Kilka kroków do przodu, kilka do tyłu. Sony 1000X The ColleXion - recenzja słuchawek
1000X The ColleXion to najdroższe i pod wieloma względami najlepsze słuchawki Sony. Wieloma, ale nie wszystkimi.
Sony 1000X The ColleXion startują z poziomu 2699 zł, a więc mówimy o naprawdę wysokiej półce cenowej. Nowe słuchawki są o ok. 1000 zł droższe niż dotychczas najwyżej pozycjonowany i ceniony model WH-1000XM6.
Jednocześnie 1000X The ColleXion nie jest traktowany przez Sony jako bezpośredni następca "m-szóstek", lecz jako model poboczny, wydany z okazji 10-lecia serii 1000X.
Czy warto wydać za nowy model aż tyle? Krótka odpowiedź brzmi - to zależy. Jeśli chodzi o czysty stosunek jakości do ceny, ubiegłoroczne słuchawki 1000XM6 wypadają znacznie korzystniej. Niemniej The ColleXion mają kilka istotnych przewag, dla których - jeśli komuś 1000 zł z jedną czy drugą stronę nie robi wielkiej różnicy - zdecydowanie warto je rozważyć.
Sony 1000X The ColleXion są mega wygodne w noszeniu
Zaczynając testy porównałem ze sobą Sony 1000X The ColleXion i WH-1000XM6 bezpośrednio. Pierwsze wrażenie? Nowe słuchawki zdają się być znacznie lżejsze. No właśnie - zdają się być, ale nie są, bo tak naprawdę waga wzrosła z ok. 250 do ok. 310 g.
Skąd więc to wrażenie? Prawdopodobnie z kilku zmian konstrukcyjnych, które sumarycznie przekładają się na lepsze wyważenie i wyższy komfort noszenia.
Pierwsza istotna zmiana to odchudzenie muszli słuchawkowych. W modelu WH-1000XM6 grubość obudowy wynosi 45,4 mm, a w 1000X The ColleXion zredukowano ją do 40,1 mm, co oznacza spadek grubości o ponad 11 proc. Poprawa jest odczuwalna, bo dzięki temu nowe słuchawki lepiej wyglądają na głowie i mniej od niej odstają, więc noszenie powoduje mniejszy dyskomfort. No i założone słuchawki łatwiej wsunąć pod ciasny kaptur.
Mimo terapii odchudzającej, poduszki są grubsze i większe, a dodatkowo pokryte bardziej aksamitnym tworzywem, nad którym prace miały trwać dwa lata. To - w połączeniu z przeprojektowanym i wyściełanym tym samym tworzywem pałąkiem - przekłada się na mniejszy nacisk na głowę. W efekcie jestem w stanie spokojnie nosić 1000X The ColleXion przez kilka godzin.
Początkowo obawiałem się, że przez wygodniejszą konstrukcję nowe słuchawki Sony będą miały tendencję do zsuwania się z uszu podczas treningu, ale nie. Kilka razy zabrałem je na bieżnię i pewnie trzymały się na głowie.
Dodatkowo projektanci Sony ograniczyli dominację plastiku, bo przyciski i zewnętrzną część pałąka wykonano z metalu. Producent zapewnia, że "wysokogatunkowego" metalu, a każdy egzemplarz jest ręcznie polerowany przez "mistrzów rzemiosła". Obecność sporego kawałka metalu odbiła się na wadze, ale dzięki temu nowe słuchawki sprawiają wrażenie produktu bardziej premium.
Dla niektórych regresem może być to, że 1000X The ColleXion nie mają składanego pałąka, więc etui jest sporo szersze (ale i nieco chudsze) niż w przypadku "m-szóstek".
Jeśli chodzi o wygląd, nowy model bardzo mi się podoba, choć nie różni się drastycznie od innych słuchawek Sony z ostatnich 10 lat, a większość ulepszeń docenia się dopiero podczas korzystania. Jeśli ktoś planuje kupić drogie słuchawki, by manifestować swój status społeczny, to myślę, że na tym polu AirPodsy Max sprawdzą się lepiej.
Wygoda sterowania słuchawkami Sony 1000X The ColleXion również stoi na wysokim poziomie, ale wyłącznik bym wymienił
Do sterowania odtwarzaczem muzyki służy panel dotykowy na prawej słuchawce. Domyślnie dwukrotne kliknięcie wstrzymuje i wznawia odtwarzanie, przesuwanie palcem góra/dół reguluje głośność, gest przód/tył przełącza utwory, a przykrycie dłonią całej słuchawki aktywuje tryb przejrzystości. To wszystko działa bardzo dobrze i jest intuicyjne.
Drobny minusik jest taki, że słuchawki pokryto szorstkim tworzywem, które dobrze przenosi dźwięk. Podczas korzystania z panelu dotykowego dość głośno słychać stuknięcia i szuranie, nawet przy włączonej muzyce. Ale to detal, bo ze sterowania korzysta się raczej sporadycznie.
Na lewej słuchawce umieszczono trzy przyciski. Jeden odpowiada za zmianę trybu odtwarzania Upmix (o którym więcej za moment), drugi za zmianę trybu ANC, a trzeci to wyłącznik. I właśnie z tym ostatnim mam problem.
Nie jestem fanem umieszczania klikalnego wyłącznika w słuchawkach nausznych, bo patrząc na nie, nie da się stwierdzić, czy zostały wyłączone. Status sygnalizowany jest dźwiękowo i za pomocą niewielkiej diody dopiero po naciśnięciu klawisza, co moim zdaniem nie zdaje egzaminu. Wolałbym suwak z wyraźnie oznaczonymi trybami on/off.
Tryb 360 Upmix mnie rozczarował
Jedną z lokomotyw marketingowych słuchawek Sony 1000X The ColleXion jest funkcja 360 Upmix, która ma przekształcać zwykły sygnał stereo w przestrzenny za pomocą algorytmów. Producent uznał tę funkcję za na tyle istotną, że umieścił na obudowie trzeci przycisk odpowiedzialny wyłącznie za zmianę trybów.
Sony przygotowało trzy tryby:
- For Music - ma się skupiać na naturalnym pozycjonowaniu wokalisty z przodu i symulacji akustyki sali koncertowej;
- For Movies - ma wyciągać dialogi na pierwszy plan w kanale centralnym, rozszerzając jednocześnie efekty otoczenia na boki;
- For Games - tryb o zredukowanym opóźnieniu, nastawiony na precyzyjną lokalizację kierunkową dźwięków w osiach X, Y i Z, co ma ułatwiać orientację w rozgrywce wieloosobowej.
Tyle w teorii, a co z praktyką? 360 Upmix w trybie muzycznym faktycznie potrafi zbudować efekt przestrzenności, ale kosztem jakości dźwięku. Najbardziej masakrowane są partie wokalne, które sprawiają wrażenie syntetycznych, nieumiejętnie przefiltrowanych. Nagrania rockowe potrafią brzmieć znośnie (zgaduję, że na nich najłatwiej trenować algorytmy), ale w przypadku popu - gdzie realizatorzy pozwalają sobie na mniej oczywiste rozwiązania realizatorskie - niektóre utwory w trybie 360 Upmix brzmią naprawdę źle.
Gry? Pograłem trochę w "Fortnite’a" i z włączonym 360 Upmix grało mi się gorzej niż w zwykłym stereo. Audio jest dziwnie prasowane i w tym trybie w ogóle nie byłem w stanie określić kierunku słyszanych kroków, strzałów czy nieotwartych skrzyń.
Nieco lepiej jest z filmami, ale i w ich przypadku szczytem 360 Upmix jest bardziej "od biedy da się słuchać" niż "jak ja mogłem oglądać filmy bez tego".
Sony 1000X The ColleXion odziedziczyły także po starszych słuchawkach tej marki tryb Background Music. Po jego włączeniu dźwięk zdaje się dobiegać gdzieś z daleka, co ma umilić np. słuchanie muzyki podczas pracy. Działa to bez zarzutu i efekt oddalenia jest dość realistyczny, ale osobiście nie jestem fanem takich sztuczek i wolę słuchać muzyki albo normalnie, albo wcale.
Sony 1000X The ColleXion grają doskonale
30-milimetrowe przetworniki nie są ani największe na rynku, ani nawet większe niż w "m-szóstkach", ale Sony chwali się przeprojektowaną konstrukcją i wykorzystaniem specjalnego kompozytu węglowego.
I - zgodnie z deklaracjami - Sony 1000X The ColleXion faktycznie ponadprzeciętnie dobrze radzą sobie z separacją dźwięków. Bas jest mocny i mięsisty, ale wyraźnie oddzielony od reszty instrumentów i wokalu. Same wokale brzmią natomiast wyjątkowo naturalnie.
Do pełni szczęścia brakuje mi jednak bardziej elastycznego EQ, bo poziom regulacji jest relatywnie mały i nastawiony bardziej na drobną korektę niż całkowitą zmianę charakterystyki brzmienia. Gdy byłem na premierze M6, inżynierowie Sony tłumaczyli, że ich intencją było jak najwierniejsze oddanie intencji realizatora i nie chcieli, by użytkownik mógł nieświadomie popsuć efekt. I OK. Ale w przypadku 1000X The ColleXion widzę niekonsekwencję, bo z jednej strony nie mogę sobie podkręcić basu ponad skalę, bo realizator utworu miał inną wizję, ale jednocześnie Sony nie ma problemu z pakowaniem filtrów AI, które kompletnie masakrują brzmienie.
Unikatową funkcją tych słuchawek jest także bardziej zaawansowany algorytm DSEE Ultimate, który odpowiada za poprawę jakości mocno skompresowanych plików audio. Wytrenowane sieci neuronowe Sony mają analizować spektrogram dźwięku w locie, rozpoznają instrumenty oraz gatunek muzyczny, a następnie sztucznie odbudowywać brakujące harmoniczne, rozszerzając próbkowanie do 96 kHz i głębię do 32 bitów.
Tyle w teorii, a w praktyce? Próbowałem szukać po streamingach jakichś starych i naprawdę źle brzmiących nagrań. Wygenerowałem nawet kilka własnych empetrójek z różnym poziomem kompresji, ale w żadnym przypadku włączenie DSEE Ultimate nie dawało efektu, który moje ucho byłoby w stanie wychwycić. Choć podkreślę tutaj, że audiofilem nie jestem.
Może istnieje scenariusz użycia, w którym DSEE Ultimate robi robotę, ale osobiście nie byłem w stanie go znaleźć. Przeglądałem nawet recenzje eksperckich serwisów audio, ale nie znalazłem ani jednej, w której algorytm zostałby pochwalony za coś innego niż to, że istnieje.
ANC w Sony 1000X The ColleXion to mały krok wstecz
Sony chwali się, że 1000X The ColleXion mają system aktywnej redukcji szumów odziedziczony po WH-1000XM6. Wykorzystuje on 12 mikrofonów, specjalny czip QN3 oraz algorytm Adaptive NC Optimiser. W praktyce ANC w nowych słuchawkach spisuje się dobrze na tle całego rynku, ale zauważalnie gorzej niż w ubiegłorocznym modelu.
Z mojego doświadczenia wynika, że "M-szóstki" absolutnie fenomenalnie radzą sobie z filtrowaniem nie tylko jednolitego szumu, ale i wyższych oraz bardziej nieregularnych dźwięków, na czele ze stukotem klawiatury. 1000X The ColleXion przepuszczają tego typu odgłosy chętniej. Może to wynikać z wygodniejszej konstrukcji, przez którą pasywna redukcja sama w sobie jest mniej skuteczna.
Nie jest jednak tak, że ANC jest w tych słuchawkach nieużywalne, bo to w dalszym ciągu kawał dobrej technologii. W większości sytuacji wystarczy włączyć ten tryb i odpalić choćby cichą muzykę, by kompletnie odciąć się od otoczenia. No ale jednak ten sam producent już wcześniej udowodnił, że da się to zrobić jeszcze lepiej i taniej.
Sony 1000X The ColleXion mają też rozbudowany tryb przejrzystości, z opcją automatycznej regulacji intensywności w zależności od otoczenia. Działa on na tyle OK, że da się z kimś bez problemu dogadać bez konieczności zdejmowania słuchawek, ale dźwięk przepuszczany przez wbudowane mikrofony nie grzeszy naturalnością.
Producent zaimplementował sporo opcjonalnej automatyzacji. Przykładowo słuchawki mogą włączyć tryb przejrzystości po wykryciu chodu lub biegu i przejść w tryb ANC, gdy użytkownik usiądzie. Działa to bardzo dobrze, choć osobiście wolę wcisnąć przycisk na obudowie niż zdawać się na automat.
Bateria w Sony 1000X The ColleXion daje radę, choć daleko jej do bicia rekordów
Sony deklaruje, że w testach laboratoryjnych 1000X The ColleXion wyciągają 24 godziny pracy z włączonym ANC. Realnie jednak z wyższym poziomem głośności, LDAC i sporadycznym aktywowaniem trybu przejrzystości słuchawki schodzą mocno poniżej 20 godzin.
Patrzeć na to można dwojako. Z jednej strony na rynku nie brakuje słuchawek, które wyciągają znacznie lepsze wyniki. Ba - jednym z przykładów są Sony WH-1000XM6. Z drugiej jednak te kilkanaście godzin pracy w zupełności mi wystarcza, bo przecież nie słucham muzyki non stop przez całą dobę, a w dłuższą podróż i tak muszę zabrać ładowarkę do telefonu. Choć oczywiście im wydajniejszy akumulator na starcie, tym mniej bolesne skutki jego degradacji w kolejnych latach użytkowania.
W Sony 1000X The ColleXion zabrakło mi ostatnich szlifów premium
Sony 1000X The ColleXion pozycjonowane są jako gadżet niemal luksusowy. Zabrakło mi jednak postarania o pełnię doświadczenia.
Gdyby przykładowo Sony dorzuciło do zestawu zwykły przewód USB-C, uznałbym to za minus, bo uważam, że do sprzętu tej klasy dorzucony powinien być porządny, pleciony kabel, pasujący stylistycznie do samych słuchawek. Ale Sony poszło o krok dalej, bo przewodu USB-C w zestawie sprzedażowym nie ma wcale. W etui wylądował jedynie przewód mini-jack, który - z uwagi na specyfikę dzisiejszego rynku smartfonów - raczej mało komu się przyda.
No i aplikacja Sony Sound Connect. Pominę już to, że wygląda jak losowa apka z 2012 roku i estetycznie odstaje od dzisiejszych standardów. Ale producent wciąż nie pokusił się nawet o to, by spolszczyć interfejs.
Gdyby to były słuchawki z Temu za 70 zł, przymknąłbym na takie rzeczy oko. Ale jeśli z jednej strony producent kusi klientów ręcznie polerowanym pałąkiem, a z drugiej nie potrafi zadbać o porządną aplikację i kompletne wyposażenie, to widzę tu zgrzyt i brak konsekwencji.
Czy warto kupić Sony 1000X The ColleXion?
Dziwi mnie trochę, że Sony nie zadbało o to, by najwyżej pozycjonowane słuchawki w ofercie były jednocześnie w każdym calu najlepsze. Choć bowiem 1000X The ColleXion bronią się wygodą noszenia i jakością dźwięku, to ustępują tańszemu modelowi WH-1000XM6 pod względem ANC czy wydajności baterii. Nie wszystkie ekskluzywne funkcje - na czele z 360 Upmix - są też na tyle dopracowane, by warto było dopłacić ok. 1000 zł tylko dla nich.
Dla mnie wygoda użytkowania jest bardzo istotna, więc gdyby cena nie grała dla mnie roli, to - mając do wyboru te dwa modele - bez wahania sięgnąłbym po The ColleXion. Te słuchawki to jednak przede wszystkim fanaberia dla tych, którzy mogą sobie na nią pozwolić, bo stosunek jakości do ceny jest zdecydowanie mniej korzystny niż w przypadku "m-szóstek".
Warto kupić, jeśli:
- wygoda noszenia jest dla ciebie kluczowa;
- cenisz sobie wysoką jakość wykonania;
- oczekujesz wyśrubowanej jakości dźwięku.
Nie warto, jeśli:
- szukasz najlepszego ANC, najlepszej baterii i/lub najlepszego stosunku jakości do ceny w ofercie Sony.