Sword Coast Legends – legendy nie piszą się same
Gry

Sword Coast Legends – legendy nie piszą się same

Jakub Jakubowicz | Redaktor serwisu benchmark.pl
3 komentarze Dyskutuj z nami

Witajcie ponownie w klasycznych Zapomnianych Krainach. Jednak w Sword Coast Legends nie jesteśmy jedynie bohaterami opowieści, ale też jej twórcami .

marketplace
Ocena benchmark.pl
  • 3,3/5
Plusy

- minimalistyczna, ale estetyczna grafika,; - powrót do Zapomnianych Krain,; - ciekawa opowieść w trybie dla pojedynczego gracza,; - możliwość prowadzenia rozgrywki jako Mistrz Gry,; - opcja tworzenia własnych map i historii

Minusy

- mało oryginalna formuła kampanii dla pojedynczego gracza,; - niepełne możliwości ręcznego projektowania lokacji w edytorze,; - ograniczone opcje tworzenia własnych historii,; - mało rozbudowane drzewka umiejętności,; - zbyt trywialny system walk,; - uproszczenia, uproszczenia i jeszcze raz uproszczenia!

Chyba każdy prawdziwy fan gatunku komputerowych Role Playing Games z łezką w oku wspomina kultowe Baldur's Gate i niemniej zachwalane serie Icewind Dale czy Neverwinter Nights. Nic więc dziwnego, że wielu graczy z dreszczem emocji powitało wiadomość o produkcji autorstwa studia n-Space i Digital Extremes, która raz jeszcze przenosi nas do magicznego świata Zapomnianych Krain.

W dodatku nie jesteśmy świadkami żadnego formalnego eksperymentu, ale powrotu do korzeni, a więc próby stworzenia klasycznego RPG o izometrycznym widoku i mechanizmach znanych ze starych, dobrych reprezentantów tego gatunku. Jak gdyby tego mało, za główną oś tej produkcji obrano możliwość tworzenia własnych opowieści oraz wcielenie się w rolę Mistrza Gry. I właśnie to ostatnie miało uczynić z tego tytułu prawdziwą perełkę pośród podobnych dzieł. Jednak nie wszystko poszło zgodnie z planem...

Sword Coast Legends - drużyna

Bezrybie na Wybrzeżu Mieczy

Sword Coast Legends, jak każde szanujące się RPG oferuje kampanię, w której możemy wcielić się w stworzonego przez siebie bohatera i wraz z grupą napotkanych po drodze śmiałków stawić czoła drobnym rzezimieszkom, grasującym po gościńcach poczwarom i prawdziwie demonicznym bestiom. Otrzymujemy to, co lubimy najbardziej czyli lochy, jaskinie, katakumby, bezdroża i urokliwe średniowieczne miasteczka. Jednak całość nie wygląda tak kolorowo, jak mogłoby się wydawać. Przede wszystkim klimat nie dorównuje temu, jaki mamy okazję pamiętać chociażby z pierwszego Icewind Dale, a oddany do naszej dyspozycji świat w żadnej mierze nie jest tak rozbudowany, jak ten znany z Baldur's Gate.

Owszem, dialogi są napisane całkiem sprawnie i z pewnym polotem, a historia potrafi rozbudzić naszą ciekawość, mimo że jest skonstruowana w sposób aż do bólu klasyczny. Niestety, razi duża liniowość rozgrywki oraz jednowymiarowość postaci. Można więc powiedzieć, że opowieść zaprezentowana nam w Sword Coast Legends jest gratką jedynie dla największych pasjonatów świata Zapomnianych Krain. A i dla nich będzie to raczej jedynie imitacja  flagowców spod znaku Dungeons & Dragons, niż pełnowartościowy produkt.

Sword Coast Legends - walka ze szczurami

Mam zaklęcie i nie zawaham się go użyć

Cała zabawa w Sword Coast Legends kręci się w zasadzie wokół scen bijatyk, toteż najlepiej jej charakter oddaje określenie „hack'and'slash”. Choć teoretycznie gra opiera się na zasadach piątej edycji Dungeons & Dragons, system ten poddano pewnym modyfikacjom, a co za tym idzie, walki nie sprawiają wrażenia szczególnie złożonych.

W zasadzie starczy huknąć we wroga całym wachlarzem zgromadzonych przez nas zaklęć, a następnie okładać go po głowie żelastwem, żeby odnieść pewny sukces. Osoby szczególnie leniwe mogą nawet ograniczyć się do kierowania zaledwie jedną postacią z drużyny, a reszta jej członków doskonale poradzi sobie przy zastosowaniu swojej sztucznej inteligencji. W żadnym razie nie przypomina to wyrafinowanych potyczek z Icewind Dale, gdzie każdy szczegół miał znaczenie, a o wyniku konfrontacji mógł przesądzić taki detal, jak formacja, w której nasi bohaterowie wkroczyli do danej komnaty.

Podobnie sprawy się mają w aspekcie umiejętności i zaklęć. Tutaj także nie zabrakło uproszczeń oraz rozwiązań, które pozornie mają przyciągnąć większe rzesze graczy do Sword Coast Legends, a w rzeczywistości zniechęcają największych wielbicieli tego gatunku. Szkoda, że zwątpiono w możliwości taktyczne graczy i wszystkie kwestie związane ze strategią walki oraz rozwojem postaci mocno okrojono.
Maestro, grać?

Po tych rozważaniach natury ogólnej czas na gwóźdź programu. Bo tak jak „nikt nie kupuje Battlefielda dla kampanii jednoosobowej” , tak też Sword Coast Legends nie zostało stworzony dla rozgrywki indywidualnej. Tym, co rozpalało naszą wyobraźnię jeszcze przed premierą tego tytułu był tryb Mistrza Gry.

W sporym skrócie można powiedzieć, że ta opcja pozwala nam kontrolować siły zła i skutecznie utrudniać przeprawę czwórki naszych znajomych przez pełne niebezpieczeństw lokacje. W tym celu możemy wydawać gromadzone punkty zagrożenia na przywoływanie sług ciemności, zastawianie pułapek czy też maskowanie przejść do kolejnych komnat. Z punktu widzenia drużyny bohaterów obecność Mistrza Gry jest dostrzegalna pod postacią jego kursora, który ukazuje się na ekranie jako świetlisty ślad.

Sword Coast Legends - lochy i potwory

I chociaż władza nad hordami nieumarłych lub bandami goblinów sprawia sporo frajdy jest to doświadczenie w żaden sposób nieporównywalne z rolą Mistrza Gry, jaką ten przyjmuje w klasycznych nie-wirtualnych RPG-ach. Wprawdzie sytuacja ta zmienia się, kiedy zaangażujemy w rozgrywkę również komunikację głosową między uczestnikami zabawy, ale wciąż jest to doświadczenie odmienne i uboższe względem swojego pierwowzoru. To zapewne jeden z elementów, który sprawia, że społeczność osób zaangażowanych w wieloosobowy tryb Sword Coast Legends maleje z dnia na dzień.

Sword Coast Legends - samotna walka

Tu się walnie pochodnię, tam stos czaszek i będzie pięknie!

Jednak Sword Coast Legends to nie tylko kampania dla pojedynczego gracza oraz tryb Mistrza Gry, ale także edytor map. Znaczy to tyle, że każdy z nas może zaprojektować lochy, twierdzę czy miasteczko swoich marzeń, a następnie umieścić je w szerszym kontekście przygotowanej przez siebie opowieści.

Tak w każdym razie rysowało się to w teorii, bo w praktyce wygląda to znacznie mniej zachęcająco. Nie chodzi nawet o pierwsze wrażenie, jakie robi na nas wspomniany edytor, a które można krótko określić jako zdecydowany nadmiar opcji do wyboru. Sęk właśnie w tym, że jest to odczucie bardzo złudne. Różnego rodzaju obiektów, możliwości umieszczania lokacji na mapie świata, bohaterów drugoplanowych i innych atrakcji w rzeczy samej nie brakuje. Jednak to wciąż za mało, żeby przygotować grę swoich marzeń.

Plansze są tworzone losowo, a gracz może jedynie modyfikować część elementów, które się na nich znajdują. Podobnie mają się sprawy z opcjami dialogowymi. Co za tym idzie, produkt, który miał się autonomicznie rozrastać za sprawą inwencji erpegowej społeczności, jest niczym więcej, jak tylko maszynką do tworzenia niewiele różniących się od siebie klonów.

Sword Coast Legends - opowieść z Zapomnianych Krain

Najprzystojniejszy goblin w całym Sword Coast Legends

Jednak w edytorze map znajduje się jeden element, który przyciąga wzrok. To moduł pozwalający na tworzenie własnych potworów i postaci. Oczywiście, nie chodzi o to, żeby próbować swoich plastycznych umiejętności od zera szkicując kostropatą gębę orka, ale raczej, żeby dostosować do swoich wymagań już obecne w grze modele kreatur i ludzi. W tym obszarze opcji jest całkiem sporo i żal chwyta za serce, że poskąpiono ich w pozostałych modułach edytora.

Sword Coast Legends - różne potwory, także własne

Skoro już mowa o wyglądzie tworzonych przez nas ludków czy też stworków, warto zaznaczyć, że byłoby to niemożliwe bez zupełnie przyzwoitej oprawy graficznej. Być może całościowo nie jest ona szczególnie zachwycająca i można ją określić jedynie jako minimalistyczną, ale estetycznie podaną, o tyle przy modyfikowaniu postaci, sprawdza się ona doskonale.

Dotyczy to także warstwy wizualnej głównego bohatera naszej drużyny. Niestety, i tutaj odbijają się czkawką wprowadzane uproszczenia, bo już z innymi atrybutami naszego wirtualnego alter ego nie zrobimy tak wiele. 

Sword Coast Legends - estetyczna ale i minimalistyczna grafika

Baldur się w grobie przewraca

Jak już pewnie można się domyślić śledząc przytoczone powyżej spostrzeżenia, największym mankamentem Sword Coast Legends jest niezdecydowanie jej twórców. Wydaje się, że pierwotnie gra miała być adresowana do zatwardziałych erpegowców, ale koniec końców przestraszono się, że jest to grupa zbyt mała, aby pozwoliła uzyskać wymierne zyski ze sprzedaży. Tym samym narodziła się gra, która jest jednocześnie dla wszystkich i dla nikogo. Osoby umiarkowanie zainteresowane RPG-ami tak czy inaczej nie odnajdą w Sword Coast Legends wiele dla siebie, a to, co zostanie odnalezione przez wyjadaczy gatunku, nie zaspokoi ich apetytu. Czasami w poszukiwaniu złotego środka można trafić w ciemny kąt, gdzie nikt inny nie zagląda. Na koniec warto jednak dodać, niejako w obronie twórców, że zapewne doświadczenie realnej gry RPG jest tak szczególne, że nie sposób przenieść go na komputerowy ekran. Co nie zmienia faktu, że można było próbować z większym wysiłkiem.

Sword Coast Legends - płonąca bestia

Ocena końcowa:

  • minimalistyczna, ale bardzo estetyczna grafika
  • sentymentalny powrót do Zapomnianych Krain
  • ciekawa opowieść w trybie dla pojedynczego gracza
  • możliwość prowadzenia rozgrywki jako Mistrz Gry
  • opcja tworzenia własnych map i historii
     
  • mało oryginalna formuła kampanii dla pojedynczego gracza
  • niepełne możliwości ręcznego projektowania lokacji w edytorze
  • ograniczone opcje tworzenia własnych historii
  • mało rozbudowane drzewka umiejętności
  • zbyt trywialny system walki
  • uproszeczenia, uproszczenia i jeszcze raz uproszcz
     
  • Grafika:
     dostateczny plus
  • Dźwięk:
     dobry
  • Grywalność:
     dostateczny

65%

Komentarze

3
Zaloguj się, aby skomentować
avatar
Dodaj
Komentowanie dostępne jest tylko dla zarejestrowanych użytkowników serwisu.
  • avatar
    Konto usunięte
    Zawsze mozna siegnac po Pillars of Eternity.
    -1
  • avatar
    sprinter
    Autor zapomniał dopisać że N-Space cały czas rozwija grę, pokazują się nowe zawartości podczas tworzenia nowych przygód, podobno nawet trwają prace nad polską wersją językową, ale nie wiem ile w tym prawdy.