W ostatnich tygodniach możemy zauważyć, że słońce zachodzi coraz wcześniej, a dzień wyraźnie się skraca i ustępuje miejsca dłuższej nocy. Takie naturalne zmiany także nas skłaniają do ograniczania aktywności, szczególnie tej intensywnej. Doskonałym rozwiązaniem w tym okresie jest skupienie się na ruchu o niskiej intensywności. Wbrew pozorom szybki marsz zamiast biegu jest znacznie przyjemniejszy, skutecznie ogranicza ryzyko wystąpienia urazów, a jednocześnie gwarantuje mnóstwo korzyści zdrowotnych.
Właśnie teraz warto zmienić podejście i zamiast forsownych sprintów postawić na trening LISS (Low-Intensity Steady-State), czyli długie marsze utrzymywane w jednostajnym, szybkim tempie. To jedna z najbardziej niedocenianych form ruchu, która w chłodniejszych miesiącach staje się prawdziwym sprzymierzeńcem organizmu.
Sam przestawiłem się na aktywność tego typu już kilka miesięcy temu. Owszem, zdarzało mi się uprawiać jogging, ale niezależnie od tego, ile razy próbowałem, zawsze po kilku wyjściach albo pojawiał się ból w kolanach, albo przesadzałem z intensywnością, albo po prostu po kilkunastu treningach spadała mi motywacja i porzucałem aktywność.
Długie marsze w szybkim tempie to zupełnie inna bajka. Na taki trening można wyjść codziennie. Szybki chód eliminuje ryzyko urazów, nawet u osób, którym dotąd nie było po drodze ze sportem. Wszak to tylko spacer w żwawym tempie. Nie złapiemy tutaj zadyszki, a jedynie na 40–60 minut podniesiemy tętno, wchodząc do tzw. drugiej strefy.
Jesienne i zimowe marsze przynoszą ciału i psychice dokładnie to, czego w tym trudniejszym okresie najbardziej potrzebujemy. Przede wszystkim pomagają uporać się z sezonowym spadkiem nastroju. Ruch na świeżym powietrzu, nawet przy zachmurzonym niebie, doskonale dotlenia organizm i stymuluje produkcję endorfin, działając jak naturalny antydepresant. Jednocześnie trening o niskiej intensywności nie obciąża układu nerwowego, który jesienią bywa już wystarczająco nadwyrężony stresem czy brakiem słońca. Marsz LISS to także idealny sposób na efektywne spalanie tkanki tłuszczowej – pracując w umiarkowanej strefie tętna, spalamy kalorie bez ryzyka przetrenowania i spadku odporności, co przy wszechobecnych infekcjach ma kluczowe znaczenie. Co więcej, w przeciwieństwie do biegania po mokrych liściach czy zmarzniętym asfalcie, dynamiczny krok nie generuje tak silnych przeciążeń i chroni stawy, pozwalając utrzymać regularność przez całą zimę.
Doskonałym partnerem w takim treningu może być smartwatch, który monitoruje aktywność, liczy spalane kalorie, pokazuje tętno podczas wysiłku i mierzy przespacerowane kilometry. Przez ostatni tydzień towarzyszył mi HUAWEI WATCH GT 7 – ale po kolei.
Aby szybki marsz rzeczywiście spełniał założenia treningu LISS, kluczowa jest kontrola tempa i wysiłku – i tu wkracza technologia. Zaawansowany system pomiarowy HUAWEI TruSense™ stale monitoruje tętno, pilnując, byśmy nie zwolnili do zwykłego spaceru, ale też nie weszli w zbyt intensywne zakresy beztlenowe. Wszystkie parametry widać na pierwszy rzut oka na jasnym ekranie AMOLED osiągającym aż do 3 000 nitów, który pozostaje perfekcyjnie czytelny nawet wtedy, gdy nisko świecące, jesienne słońce odbija się od tarczy.
Zanim jednak w ogóle ruszymy w trasę, zegarek rano ocenia naszą aktualną gotowość na podstawie snu i zmienności rytmu serca (HRV), a także aktywnych kalorii spalonych dnia poprzedniego. Wystarczy jeden rzut oka na nadgarstek przy porannej kawie, by wiedzieć, czy organizm jest w pełni zregenerowany na 10-kilometrową trasę, czy może lepiej skrócić dystans i potraktować marsz czysto regeneracyjnie. Wielu z nas niechętnie przyjmuje do wiadomości fakt, że bez właściwego wypoczynku żaden trening nie przyniesie oczekiwanych rezultatów. Organizm potrzebuje bowiem równowagi, na którą składają się zbilansowana dieta, właściwa dawka ruchu i odpowiednia ilość snu. HUAWEI WATCH GT 7 monitoruje te parametry przez całą dobę. Mamy tutaj analizę snu wraz z monitorowaniem oddechu, pomiary tętna, stresu, saturacji krwi i temperatury skóry, monitoring HRV i nastroju, a także analizę fali tętna. Czego chcieć więcej?
Jesienna pogoda bywa kapryśna, ale sprzęt nie może nas ograniczać. Dzięki klasie szczelności IP69 i wodoodporności 5 ATM zegarek nie boi się nagłego deszczu, gęstej mgły ani śnieżycy. Pomyślano także o chłodniejszych dniach – nowy pasek HUAWEI EasyCross™ z zapięciem chowanym do wewnątrz sprawia, że smartwatch nie haczy o ściągacze kurtek czy grube rękawiczki.
W jesiennym lesie niezawodny okazuje się precyzyjny system pozycjonowania GPS (HUAWEI Sunflower), który dokładnie rejestruje każdy krok i przebieg trasy.
Producent deklaruje, że smartwatch w wersji 46 mm wytrzyma na jednym ładowaniu nawet do 21 dni, a w wersji 41 mm – do 14 dni lekkiego użytkowania, z zachowaniem najważniejszych funkcji. Przyznam, że bardzo sceptycznie podchodziłem do tych deklaracji, bo wyglądały zbyt dobrze. Śpieszę zatem donieść, że dokładnie tydzień po naładowaniu baterii do 100 procent wskaźnik nadal pokazuje 47 procent. Muszę przyznać, że jestem przyzwyczajony do zupełnie innych standardów. Co więcej, przez ten tydzień zegarek codziennie aktywnie rejestrował krótki trening siłowy oraz godzinny, szybki marsz. Niskie temperatury, które zazwyczaj drenują ogniwa, tutaj nie stanowią wyzwania, eliminując stres związany z nagłym rozładowaniem urządzenia w połowie drogi. Jest nawet odwrotnie – to ja odruchowo czuję potrzebę naładowania zegarka do pełna. Problem w tym, że gdy sprawdzam stan baterii, okazuje się, że spokojnie mogę z tym poczekać jeszcze kilka dni.
A gdy po kilkunastu kilometrach rześkiego marszu przyjdzie ochota na rozgrzewającą kawę w pobliskiej kawiarni, portfel może zostać w domu – dzięki płatnościom zbliżeniowym CurvePay za rachunek zapłacimy bezpośrednio zegarkiem. Niezależnie od tego, czy korzystamy ze smartfona z Androidem, czy iOS, urządzenie bez problemu połączy się z telefonem i zsynchronizuje postępy w aplikacji Zdrowie.
HUAWEI WATCH GT 7 to naprawdę solidny kompan wszelkich aktywności sportowych. Podczas marszu dostarcza mnóstwa przydatnych danych: od przebytej odległości, przez strefy tętna, aż po przewyższenia. Odczyt parametrów bezpośrednio z tarczy to czysta przyjemność. Ekran jest bardzo jasny i ostry, animacje płynne, grafiki czytelne, a obsługa – co niezwykle ważne – w pełni intuicyjna. W połączeniu z rewelacyjnym czasem pracy na jednym ładowaniu to sprzęt zdecydowanie warty uwagi.
Mogę śmiało powiedzieć, że po tygodniu spędzonym z tym zegarkiem na ręku (bez przerw na ładowanie) ciężko będzie mi się z nim rozstać. Już teraz wiem, że zdecydowanie wolałbym przeprowadzić test długoterminowy. Wszak tylko wtedy miałbym realną szansę w końcu go rozładować.