie ma tu też otwartych, bogatych w detale przestrzeni, gdzie pecet mógłby pokazać drzemiącą w nim moc. Horizon Zero Dawn Complete Edition na PC to zupełnie inna para kaloszy.
Już pierwszy ujawniony screenshot daje nadzieje na to, że Horizon Zero Dawn Complete Edition na komputerach będzie błyszczał. Wiadomo też, że tytuł ten będzie wspierał monitory ultrapanoramiczne, co samo w sobie może świadczyć, że twórcy nie będą się tutaj ograniczać. I to chyba dobra wiadomość.
Wszystko to jednak rodzi pytanie, czy w momencie premiery konsol następnej generacji (dużo mocniejszych, niż obecne) różnice międzyplatformowe znacząco się nie skurczą? A jeśli tak, to jaką przyszłość niesie to dla tytułów ekskluzywnych? Innymi słowy, czy w początkowym okresie PlayStation 5 i Xbox Series X ich twórcy nie wrócą do gromadzenia tytułów na wyłączność?
Można rozważać różne scenariusze, ale trochę światła na tę kwestię rzuca obietnica Microsoftu, że przez pierwsze dwa lata nie uświadczymy „ekskluziwów” na ich nowej konsoli. A co na to Sony, drugi z gigantów? Na razie milczy i w związku z tym wciąż trudno snuć przypuszczenia co do przyszłości.
Bezpośrednie starcie czy wojna podjazdowa?
Co ciekawe, zarówno Sony, jak i Microsoft coraz chętniej wypuszczają z rąk swoje tytuły na wyłączność, ale tylko na rzecz pecetów. W końcu wielka rywalizacja nie ustaje i można się zastanawiać, czy kiedykolwiek nadejdzie taki dzień, kiedy zagramy, dajmy na to, w Gears of War na PlayStation albo w Uncharted na Xboksie.
Na razie możemy co najwyżej cieszyć się tytułami konsolowymi na pecety. Mamy już Detroit Become Human, niedługo pojawi się Horizon Zero Dawn, a zaraz za nim podąża wysoko oceniany Death Stranding, a później być może także Dreams.
Co za tym idzie, wielka wojna dwóch tytanów zamieniła się w serię wojenek zastępczych. Zamiast bezpośredniej konfrontacji mamy ataki na neutralne, pecetowe terytorium. A mówiąc mniej metaforycznie – giganci przejmują kolejne firmy i stosują politykę poszerzania swoich działań, która mocno kontrastuje z dotychczasowym gromadzeniem tytułów ekskluzywnych.
Ale jedno się nie zmienia. Choćby nie wiem, jaka rewolucja nastąpiła, choćby produkcje typowo konsolowe na dobre zadomowiły się na piecach, starcie między Sony i Microsoftem będzie trwało w najlepsze. Chociaż, wbrew Falloutowemu sloganowi, ta wojna się zmienia. I to na naszych oczach.