Jeżeli podpisane umowy przewidują stosowanie mechanizmu ISDS, korporacje mogą pozywać państwa z pominięciem krajowego sądownictwa (i sprawy te przeważnie, choć niejednokrotnie po kontrowersyjnych decyzjach, wygrywają). Rzecz w tym, że Polska jest zobowiązana 61 takimi dwustronnymi umowami inwestycyjnymi, w dużej mierze zawieranymi jeszcze w latach 80. i 90. ubiegłego wieku. Ministerstwo Rozwoju zapowiedziało, że zamierza to pole do nadużyć zmniejszyć i renegocjować przynajmniej część tych kontraktów.
Co jest złego w ISDS?
Biorąc pod uwagę samego tylko założenia ISDS (czyli Investor State Dispute Settlement czy – jak jest czasem nazywany – inwestor-przeciw-państwu) to mechanizm niezwykle istotny. Jest to bowiem narzędzie, które pozwala korporacji bronić się przed nieuczciwymi zagrywkami ze strony państwa – to może być nierówne traktowanie firm krajowych i zagranicznych czy tzw. pośrednie wywłaszczenie, co oznacza, że wprowadzone przepisy ograniczają przychody podmiotu.
Problem polega jednak na tym, że firmy niezwykle często nadużywają stwierdzenie „pośredniego wywłaszczania”, wnoszą sprawy przeciwko państwom, a prywatny arbitraż (któremu to powierzone jest rozstrzyganie sporów w takich przypadkach) najczęściej przychyla się do wniosku „poszkodowanej” korporacji. Nawet wówczas, gdy państwo działa zgodnie z prawem, ale na niekorzyść samego przedsiębiorstwa, w skrajnych przypadkach powodem pozwu może być nawet podwyżka minimalnej płacy.
I tak na przykład: rok 2006 – Ekwador, grzywna w wys. 2,3 mld dolarów za cofnięcie koncesji na wydobycie ropy naftowej amerykańskiej firmie, która złamała prawo; rok 1998 – Kanada, grzywna w wys. 13 mln dolarów za zakaz stosowania w paliwie środku szkodliwego dla środowiska nałożony na amerykańską firmę; rok 2003 – Polska, odszkodowanie w wys. 9 mld złotych dla holenderskiej firmy za wycofanie się z planów prywatyzacji PZU. I tak przykładów można by wymieniać jeszcze sporo, jako że 6 na 10 spraw rozstrzyganych jest na korzyść koncernu.
Ochrona dla korporacji w Polsce
Na przełomie lat 80. i 90. ubiegłego wieku Polska podpisała wiele BIT-ów, czyli dwustronnych umów inwestycyjnych z mechanizmem ISDS – taka była w tamtych czasach norma, szczególnie w państwach rozwijających się. Dziś liczba takich umów wynosi już 61, co oznacza spore zagrożenie dla polskiego budżetu. W Ministerstwie Rozwoju zrodził się jednak pomysł, by coś na ten problem poradzić.
Jak informuje Interia, ministerstwo planuje renegocjację albo wręcz wypowiedzenie części umów BIT. Zresztą nasz kraj nie byłby tutaj odosobniony, jako że podobną tendencję można zauważyć w wielu krajach świata. Dość powiedzieć, że tylko w ostatnich miesiącach dwustronne umowy inwestycyjne wypowiedziały Polsce dwa kraje: Indie i Włochy. Pierwsza wygaśnie już maju, druga – na początku przyszłego roku.
Czy to oznacza koniec problemów z mechanizmem inwestor-przeciw-państwu? Zdecydowanie nie. Bowiem choć jedne umowy wypowiadamy, równocześnie podpisujemy nowe, które zakładają obecność ISDS. Najlepszym przykładem jest CETA, czyli porozumienie handlowe pomiędzy Unią Europejską a Kanadą, w którym pojawia się zapis o mechanizmie ICS, który co do założeń jest właściwie identyczny.
ISDS/ICS to nic dobrego?
Takie stwierdzenie byłoby niewłaściwe. Dobrze wykorzystywany mechanizm jest bowiem niezwykle ważny, ponieważ jest to właściwie jedyny sposób, w jaki korporacja może chronić się przed nieuczciwymi zmianami wprowadzanymi przez państwa. Rozsądzanie spraw przez arbitraż również jest czymś naturalnym – trudno przecież wyobrazić sobie sytuację, w której spór dotyczący nowego, obowiązującego już prawa rozstrzyga sąd kraju, który temu prawu podlega.
Część ekspertów ma też wątpliwości co do tego, czy brak takiego zapisu skłonił by korporację do inwestowania w danym kraju. Na razie jednak szukanie rozwiązania i tak nic nie da – wszak CETA podpisane, a na pewno nie będzie to ostatnie z takich porozumień.
Źródło: Interia, inf. własna