Co potrafi HUAWEI WATCH GT 7 Pro?
Nie będę skupiał się na technicznych aspektach tytułowego zegarka – łatwo to sprawdzić sobie w necie, a mnie, nie ukrywam, interesowało to, jak sprzęt sprawdza się w boju, a nie to, jak jasny jest jego AMOLED-owy ekran. Jasne, jest bardzo jasny i supermiły dla oka, (tak na marginesie). Wspomnę więc w tym miejscu, co wyróżnia ten zegarek, czym się charakteryzuje i szybko przejdziemy sobie do opisu mojej małej gravelowej historii.
Wspomnieć trzeba o baterii, ponieważ według deklaracji ma ona wystarczyć nawet na 21 dni. Analizując sobie swoją przygodę z tym zegarkiem, jestem przekonany, że wliczając w to kilka treningów w tygodniu, zegarek bez problemu podziała na jednym ładowaniu w okolicach półtora tygodnia albo i dłużej, a to genialny wynik.
W GT 7 Pro znajdziemy mnóstwo trybów sportowych wraz z rozbudowanymi trybami narciarskimi, snowboardowymi, biegowymi czy rowerowymi. Możemy nawet połączyć zegarek z inteligentnym trenażerem, co jest funkcją bardzo rzadko spotykaną, a bardzo pożądaną przez tych, którzy zimą jeżdżą pod dachem, by dobrze przygotować się do nowego sezonu.
Co jeszcze? Znajdziemy tu pełne monitorowanie kondycji i regeneracji – łącznie z podpowiedziami. Zegarek nie tylko zmierzy nam pułap tlenowy, HRV czy tętno spoczynkowe, ale podpowie, jak mocno uderzyć treningowo, by ćwiczyć efektywnie i nie umęczyć się niepotrzebnie. To zestaw funkcji, które doceni każdy trenujący z głową i absolutnie każdy, kto przygotowuje się do jakichś zawodów: od biegu na 10 kilometrów po gravelowy ultramaraton.
A! Dodajmy też, że mocno zaskoczyło mnie to, jak ładnym zegarkiem jest HUAWEI WATCH GT 7 Pro. Rzecz jasna zegarki Huawei nie są mi obce, ale zawsze, jak wpada mi coś nowego w ręce, mam chwilową pomroczność i zapominam o tym, jak wyglądały poprzednie generacje danego urządzenia. Ot, pamięć złotej rybki. W przypadku GT 7 Pro tak spodobało mi się to, jak ten zegarek został zaprojektowany i jak dobrze jest wykonany, że w sumie zapomniałem o tym, że to dla tej serii standard.
Nie rozwodząc się, bardzo pozytywnie zaskakuje tu fakt, że w stylistycznie przyjemnej dla oka bryle upakowano prawdziwy sportowy kombajn. Zegarek nie jest przesadnie duży, gruby czy ciężki, spokojnie przypasuje do jeansów i koszuli w kratę i posłuży jako rozsądny "daily", by po godzinach skoczyć z człowiekiem na trening, a w weekend przebiec z nim ultramaraton po Karkonoszach. Zegarek sportowy, który stawia na stylistyczny uniwersalizm – to mi się podoba.
Jeździec bez formy. Sprzęt w topowej dyspozycji
Trochę kontekstu, bo terenowe testy HUAWEI WATCH GT 7 Pro były dla mnie pewnym wyzwaniem. Męczę się okresowo z zatokami i jak mam gorszy epizod, to od razu wskakuje lekka gorączka, ból gardła, kaszel. Czuję wtedy, że jest średnio, a podczas każdej aktywności tętno skacze mi jak oszalałe. Dosłownie w ruch korbą i na budziku 180 uderzeń. Dramat. I w takiej, mniej więcej, formie wziąłem HUAWEI WATCH GT 7 Pro na przejażdżkę po okolicznych lasach i Wielkopolskim Parku Narodowym.
Sam z siebie pewnie bym nie jechał, bo samopoczucie średnie i wiało jak diabli, a wiatru staram się unikać zawsze – jak ma się w rowerze 60 mm obręcze, to boczny podmuch wiatru potrafi dodatkowo podnieść tętno. Było więc średnio, tak pogodowo, jak i zdrowotnie, ale że gravelowanie po lasach to rozrywka dla odważnych, to zdjąłem rower z wieszaka, wskoczyłem w obcisłe ciuchy i dalej, w tango! W balet z HUAWEI WATCH GT 7 Pro na ręce.
Nie była to przejażdżka w wymiarze 400-kilometrowego wyścigu ultra, ale pokazała mi wystarczająco, co ten zegarek potrafi. Pominę tu wszystkie kwestie analityczne, dotyczące kondycji, stanu wytrenowania etc. Wspomniałem o tym nieco powyżej, więc tu czas na same konkrety.
Przyznam, że pewnym zaskoczeniem było szybkie złapanie lokalizacji. Kiedy komputerek rowerowy jeszcze mielił w poszukiwaniu krążących nad nami satelitów, GT 7 Pro już wiedział, gdzie jestem i bardzo dokładnie pokazywał tę lokalizację na mapie. Mapę trzeba oczywiście wcześniej pobrać na zegarek, by później móc ją offline’owo odpalać. Lokalizacja podczas całej trasy działała bez zarzutu – nawet w lesie. I tu znów porównanie do komputerka, który w lesie potrafi pokazać mi, że jadę z prędkością 10 km/h, podczas gdy rwę w okolicach 30 km/h. HUAWEI WATCH GT 7 Pro z takimi przekłamaniami problemu nie miał, pięknie utrzymując lokalizację i wiarygodnie pokazując aktualną prędkość po GPS.
Podczas samej jazdy na rowerze zegarek nie przeszkadza, nie marudzi, a informuje o tym, o czym poinformować warto. Usłyszymy od niego o pokonanym dystansie, ale nie usłyszymy narzekania na sygnał GPS, bo tego nie zdarza mu się gubić. Tę lokalizacyjną dokładność zauważyłem też po funkcji automatycznej pauzy – ta działa bezbłędnie. Wystarczy na moment przystanąć, a zegarek od razu pauzuje aktywność. Wystarczy przejechać pół metra i wznawia ją. Niby nic, a jednak coś, czego należy oczekiwać, ale nigdy nie spotkałem się z tak dobrze zaimplementowaną automatyczną pauzą. Plusem jest też to, że urządzenie z automatu blokuje koronkę podczas aktywności, byśmy czegoś nie kliknęli przypadkowo.
Miłe dodatki i najlepsze mapy na zegarku ever?
Cofnę się nieco w narracji, bo miłym akcentem jest możliwość wyboru typu roweru, na którym chcemy jeździć. Mamy rower górski, szosowy i inne, a do tego możemy nowy typ skonfigurować samodzielnie. Super jest też sekcja rozgrzewki przed treningiem/jazdą. Zegarek podpowiada, ile czasu na nią poświęcić i czym się podczas niej zająć. Fajna sprawa!
Kolejnym miłym dodatkiem jest funkcja metronomu, czyli wiecie, systematycznego odmierzania czasu. Dlaczego? Załóżmy, że przygotowujemy się np. do rowerowego ultramaratonu i mamy tendencję do jazdy ze zbyt niską kadencją. Ot, ciśniemy po 60 obrotów na minutę przy twardych przełożeniach. Wiem, że każdy jeździ inaczej i każdy sobie samodzielnie określa, co jest dla niego wygodniejsze, ale przy dużym dystansie do pokonania taka kadencja to wyrok. Człowiek się szybko ujedzie i zabraknie mu elastyczności. Żeby temu zaradzić, można trenować właśnie z metronomem. Ustawić sobie, by tak klikał, odliczając czas, by kręcić w rytm tego odmierzania i trzymać kadencję w okolicach 90 obrotów korbą na minutę. Proste? Proste! A przy tym szalenie przydatne i wyraźnie pomocne podczas treningu.
Ostatnia rzecz, która mocno utkwiła mi w głowie podczas testów HUAWEI WATCH GT 7 Pro to mapy. O naprawdę świetnej lokalizacji wspomniałem już, więc tu dodam, że ta w parze z obłędnie czytelnymi mapami to jakiś kosmos. Na ekranie wyraźnie widać nasz ślad, widać wytyczoną nawigację, a sterowanie mapą, np. jej przybliżanie i oddalanie za pomocą koronki, to czysta przyjemność. Ktoś naprawdę pochylił się nad outdoorowym aspektem GT 7 Pro i to widać na każdym kroku, bo używanie tego zegarka podczas aktywności jest niesamowicie przyjemne.
Wirtualne dane są super!
Po zakończonej jeździe przejrzałem dane, które zegarek zebrał i byłem pod wrażeniem tego, jak dobrze przemyślano ich ekspozycję. Wszystko jest czytelne, wszystko łatwo przyswoić, od średniego tętna po wykresy prędkości. Warto to podkreślić, bo pokazywanie danych w czytelny sposób na zegarku sportowym to wcale nie taka prosta sprawa.
Prawdziwe brawa należą się jednak za wirtualny pomiar mocy i kadencji. Nie mam pojęcia, jak tam ogarnęli w Huawei algorytmy za to odpowiedzialne, ale wskazania są zaskakująco adekwatne. Średnia moc wyliczona z zegarka jest ostatecznie bardzo zbliżona do tej z pomiaru i ta dokładność jest tak dobra, że nawet podczas sprintu czy stawania na korbie przy większym podjeździe, kiedy Waty lecą w górę, zegarek wychwycił je prawie tak dokładnie, jak pomiar mocy w rowerze. Idealnie zarejestrował, kiedy "dorzuciłem do pieca" i choć z wartościami się rozjechał nieco (umówmy się – algorytmicznie nie ma szans dokładnie podać mocy w danym momencie), to i tak byłem pod olbrzymim wrażeniem.
Podobnie rzecz ma się w przypadku kadencji. Odchyłki od normy są minimalne. Pokazał mi średnią kadencję na poziomie 81 obrotów korbą na minutę, a ja starałem się jechać w zakresie 75-85, by pojeździć, a się nie ujechać w lekkiej chorobie.
Reasumując, nie muszę wiedzieć, jak te wirtualne wskazania zostały ogarnięte, ale przyznaję, że odwalili tu kawał dobrej roboty. Te dodatki, wraz ze wspomnianym metronomem, świetnymi mapami i dokładną lokalizacją GPS sprawiają, że GT 7 Pro to nie zegarek. To narzędzie, z którym z chęcią spędziłbym więcej czasu. Narzędzie, które naprawdę może pomóc w zwiększeniu efektywności treningów czy nawigowaniu po trasie. Czapki z głów, serio, serio.
Jeździłbym z nim!
Szkoda, że premiera HUAWEI WATCH GT 7 Pro nastąpiła tak późno i szkoda, że dostałem go przy samym końcu sezonu. Sezonu dla mnie średniego, najgorszego od lat, bo naznaczonego kaprysami pogodowymi i stojącego pod znakiem zapalenia zatok, które u mnie od marca pojawia się i znika. Ech, no nie jest łatwo.
Wracając! Żałuję, że nie dostałem tego zegarka wcześniej, bo z chęcią przejeździłbym z nim cały sezon i sprawdził, czy Huawei jest już na tym poziomie, by móc zastąpić zegarki sportowe 3 branżowych gigantów, którzy od lat rozdają karty. W mojej ocenie jest, gdyż HUAWEI WATCH GT 7 Pro to konstrukcja dojrzała i przemyślana, która nie tylko zbiera dane dotyczące aktywności, regeneracji czy kondycji, ale pokazuje je nam w łatwej do strawienia, przejrzystej, przystępnej formie.
Nie zapominajmy też, że ma ten zegarek garść funkcji, które zapalonym rowerzystom, kolarzom amatorom (i nie tylko amatorom!) naprawdę się przydadzą, bo wirtualny pomiar mocy i kadencji to szokująco dokładne i bardzo przydatne funkcje. Może gdybym jeździł z nim cały sezon i wykorzystywał dane, którym karmi człowieka tak, by zoptymalizować treningi, to nie przemęczyłbym się w marcu, dbając o regenerację i nie złapałbym zapalenia zatok? Może byłbym sensowniej przygotowany i nie odpuścił ważnych dla mnie zawodów? Nie wiem. Wiem za to, że to naprawdę fajny zegarek, którym Huawei już definitywnie wskakuje do grona największych graczy w świecie czysto sportowej elektroniki.