W kryształowej kuli...
Artykuł przygotowali: Grzegorz Kubera i Wojtek Kiełt, redaktorzy naczelni benchmark.pl. Jako prowadzący serwis, postanowiliśmy w formie wolnych przemyśleń podzielić się naszymi opiniami na temat produktów i technologii, które w 2010 r. mają szanse rozwinąć skrzydła. Czy telefon Google Nexus One okaże się prawdziwym hitem? Czy Apple rzeczywiście wprowadzi na rynek tablet? I co ważniejsze: czy doczekamy się prawdziwego zalewu gier obsługujących DirectX 11 i filmów 3D? Poznajcie nasze opinie na temat płatnej treści w internecie, kontrolerów do gier nowej generacji - wykrywanie ruchu jest w modzie! - telewizorów 3D i elektronicznych książek. Snujemy domysly na temat przyszłości dysków twardych SSD, Cloud Computing, USB 3.0 i SATA 6 Gbps. Jakie korzyści zapewnia najnowsza wersja najpopularniejszego interfejsu komputerowego? Czy warto już teraz kupować komputery z USB 3.0? Coraz popularniejsze są serwisy umożliwiające zakup i pobieranie aplikacji do smartphone'ów. Przewidujemy, że w 2010 r. odegrają one dużą rolę. Wiele wydarzy się także na rynku wyszukiwarek - Bing i Google będą nieustannie prześcigać się w oferowaniu kolejnych funkcji. Doczekamy się także kolejnych telefonów z wbudowanymi projektorami, a samodzielne mini projektory zyskają wielu nowych klientów.
W artykule znalazła się także wizja czytelnika TheSpeed, który wygrał nasz konkurs na wizjonera 2010. Pragniemy zaznaczyć, że w artykule wyrażone są wyłącznie prywatne, subiektywne opinie redaktorów. Mamy nadzieję, że poruszone tematy będą dla was ciekawe. Wybraliśmy realne produkty i technologie i nie staraliśmy się niczego wymyślać. Zachęcamy do lektury i dyskusji.
Telefon Google Nexus One
Na początku roku 2010 mamy doczekać się pierwszego telefonu Google - Nexus One. Produkcją sprzętu zajmie się firma HTC, ale sam aparat będzie sprzedawany przez Google i zostanie wyposażony w najnowszą edycję systemu operacyjnego tej korporacji - Android 2.1. Google ma narzędzia, którymi nie dysponują inni producenci. Mówi się, że Nexus One będzie rewolucyjnym urządzeniem w swoim segmencie rynku.
Nexus One ma 3,7 calowy, dotykowy wyświetlaczOLED. Najprawdopodobniej oferuje procesor Qualcomm 1 GHz QSD 8250 “Snapdragon”, 512 MB pamięci RAM i 512 MB ROM, jak i wbudowaną pamięć 4 GB microSD (maks. 32 GB). Moduł fotograficzny ma rozdzielczość 5 mln pikseli i autofokus oraz lampę LED, jak również funkcję dwukrotnego przybliżania optycznego.
Grzegorz Kubera: Prawdziwy telefon internauty? To jeszcze nic pewnego, ale w sieci można znaleźć informacje, że dotykowy telefon Google Nexus One zaoferuje bezpłatne połączenia VoIP i będzie zarabiać na... mobilnych reklamach. Google miałoby sprzedawać telefony odblokowane i przez internet. Ceny urządzeń byłyby niskie, jak u operatorów telekomunikacyjnych zmuszających do zawierania umów, ale bez owych umów - firma zarabiałaby pieniądze dzięki reklamom. Czy to się uda?
Jeśli Nexus One rzeczywiście byłby tego typu telefonem, mógłby sporo namieszać. Wiemy, że Google ma duże ambicje i jeszcze większe możliwości. Z drugiej strony nie brakuje użytkowników, którzy są po prostu zadowoleni z takiego stanu rzeczy, jaki panuje obecnie.
- Wojciech Kiełt: Firma HTC faktycznie robi świetne telefony, a Google jak wiadomo ma "nosa" do dobrego oprogramowania. Taki mariaż skutkuje udanym produktem, choć wielu czytelników pewnie stwierdzi, że daleko temu duetowi do sukcesów jakich swoim telefonem odnosi Apple.
Jeśli w tym roku coś może konkurować z Apple, IMHO może to być właśnie Google Nexus One. Pod względem możliwości sprzętowych Nexus imponuje, a jeśli połączyć to z szybkim, przyjemnym w obsłudze i nowoczesnym Androidem 2.x, oraz dodatkowymi usługami i pomysłami, które zapowiada Google, mamy potencjalnie kandydata na super produkt.
Dwa miesiące temu zdecydowałem się na wybór telefonu HTC Hero, więc możliwości HTC i Androida są mi już znane. Wirtualne pulpity HTC - znakomita rzecz. Szybkość działania systemu i dostępne funkcje telefonu - świetne. Jakość ekranu i funkcje dotykowe - doskonałe. Dodatkowe funkcje i usługi, jak Wi-Fi, GPS, Market, widżety, internet, GMail, dobry odtwarzacz muzyki, klawiatura QWERTY, łatwa synchronizacja kontaktów z Windows, itd, czynią z tego tefefonu kapitalny gadżet, dobre narzędzie do pracy i zabawy. Jeśli Nexus One ma być jeszcze lepszym urządzeniem/telefonem, to trzymam za niego kciuki i z pewnością zamierzam być jednym z pierwszych w redakcji, którzy będą chcieli poznać jego możliwości. ;)
Tablet Apple i tablety w ogóle
Wszystkie pogłoski na temat tabletu Apple zajęłyby pewnie kilka książek. Firma nie potwierdziła jeszcze, że pracuje nad tabletem, ale to niemal pewne. Niemniej nie tylko Apple może zwojować rynek. Również Microsoft opracowuje sprzęt, który na razie znamy pod nazwą "Courier" i zapowiada się on obiecująco. Inne firmy także koncentrują się na tego typu urządzeniach. Wszystko po to, aby zaoferować sprzęt obsługiwany w naturalny i łatwy sposób (dotykiem), który ma funkcjonalność zbliżoną do zwykłego PC.
Grzegorz Kubera: Prawie komputer, ale nie do końca. Nadchodzące tablety miałyby zastąpić w podróży laptopa czy PDA, oferując dostęp do przeróżnych dzienników, notatek i innych narzędzi do organizacji pracy. Nie brakowałoby dostępu do internetu i możliwości czytania elektronicznych książek czy gazet. Plus możliwość oglądania filmów i słuchania muzyki.
Wątpię, aby tablety takie jak "Courier" nadawały się do gier (poza tymi flashowymi w przeglądarce), ale i tak chciałbym coś takiego. Wystarczająca wydajność do zarządzania przeróżnymi projektami, obsługa poczty e-mail, internet, duży ekran dotykowy i mała waga - nadchodzące tablety mogą okazać się niezwykle przydatne. Szkoda tylko, że kiedy coś zapowiada się tak dobrze, zwykle ma jedną, kilkucyfrową wadę. Z podatkiem VAT włącznie.
Wojciech Kiełt: Intryguje mnie w tym sam fakt, że opracowuje to firma Apple. Jak wiadomo wiele pomysłów i urządzeń tej marki okazało się rynkowymi hitami. Mam wrażenie, że szefostwo Apple wyczuwa nadchodzące potrzeby i modę na konkretne produkty, albo też potrafi skutecznie je kreować. Tak było w przypadku odtwarzaczy iPod - totalny szał, notebooków MacBook, czy telefonów iPhone. Trzeba przyznać, że mało który użytkownik potrafi oprzeć się czarowi urządzeń tej firmy. Są wysokiej jakości, estetyczne, oferują ciekawe funkcje. Czy ta magia powtórzy się także w przypadku tabletów? A może sukces i moda na tablety nadejdzie w 2010 roku właśnie dlatego, że w sklepach pojawi się produkt z logiem jabłuszka?
Kluczowym elementem odpowiadającym za sukces tabletów będzie z pewnością CENA. Produkcja wysokiej jakości (i rozdzielczości) dotykowych i energooszczędnych ekranów jest z roku na rok coraz tańsza.
Również elektronika, czyli CPU, układy graficzne, pamięci RAM i dyski twarde wykonywane są w coraz bardziej zaawansowanej (mniejszej) technologii, co z kolei ułatwia upakowanie komputera w obudowę wielkości kartki A4 i grubości 1 cm. Zobacz, jak obecnie wygląda najcieńszy notebook Dell Adamo, a łatwiej będzie nam wyobrazić sobie nadchodzące tablety.
Z punktu widzenia użyteczności tablet wydaje się niezwykle interesującym urządzeniem. Pomyślmy tylko. Tablet jako sam ekran możemy postawić na biurku (poziomo lub pionowo!), "podłączyć" do niego bezprzewodową klawiaturę oraz myszkę i używać jako netbooka. Następnie można wziąć sam ekran, usiąść wygodnie na kanapie, poczytać artykuły w internecie, przeglądnąć pocztę email, oglądać filmy i zdjęcia, czytać ebooki.
Duży ekran, dotykowa klawiatura QWERTY lub możliwość pisania piórkiem sprawią, że pisanie na takim tablecie nie będzie męczące, a przecież serwisy takie jak Twitter, Facebook czy choćby nasza-klasa nie wymagają od nas wstukiwania dużej ilości znaków. :) Najnowsze ekrany dotykowe oferują dobrze działające funkcje multitouch, zatem wiele prostych czynności można by wykonywać wygodniej niż przy użyciu myszki. Tablet może być idealnym interfejsem dla domowych urządzeń NAS i HTPC. W eksluzywnych restauracjach może służyć jako karta menu, a w bankach miejsce do składania e-podpisu. Ciekawe i wciągające gry na tablety? IMO to tylko kwestia czasu. Zagrajcie w Zumę na ekranie dotykowym, a podzielicie mój entuzjazm. :)
Tak! iTablet będzie urządzeniem, które na pewno zagości w moim domu... pod warunkiem, że jego cena będzie akceptowalna. Ale póki co niestety, widząc cyferki w nieoficjalnych zapowiedziach, szybko dochodzę do wniosku, że w tym roku jeszcze obejdę się bez takiego gadżetu. ;)
Smartphone na celowniku cyberprzestępców
Eksperci do spraw bezpieczeństwa wołają na alarm: w roku 2010 doczekamy się wielu groźnych ataków na smartfony. Na celowniku cyberprzestępców znajdą się nie tylko iPhone czy telefony z systemem Google Android. Te mają być tylko w głównym kręgu zainteresowań.
Grzegorz Kubera: Obawy są słuszne. Smartphone'y stają się coraz popularniejsze - producenci kuszą niższymi cenami i większym wyborem. Coraz częściej pojawiają się także artykuły na temat smartphone'ów, które często zachęcają do zakupu. Nic dziwnego: podoba nam się funkcjonalność tych urządzeń. Są małe, pracują długo na baterii i oferują mnóstwo możliwości.
Wraz ze wzrostem popularności rośnie zainteresowanie ze strony cyberprzestępców. Oni dobrze wiedzą, że użytkownicy smartphone'ów na ogół nie przejmują się wirusami i mogą stanowić łatwą ofiarę. Dlatego pracują nad złośliwym oprogramowaniem, które będzie kraść cenne dane i dostarczać je swemu twórcy. Myślę że w połowie 2010 r. dowiemy się o jakimś poważnym zagrożeniu - czymś na miarę robaka Conficker w 2009.
Wojciech Kiełt: Niestety, trzeba pogodzić się z faktem, że w końcu będziemy zmuszeni, podobnie jak w komputerach PC, instalować na naszych coraz nowocześniejszych smartphone'ach oprogramowanie zabezpieczające przed włamaniami, wirusami, czy spamem. Tym bardziej, że wirus lub złośliwe oprogramowanie w telefonie może spowodować realne straty finansowe, które zobaczymy na rachunku opłat.
Nikt z nas nie chciałby być podsłuchiwany lub podglądany przez jakiegoś trojana, czy dostawać co 10 minut maila ze spamem. Coraz więcej funkcji oferowanych w nowoczesnych smartphone'ach wychodzi przecież poza usługi operatora i wykorzystuje sieć W-iFi, czyli internet.
Oczywiście trzeba zachować zdrowy rozsądek i nie dać się zwariować. Jeśli producenci oprogramowania "wywęszą" w tym dobry biznes - a wywęszą go na pewno! - to szybko przedstawią nam listę realnych zagrożeń, nagłośnią niektóre incydenty wirusowe i wmówią, że koniecznie musimy zapłacić kilka złotych, aby czuć się bezpieczniej.
Na pierwszy rzut okiem wydaje się, że najbardziej narażeni są posiadacze smartphone'ów z otwartymi platformami. Użytkownicy Androida w usłudze Google Market mają łatwy, szybki dostęp do świetnych, darmowych aplikacji i gier, lecz komunikaty pojawiające się podczas instalowania softu (ta aplikacja ma dostęp do następujących elementów telefonu ...) uświadamiają im, czym może grozić użytkowanie "złego" softu. Z drugiej strony, pobieranie aplikacji z zaufanego źródła oraz system komentarzy użytkowników sprawiają, że łatwiej w takim systemie "wyłowić" i wyeliminować cyberprzestępców.
Przewidywanie, która z platform może stać się najmniej bezpieczną, będzie już czystą spekulacją. Czy otwartość Androida, darmowy soft z Market i pomysłowość Google pomoże mu zachować bezpieczeństwo? Czy ogromna popularność iPhone OS nie ściągnie na niego cyberprzestępców? A może w kolejnym konflikcie Unia Europejska zabroni Microsofotwi w jego najnowszym Windows Mobile integrować bezpłatnego antywirusa? Naprawdę trudno przewidzieć, co może się wydarzyć.
Płatna treść w internecie
Serwisy informacyjne należące do Ruperta Murdocha przestaną oferować bezpłatny dostęp do wiadomościod następnego lata. Przypomnijmy: Murdoch jest właścicielem jednej z największej na świecie korporacji prasowej, telewizyjnej i wydawniczej - News Corporation. Do jego firmy należą m.in. takie tytuły jak The Sun, New York Post, The Times czy The Sunday Times. Według niego czasy, w których dostęp do wiadomości był darmowy, mijają bezpowrotnie. Czy mu się powiedzie? I najważniejsze: jeśli tak, to czy inne firmy pójdą w jego ślady?
Grzegorz Kubera: Albo wszyscy, albo nikt. Jeśli tylko media Murdocha staną się płatne, straci on wielu, jeśli nie zdecydowaną większość czytelników. W ciągu ostatnich lat zdążyliśmy się już przyzwyczaić, że newsy i artykuły są za darmo, w zamian za wyświetlające się "w okolicy" reklamy. Jeśli Murdoch wprowadzi opłaty, mnóstwo osób machnie ręką i szybko polubi konkurencję.
Z drugiej strony renomowany dziennik Wall Street od dłuższego czasu oferuje płatny dostęp do artykułów i ma ponad milion stałych czytelników. To dowód na to, że ludzie potrafią płacić za teksty wysokiej jakości. Ale mało, bo niespełna 2 dolary za dostęp do serwisu przez cały tydzień.
Internauta może więc płacić za artykuły, ale niewiele. Siła danego medium musi tkwić w jakości: wiadomości muszą być rzetelne, ciekawe i publikowane możliwie najszybciej (przed innymi). Wtedy można liczyć na sukces, ale raczej mały, ponieważ na razie nie brakuje konkurencji, która świetnie radzi sobie z modelem biznesowym opierającym się na reklamach, a przy tym także oferuje teksty wysokiej jakości.
Podsumowując: potrafimy wysłać SMS-a za 5 zł, aby pobrać na telefon jakiś głupi dzwonek, ale za wiedzę płacić nie chcemy. Przyzwyczailiśmy się, że jest bezpłatna. I nie będę już pisał o piratach, którzy przyzwyczaili się, że nie tylko wiedza, ale wszystko jest w internecie za darmo...
Wojciech Kiełt: Pobieranie opłat za treści w internecie wydaje się czymś niekorzystnym dla internautów, ale można na to spojrzeć też innej strony.
Chęć, lub potrzeba, pobierania opłat za artykuły może oznaczać, że prasa nie chce ulegać wpływom reklamodawców lub sponsorom. Takie "kontakty" i sponsoring mogą sięgać nawet szczebli władzy, a to może wpływać na obiektywny przekaz naprawdę ważnych informacji. Przykład - ostatnia wojna w Iraku.
Być może coraz więcej reklam, coraz więcej tekstów sponsorowanych, więcej treści podszywających się pod rzetelne sprawozdania i opinie, skłania ludzi takich jak Murdoch do sprzedawania "dobrych i czystych" treści, za które inni ludzie tacy jak Murdoch są gotowi ponieść odpowiednią opłatę.
Wolny i bezpłatny dostęp do informacji to w gruncie rzeczy wielka mgła, w której czasami trudno się poruszać. Gdyby każdy z nas miał zapłacić symboliczną kwotę za informację z wybranego serwisu internetowego, starałby się wybrać jedno/dwa solidne i wiarygodne źródła. Z drugiej strony redakcja i autor robiliby wszystko, aby płacącego odbiorcę "zatrzymać" u siebie, serwując mu wysokiej jakości treści.
O ile sama idea może się powierzchownie wydawać słuszna, to można też dojść do niemiłych wniosków: ten, kto nie jest w stanie zapłacić, nie dostanie dobrej informacji i wiedzy. A przynajmniej nie dostanie jej w pierwszej kolejności.
Zakładając wariant optymistyczny: z roku na rok w internecie będzie coraz więcej treści płatnych, za które odbiorcy będą chcieli płacić (lub dotować wg swoich możliwości finansowych), nagradzając w ten sposób autora i redakcję.
Ale internet mimo wszystko pozostanie wolną przestrzenią, w której każdy będzie mógł poszerzyć wiedzę, zdobyć bezpłatnie informacje, wyrazić swoją opinie, krytykę, zamieścić artykuł lub dołączyć do społeczności na Forum. Kilka wielkich korporacji nie jest w stanie tego zmienić. Przypomnijmy sobie początki internetu, kiedy to Panu Gatesowi wydawało się, że cały internet sprowadza się do jego wizji MSN i płatnego dostępu do netu. Grupka młodych programistów ze swoim projektem Netscape dosłownie rozbiła w proch te wyobrażenia.
Kontrolery do konsol
Sony ma sferę (Sphere), a Microsoft swój Projekt Natal. Czy nadchodzące kontrolery do gier zrewolucjonizują rynek i sprawią, że powoli zaczniemy się żegnać z tradycyjnymi gamepadami czy kierownicami?
Kontrolery opierające się na technologiach do rozpoznawania ruchu i/lub komend głosowych zapowiadają się obiecująco. Większe wrażenia wywołuje Projekt Natal, czyli rozwiązanie do Xboksa 360. Do konsoli nie będzie żadnego pada: pod telewizorem ustawimy odpowiedni sprzęt, sami zaś będziemy skakać, machać, a nawet krzyczeć, aby sterować wirtualnymi postaciami. Rodzi to nowe doznania i możliwości. Pytanie tylko, czy zapewni wystarczające pokłady rozrywki?
Grzegorz Kubera: Fajne, ale na krótką metę. Projekt Natal czy Sony Sphere są dobre dla dzieci. Nie będą siedzieć godzinami w fotelach i zajadać się chipsami (czyt. nie utyją), lecz świetnie się bawić, jednocześnie dbając o kondycję.
Z kolei starsi gracze wrócą z pracy i... no właśnie. Będą zmęczeni i przez myśl nie przyjdzie im skakanie i machanie rękami przed telewizorem. Wolą wygodnie rozłożyć się na kanapie i zrelaksować się grając na padzie w Uncharted 2 czy najnowsze Halo. Po co im dodatkowy wysiłek fizyczny, skoro nabiegali się już w pracy? Dziękuję, ale nie dziękuję.
Wojciech Kiełt: Nowe kontrolery dla konsol obecnej generacji raczej nie zrewolucjonizują świata gier, ale będą stanowić przyjemną alternatywę dla znudzonych już posiadaczy PS3 i X360. Zapewne będą też elementem marketingowym w walce o nowych klientów. Wojna pomiędzy producentami konsol trwa i jest bardzo zacięta.
Zawsze miło jest doznać nowych wrażeń z gry, spróbować czegoś świeżego, nowego sposobu prowadzenia rozgrywki - zamiast zgarbionej pozycji siedzącej, z padem w obolałych i spoconych dłoniach. Przez około pół roku gościłem w domu konsolę Nintendo Wii i zanim się ostatecznie znudziła, dała mi i odwiedzającym mnie znajomym mnóstwo dobrej zabawy.
Na rewolucyjne kontrolery do gier, rodem z filmów sci-fi – np. specjalne rękawice umożliwiające sterowanie zawartością na ekranie, jak w filmie Minority Report – przyjdzie nam jeszcze długo poczekać. Rzecz jasna mówimy o przystępnej cenie takich gadżetów.
Z jednej strony to dobrze, że producenci tworzą nowe urządzenia do istniejących konsol. Z drugiej, gracze nie oczekują jedynie nowego plastiku, który można podpiąć do swojej konsoli, lecz ekscytujących i niezapomnianych gier. Po świetnej zabawie nikt nie będzie narzekał na „archaicznego” pada, czy na palce bolące od wciskania przycisków.
Sphere i Natal będą ciekawymi gadżetami, ale IMO nie zrewolucjonizują rynku gier. Pierwsze demonstracje zdradzają największą słabość tych kontrolerów - potworne opóźnienia, które praktycznie uniemożliwiają grę w dynamiczne gry.
Więcej rewolucji w sterowaniu w grach osobiście spodziewam się po ekranach dotykowych.
USB 3.0 i SATA 6 Gbps
USB 3.0 to najnowsza wersja najpopularniejszego interfejsu komputerowego. Zapewni o wiele większą wydajność, co zwiększy możliwości producentów i doczekamy się lepszych, szybszych sprzętów.
SATA 6 Gbps to z kolei równie znany interfejs, ale jego zastosowania nie są tak rozległe, jak w przypadku USB. Tutaj można mówić o ewolucji, za to USB 3.0 to bez dwóch zdań rewolucja. Albo - przynajmniej - super ewolucja. :-)
Grzegorz Kubera: Podłączasz do komputera kamerę z USB 3.0 i oglądasz film w nieskompresowanej jakości Full HD 1080p bezpośrednio z niej. Obraz jest czysty jak żyleta, a do tego płynny. Chcesz go skopiować na dysk? Nie ma sprawy: dzięki USB 3.0 przeniesiesz ponad 20 GB danych w minutę. Przenoszenie kolekcji filmów czy backup całych partycji będą odbywać się o wiele szybciej. Ponadto pecety z USB być może posłużą za ładowarki. O ile USB 2.0 oferuje maksymalnie 500 mA, o tyle USB 3.0 już 900 mA. Możliwe, że telefony komórkowe zaczniemy ładować poprzez USB i przestaniemy korzystać z odrębnych ładowarek.
Cieszy także obecność nowszego SATA. Interfejs SATA 3 (lub SATA 6 Gpbs) jest dwukrotnie szybszy od poprzednika, zapewniając przepustowość na poziomie 6 Gbit/s. Wyższa wydajność zawsze mile widziana.
Czy rok 2010 będzie należał do USB 3.0 i SATA 3? Myślę że dopiero w czwartym kwartale ilość sprzętów będzie na tyle duża, że każdy będzie mógł znaleźć coś dla siebie. Początkowo skorzystają tylko zamożni entuzjaści, dla których wydajność jest bezcenna.
Wojciech Kiełt: Powiedzmy sobie szczerze, SATA 6 Gbps i USB 3.0 to nowe elementy, które przede wszystkim mają napędzać sprzedaż nowych komponentów komputerowych. Dopóki nie kupisz nowego notebooka, nowej płyty głównej, nowego komputera, kolejnego dysku zewnętrznego, aparatu, telefonu lub innego urządzenia wyposażonego w kontroler USB 3.0, będą to dla ciebie jedynie puste hasła reklamowe.
Oczywiście kompatybilność złącz USB jest zachowana i będziemy mogli podłączyć np. telefon z USB 2.0 do złącza USB 3.0 w nowym komputerze, ale dane bynajmniej nie przepłyną szybciej.
Pamiętajmy też, że nowe standardy to nie prezenty od Świętego Mikołaja i zapłacimy za to my, klienci, z własnych kieszeni. Nowe kontrolery USB 3.0 będą kosztować. Nowe, światłowodowe przewody USB 3.0 z pewnością też będą znacznie droższe od zwykłych kabli USB.
Podsumowując, SATA 6 Gbps i USB 3.0 to ważne kroki do przodu, ale bynajmniej nie ma sensu rzucać się za nimi w pogoń. Spokojnie możemy poczekać, same do nas przyjdą. Pewnego dnia po prostu stwierdzimy, że korzystamy z nowych standardów. Mam jednak wrażenie, że stanie się dopiero w przyszłym roku. Prawdziwą rewolucją będzie dla mnie połączenie możliwości USB 3.0 z Bluetooth, czyli bezprzewodowa komunikacja na krótkim zasięgu o prędkości 5 Gbit/s.
Jeśli ponad wszystko cenisz sobie wysoką wydajność, jesteś fascynatem nowych technologii, przenosisz dużo danych, używasz zewnętrznych dysków 2.5”, masz pendrive’a 64 GB, kamerkę internetową HD, podpinasz dużo urządzeń USB do komputera, a do tego planujesz w tym roku zakup nowego notebooka lub płyty głównej, z pewnością warto wyposażyć się w najnowsze SATA i USB. Płyty główne dostępne są już od około miesiąca. Na notebooki niestety musimy jeszcze trochę poczekać.
Gry obsługujące DirectX 11 i 3D Vision
W 2010 r. ma pojawić się co najmniej kilka dobrych gier, które będą wykorzystywać efekty dostępne w DirectX 11. Poza tym, NVIDIA chce jeszcze bardziej promować rozwiązanie GeForce 3D Vision, zachęcając graczy do zakładania specjalnych okularów, aby podziwiać efekty 3D. Czy w 2010 r. można liczyć na to, że gracze docenią możliwości DirectX 11 i technologii 3D, czy raczej będzie to rynkowa nisza dla miłośników trójwymiaru i wszystkiego, co nowe?
Grzegorz Kubera: Jest lepiej, ale ciągle brak "tego czegoś". Miałem okazję testować 3D Vision, widziałem i grałem też w gry korzystające z efektów DirectX 11. W obydwu przypadkach mogę powiedzieć jedno: wszystko wygląda super, ale nie jest to nic przełomowego, a już tym bardziej nie jest warte swojej ceny.
Aby cieszyć się z efektów DirectX 11 musisz wymienić Windows XP na Vistę lub 7. To da się zrobić, prawda? Musisz jednak zaopatrzyć się jeszcze w jedną z najnowszych kart graficznych, które obsługują DirectX 11, a ponadto kupić gry wykorzystujące te efekty. Zarówno kart jak gier jest za mało. Warto więc się wstrzymać i poczekać aż ceny stanieją, a gier i kart graficznych będzie więcej.
Co do 3D Vision - to dopiero droga zabawka. Potrzebujesz nie tylko zestawu GeForce 3D Vision, ale i monitora 120 Hz. No i wydajnego komputera, który zapewni płynną animację w wymagających grach, bo 3D Vision ma "zdwojony" apetyt na wydajność. Czy gra jest warta świeczki? Według mnie nie. Za drogo, za drogo, tylko dla bogaczy.
Wojciech Kiełt: DirectX 11 będzie kolejną edycją standardu, który wnosi ciekawe efekty w świat grafiki trójwymiarowej, ale na pewno jej nie zrewolucjonizuje. Rzeczy niezwykłe i zaskakujące rodzą się ze świeżych idei i nowych firm. Najlepszym tego przykładem był 3dfx, jego Voodoo i Glide. DirectX to coraz nudniejszy temat, po którym nie spodziewałbym się już rzeczy wybitnych. Może jeszcze zaskoczy nas OpenGL. W końcu to on przyczynił się do upadku 3dfx i Glide. Może historia ponownie zatoczy koło?
DirectX 11 i nowe, wydajniejsze karty graficzne, oczywiście będą sprzyjać ładniejszej i bardziej realistycznej grafice w grach. Ale czy grafika zgodna z DX XX to jedyny element dobrej gry komputerowej? Chętnie zagram w grę wykonaną w technologii DX 9, jeśli tylko fabuła i rozgrywka będą emocjonujące.
Duże nadzieje wiązałem z PhysX. Możliwości zarówno sprzętowe jak i programowe dają ciekawy potencjał. Niestety, gier wykorzystujących sensownie tę technologie jest jak na lekarstwo, a latające pod nogami kartki papieru lub liście to trochę za mało, aby wzbudzić zachwyt u gracza.
Technologia obrazu 3D? Rodzi się w bólach i zdecydowanie za długo. Z pierwszymi okularami 3D mieliśmy już przecież do czynienia w roku 1999 i 2000 - ELSA Revelator 3D i Leadtek Winfast VR300. Obydwie firmy zapewne też miały nadzieje na zrewolucjonizowanie grafiki 3D. Dziś praktycznie słuch po nich zaginął.
Nieco ponad rok temu, a więc osiem lat po pierwszych testach okularów 3D, miałem okazję testować kolejną koncepcję – monitor LCD ze specjalną matrycą wraz z okularami 3D. Wrażenia były znacznie lepsze, ale zaskakującego przełomu w tej technologii nie zauważyłem.
Prawdziwy trójwymiarowy obraz 3D z monitora to pokonywanie kolejnych barier i rozwiązywanie nowych problemów, aż w końcu efekt będzie w miarę zadowalający. Niestety, nadal widzę więcej problemów do rozwiązania, niż przyjemnej rozrywki.
Telewizory 3D i filmy 3D
W 2010 r. Sony i Panasonic wprowadzą do sprzedaży telewizory 3D. To już pewne. Na styczniowych targach Consumer Electronics Show 2010 również inne firmy mają zamiar pokazać takie ekrany. Na Srebrnym Ekranie właśnie można podziwiać film Avatar Jamesa Camerona, niemal gotowy jest także format 3D dla płyt Blu-ray i w 2010 r. do sklepów trafią już filmy i gry 3D. Mało tego, Sony przygotuje konsolę PlayStation 3 na trójwymiar, i wszystko wskazuje na to, że w przyszłym roku zaprzyjaźnimy się z okularami 3D. Czy na pewno?
Grzegorz Kubera: Wrażenia są rewelacyjne i trójwymiar w końcu trafia do naszych domów. Widziałem Avatar i według mnie ten film jest tym, czym iPhone dla rynku smartphone'ów. Technologia 3D i filmy 3D odegrają w 2010 r. dużą rolę. Osobiście nie kupię nowego telewizora, ponieważ obecny ma jeszcze 2 lata gwarancji i dopiero kilka miesięcy temu zapłaciłem ostatnią ratę. Ale, drodzy czytelnicy, jeśli nie kupiliście jeszcze wypasionego HDTV, poczekajcie na 3D TV. Jeśli wierzyć producentom, mają być nieznacznie droższe od nowoczesnych telewizorów LCD i plazmowych, za to zaoferują naprawdę świetne doznania.
Haczyk? Okulary. Jakoś trudno sobie wyobrazić oglądanie filmów w domowym zaciszu z dziwnymi okularami na nosie. Plus: konieczność zakupu filmów 3D na płytach Blu-ray. Te nie będą tanie. Nowości na Blu-ray kosztują obecnie ok. 100 zł za sztukę i nie są to filmy 3D. Czy jesteś w stanie zapłacić tyle lub więcej za film, który obejrzysz co najwyżej kilka razy? Warto też pamiętać o nowym kablu HDMI, aby sprzęt obsłużył dodatkowe dane związane z obrazem 3D, choć to akurat taniocha, jeśli weźmiemy pod uwagę cenę telewizora i kolekcję filmów.
Myślę że w 2010 r. będziemy się ślinić na widok efektów w filmach 3D, ale mało kto pozwoli sobie na zakup wszystkich urządzeń i będzie miał trójwymiar w domowym kinie. Zwłaszcza że brakuje takowych filmów i programów w telewizji, czy to kablowej, czy satelitarnej.
Wojciech Kiełt: O ile w komputerach, a konkretnie grach 3D, do wizualnie trójwymiarowego obrazu jestem nastawiony raczej sceptycznie, to w telewizji HD i filmach na dużym ekranie mam wrażenie, że będzie to wyglądać naprawdę świetnie.
Wszystko wskazuje na to, że nakręcenie/przygotowanie filmu z prawdziwym 3D jest łatwiejsze niż napisanie dobrej gry z takimi efektami. Ponadto sama telewizja i programy TV dają o wiele więcej ciekawych tematów, którymi można oczarować widza zaopatrzonego w okulary 3D. Programy popularno-naukowe, relacje sportowe (np. WRC albo F1, a już na pewno piłka nożna), kreskówki i programy dla dzieci, wszelakie seriale dla dorosłych. Same mistrzostwa Europy albo Świata w piłce nożnej mogłyby przyczynić się do ogromnej popularyzacji 3D w domowej telewizji.
Telewizja 3D potrafi też ominąć zasadniczy problem związany ze zmęczeniem wzroku przez okulary 3D – programy takie mogą trwać do 1 godziny. Od graczy komputerowych trudno wymagać, aby narzucali sobie rygor grania tylko godzinkę i nie dłużej. Gdy okulary zaczynają męczyć, a w głowie zaczyna się kręcić, zbędne dodatki po prostu lądują w kącie. Tak niestety stało się, gdy grałem w Batman: Arkham Asylum na systemie nVidia 3D Vision.
Za to chętnie oglądnąłbym choćby raz w tygodniu program z cyklu „Tajemnice Wszechświata” National Geographic HD, „Inżynieria Ekstremalna” na Discovery, relację z rajdu WRC, mecze ligi mistrzów – a wszystko w wydaniu 3D. Wrażenia naprawdę mogą być doskonałe.
Byłbym skłonny kupić w przystępnej cenie 42-calową plazmę 3D i raczyć się kilka razy w tygodniu dobrymi programami. I sądzę, że nie jestem jedynym, który miałby na to ochotę. :)
Oczywiście wszystko sprowadza się do tego, aby nie okazało się, że 3D będzie marketingowym lepcem na klientów, a na nowo zakupionym TV 3D nie będzie co oglądać poza wieczornymi wiadomościami. ;)
E-booki i czytniki e-booków
Za granicą coraz więcej osób wybiera elektroniczne książki. Główny powód jest taki: e-booki są tańsze niż wersje papierowe. Amazon, gigantyczny sklep internetowy i producent najpopularniejszego czytnika e-booków, oferuje również sporo bezpłatnych tytułów w wersji cyfrowej.
Czytnik Amazon Kindle był najpopularniejszym prezentem, jeśli chodzi o święta Bożego Narodzenia. Dokładnie 14 grudnia pobito rekord - w ciągu sekundy złożono 110 zamówień, a łącznie zakupiono 9,5 mln produktów, z czego większość stanowiły czytniki Kindle.
Inne firmy również osiągają coraz lepsze pozycje, sprzedając coraz więcej czytników e-booków. Czy w 2010 r. elektroniczna książka w końcu pożegna tradycyjną?
Grzegorz Kubera: Tradycyjna książka do lamusa? Nie umiem sobie tego wyobrazić. Zwykła książka będzie z nami jeszcze przez długie lata, ale jedno jest pewne: e-booki jeszcze nie skończyły podbijać rynku. Kupujemy ich coraz więcej i w 2010 r. ta tendencja będzie się umacniać.
Podoba mi się czytnik Kindle 2. Jest lekki i cienki, a może pomieścić sporo książek. Ma 6-calowy monochromatyczny wyświetlacz, który nie męczy wzroku, jest też bateria mogąca pracować przez kilka dni. Co więcej, można skorzystać z funkcji text-to-speech i wbudowany w czytniku system zacznie czytać daną książkę na głos, można też dostosować czcionkę do własnych potrzeb, czy też użyć wbudowanego słownika, gdy nie rozumiemy jakiegoś wyrazu - takich funkcji nie zaoferuje zwykła książka. Ponadto książki czy magazyny w wersji elektronicznej są nie tylko tańsze niż drukowane odpowiedniki. Są też bardziej "eko".
Pomimo wielu zalet e-booków, ciągle wolę zwykłe książki. Lubię przewracać strony, lubię zapach druku, a po skończeniu lektury lubię odłożyć książkę na półkę. I niech się kurzy.
Wojciech Kiełt: Jeśli e-booki mają być znacznie tańsze niż drukowanie książek, to jest to argument przemawiający za czytnikami.
Pominę kwestie pro-ekologiczne, bo należałoby dość wnikliwie analizować każdy aspekt. Czy czytniki e-booków w większym stopniu przyczynią się do ochrony środowiska czy jego zanieczyszczenia? Jaki jest bilans? Oszczędność papieru i ratowanie „puszczy amazońskich? Czy może produkcja jeszcze większej ilości energii do zasilania e-booków i większe dewastowanie klimatu?
Uleganie modzie na elektroniczne gadżety? Czy może łatwiejszy dostęp do informacji i lepsza edukacja społeczeństwa? Jeszcze więcej bezsensownych kryminałów i kodów Dana Browna? Czy może nareszcie koniec kserowania książek na studiach?
Amazon na pewno zaciera ręce i liczy zyski, bo cały ich biznes opiera się na sprzedawaniu książek. Czy książek w wydaniu elektronicznym naprawdę chcą czytelnicy?
Czytniki e-booków mają wiele zalet, których w normalnych książkach papierowych na pewno nie znajdziemy. W jednym małym „pudełeczku” można wziąć na wakacje nawet 20 grubych książek, aby dopiero na miejscu zdecydować, co mamy ochotę poczytać. Możemy wybrać jeden z kilku dostępnych języków i przy okazji szlifować języki obce. Błyskawicznie wyszukiwać treści i słowa.
Uczeń/student mógłby mieć przy sobie zawsze wszystkie szkolne podręczniki i nie taszczyć ciężkich kilogramów w plecaku.
Oczywiście można też znaleźć równie wiele wad.
„Pudełko” z elektroniką zepsuje się i nie będzie kompletnie nic do czytania na urlopie :) Albo co gorsze, nie będzie się z czego uczyć na kilka godzin przed egzaminem.
Czy weźmiemy ze sobą na plaże taki drogi gadżet i bez obawy zostawimy go na ręczniku, gdy pójdziemy się pluskać w morzu? :) Czy w pięknym upalnym słońcu w ogóle będzie możliwe czytanie z takiego urządzenia? I wiele wiele innych aspektów, które zależą już tylko od wyobraźni i prostych praw Murphy'ego ;)
Czytniki e-booków może przez rok/dwa będą modne i przydatne, ale IMO ostatecznie i tak wyprą je bardziej uniwersalne tablety.
Wszystko w chmurze
Cloud Computing to kolejny trend, który ma się umacniać w 2010 r. Idea sprowadza się do tego, aby wszystko trzymać w internecie. Najlepiej widać to na przykładzie nadchodzącego systemu operacyjnego dla netbooków, Google Chrome OS.
Wszystkie aplikacje w Chrome OS będą w wersjach internetowych. Ale to nie koniec. Również dane będą przechowywane online, nie zaś na twardym dysku. Netbooki z Chrome OS mają nawet nie oferować twardych dysków. Każdy dokument, zdjęcie czy rozmowa tekstowa zostanie zapisana i zaszyfrowana w sieci, i dostępna wyłącznie dla danego użytkownika.
O Clound Computingu przygotowaliśmy już obszerny artykuł. Teraz pojawia się pytanie: czy w 2010 r. usługi i serwisy online odegrają ważną rolę na rynku?
Grzegorz Kubera: Bujanie w obłokach mnie nie bawi. Zdecydowanie bardziej odpowiadają mi rozwiązania lokalne: dane trzymane na dysku, oprogramowanie zainstalowane i uruchamiane także bezpośrednio z dysku. Podoba mi się oferowanie wersji internetowej do wersji biurkowej w formie dodatku, a nie zamiast. Na przykład Microsoft zaoferuje biurkową wersję pakietu Office 2010 i do tego kilka najważniejszych aplikacji będzie również w wersji online.
Mogę zaufać producentowi, ale nie bezgranicznie. Nigdy nie zgodzę się na to, aby wszystkie dane przechowywać w internecie. Wprawdzie nie noszę przy sobie całej gotówki w portfelu i trzymam ją w banku, do którego mam dostęp przez internet, ale nie wyobrażam sobie, aby wszelkie dane i pliki również trzymać w internecie. Poza tym, po co mi kilkusetgigabajtowy twardy dysk, skoro wszystko miałbym przechowywać w sieci?
Cloud computing odpowiada mi za to jako usługa rozrywkowa - przykładowo OnLive. Takie rozwiązanie wygląda interesująco.
Wojciech Kiełt: Mnie z kolei idea Cloud Computing bardzo się podoba, choć oczywiście jak każdy użytkownik mam pewne obawy.
Jednak aby docenić zalety i obiektywnie wyliczyć wady, należy po pierwsze zrozumieć czym jest Cloud Computing. Być może wtedy zrozumiemy też, że dla przeciętnego użytkownika komputera jest to technologia bardziej oddalona w czasie niż nam się wydaje.
Po pierwsze, Cloud Computing może mieć więcej niż jedno oblicze - SaaS (Software as a Service), IaaS (Infrastructure as a Service), lub PaaS (Platform as a Service). Pisaliśmy o tym obszernie w artykule Przyszłość komputerów bez komputerów.
Dobrym przykładem Cloud Computing w wariancie SaaS może być Google i jego aplikacje dostępne w usłudze Gmail – e’mail, Kalendarz, Dokumenty, Mapy, Tłumacz.
Przez lata system Windows przyzwyczaił nas, że każde oprogramowanie, którego używamy, musi być zainstalowane „na naszym pulpicie”. A przecież można też z niego korzystać i zapisywać dane na serwerze zdalnym.
Najprościej rzecz ujmując, Cloud Computing może być przesyłaniem TYLKO OBRAZU do naszego monitora. System, oprogramowanie, obliczenia, przetwarzanie danych etc, znajdują się i wykonywane są na superkomputerze oddalonym od nas o kilka lub kilkadziesiąt kilometrów, a przesyłane do nas szybkim łączem internetowym.
Podłączamy kabel do urządzenia, logujemy się i mamy dostęp do swojego systemu i swoich danych.
Nie ma oczekiwania na załadowanie systemu, znikają problemy ze źle działającym sprzętem i systemem. Znikają problemy z awariami komputera, z głośno działającym komputerem, itp.
Nie musielibyśmy przejmować się upgrade’owaniem na nowszy, wydajniejszy komputer. Podobnie jak dziś łącze internetowe, moglibyśmy dokupić większą moc komputera, lub co jakiś czas w promocji dostać uaktualnienie do większej mocy.
W pewnym sensie znika piractwo softu, bo przecież nie kupujemy licencji, a jedynie odpłatnie korzystamy z oprogramowania.
Jednak zanim do tego dojdzie, upłynie dużo czasu, bo aby przekonać klientów do korzystania z Cloud Computing i płacenia abonamentów, należy przedstawić wysokiej jakości usługę.
Po pierwsze, Cloud Computing wymaga bardzo szybkich łączy internetowych, najlepiej światłowodów.
Po drugie, zapewnienia wysokiego bezpieczeństwa naszych danych – podczas wymiany danych oraz ich przechowywania.
Po trzecie mocy obliczeniowej (super komputerów, klastrów), która będzie przetwarzać nasze dane, udostępniać nam usługi, aplikacje, lub którą po prostu będziemy wynajmować na „jednostki”.
Na początku roku 2011 i 2012 na pewno będziemy jeszcze o tych tematach tylko spekulować.
Dyski SSD: tańsze i wydajniejsze
Szybszy zapis i odczyt danych, niemal zerowy czas dostępu do danych, o wiele mniejsza awaryjność (brak części mechanicznych), mniejsze zużycie prądu i bezgłośna praca - dyski SSD mają wiele zalet. Szkoda tylko, że są tak drogie.
Czy w 2010 r. doczekamy się lepszych i tańszych dysków SSD? Niedawno Intel udowodnił, że można, wprowadzając dyski X25-M G2, jakie przetestowaliśmy na łamach benchmarka. Mają świetną wydajność odczytu danych i dobry stosunek ceny do możliwości.
Grzegorz Kubera: Dyski SSD to przyszłość. Głęboko wierzę, że SSD w końcu zdetronizują poczciwego "twardziela" i użytkownicy zaczną kupować wyłącznie tego typu urządzenia. Zawarłem też umowę z samym sobą, że mój następny komputer będzie miał już dysk SSD. Według mnie zalet jest zdecydowanie więcej niż wad.
W 2010 r. doczekamy się kolejnych dysków SSD i rzeczywiście będą wydajniejsze i tańsze zarazem. Uważam, że w trzecim lub czwartym kwartale zarysuje się tendencja pokazująca, że klienci zaczynają coraz częściej wybierać dyski SSD. Będzie to dotyczyć zwłaszcza tych osób, które kupują nowe komputery.
Wojciech Kiełt: Dyski SSD faktycznie będą w tym roku na topie. Od bardzo dawna oczekiwaliśmy znaczącego postępu w wydajności i możliwościach tradycyjnych dysków twardych. W końcu dzieje się to na naszych oczach.
Jednak ceny jeszcze są dość wysokie – około 600 zł za relatywnie tani i wydajny, 64GB dysk Kingston z serii V+ (9,3 zł za 1GB) to mimo wszystko 10 razy więcej! od 250GB dysku 2.5” 7200 rpm za 220 zł (0,9 zł za 1GB).
W przypadku porównania do modeli 3.5” różnica jeszcze bardziej przytłacza – SSD jest 25 razy droższe!!
Co w sytuacji gdy chcemy lub potrzebujemy zbudować macierz RAID, np.: 1 mirroring?
Druga sprawa to pojemność. 64GB, albo nawet 128GB, to w dzisiejszych czasach śmieszne wielkości – nawet w notebooku. OK, w netbooku i notebooku 128GB jeszcze od biedy starczy, ale komputerze stacjonarnym minimum to 250GB – drugi, pojemniejszy dysk może być nadal klasyczny.
Ile może kosztować pod koniec roku 2010 dysk SSD o pojemności 250GB? 1000 zł? Ciekawi mnie ilu będzie chętnych na super szybki dysk SDD o pojemności 250GB za tę cenę?
Aplikacje dla telefonów i sklepy typu App Store
Apple dobrze kieruje swoim biznesem. Do telefonu iPhone można pobierać i kupować mnóstwo aplikacji. Co więcej, ludzie naprawdę to robią, rozszerzając funkcjonalność swoich smartphone'ów, albo dla czystej rozrywki. Inni producenci zauważali, żeApp Store radzi sobie świetniei zdecydowali się na wprowadzenie własnych sklepów.
Tysiące aplikacji dostępnych w App Store sprawia, że klienci personalizują swoje telefony. Dzięki temu bardziej się do nich przywiązują i Apple może liczyć na tzw. stałego klienta. Konkurencja, czyli takie firmy jak RIM, Microsoft, Google, Nokia czy Palm uruchomiły odpowiednie serwisy online. Czy odniosą sukces?
Grzegorz Kubera: Smartphone to już komputer. Wprawdzie nie ma wielkiej mocy obliczeniowej, ale możliwości ma naprawdę spore. Urządzenia te domyślnie oferują już dużą funkcjonalność, a świadomość, że można ją jeszcze rozszerzać, sprawia że z optymizmem podchodzę do sklepów typu App Store.
Moim zdaniem sklepy takich firm jak Nokia czy Google odniosą w 2010 r. duże sukcesy. Wystarczą dobre telefony, dużo klientów i dobrze zaprojektowane sklepy - reszta, czyli pieniądze, przyjdzie już sama.
Wojciech Kiełt: Doskonała usługa i świetny biznes! Nie ukrywam, że do póki sam nie zacząłem używać Google Market na moim nowym nabytku - HTC Hero, fascynacji sklepami i aplikacjami dostępnymi w takich „sklepach” przyglądałem się z lekką rezerwą.
Od pewnego czasu, przynajmniej kilka razy w tygodniu zaglądam do Marketu, aby wyszukać jedną/dwie ciekawe aplikacje, zainstalować je i spróbować :). Tym bardziej, że większość z nich jest bezpłatna, lub dostępna w wersji próbnej. System ocen i komentarzy użytkowników dodatkowo ułatwia wybór i zachęca do ściągnięcia „czegoś fajnego na swój telefon”.
Nic dziwnego, że Google, Nokia i inni, idą w ślady Apple. Wkrótce może to być jeden z głównych elementów decydujących o wyborze określonego smartfona i systemu operacyjnego.
Bing vs Google - coraz większa rywalizacja
Microsoft wiąże duże nadzieje z wyszukiwarką Bing i nieustannie zwiększa jej funkcjonalność, prześcigając się z Google w tym, która wyszukiwarka zaoferuje więcej narzędzi. Dodając funkcje związane z serwisem Facebook, pełne raporty dotyczące pogody czy integrację Wolfram Alpha, Microsoft chce trafiać do kolejnych odbiorców. Google tymczasem skupia się na wyszukiwaniu w czasie rzeczywistymczy rozszerzeniu możliwości związanej z listami filmów (repertuary kin, informacje).
Grzegorz Kubera: Jest o co walczyć. Google i Microsoft zdaje sobie sprawę z tego, że wyszukiwanie to prawdziwa kopalnia pieniędzy, jeśli chodzi o biznes online. Dlatego obydwie korporacje spędzają mnóstwo czasu na przygotowywaniu nowych funkcji i usług, aby jeszcze bardziej zachęcić internautów do korzystania z ich serwisów.
Konkurencja jest dobra. Google i Bing będą ze sobą rywalizować i starać się wprowadzać nowsze funkcje i technologie możliwie najszybciej. Dla nas, internautów, to dobra wiadomość: wyszukiwarki będą lepsze, pojawi się więcej przydatnych narzędzi. Miejmy tylko nadzieję, że 2010 r. nie zabraknie także rozwiązań poprawiających bezpieczeństwo, takich jak wykrywanie phishingu. Tak czy inaczej, w 2010 r. rywalizacja pomiędzy Bingiem a Google zaostrzy się.
Wojciech Kiełt: Microsoft przespał całą epokę i teraz ma co nadrabiać. Gdy śledzę informację o pojedynku Bing i Google, przypomina mi się program, który swojego czasu emitowała stacja Discovery - ”Prawdziwa historia Internetu”. Jeden z odcinków – „Bitwa przeglądarek” – opowiadał o sukcesie firmy Netscape Communications (najszybciej rosnącej firmie software’owej jaką widział świat) i ich przeglądarce, oraz wojnie jaką Microsoft wypowiedział tej firmie, a w której ważyły się losy dominacji nad internetem.
Wypowiedź byłych pracowników/programistów firmy Microsoft utkwiła mi w głowie najbardziej: „Przesłanie Billa do firmy głosiło znajdźmy wiele sposobów walki w tej nowej bitwie” „To nie są ćwiczenia, wszyscy na stanowiska, musimy pokonać tę firmę”.
Dziś wygląda to niemal identycznie. Google odniosło ogromny sukces, zmienia historię Internetu, ma największą wyszukiwarkę WWW, własną przeglądarkę, własny system operacyjny na smartfony, tworzy własny system operacyjny na komputery… Trudno aby gigant jakim jest Microsoft, pozwolił sobie patrzeć na to wszystko ze spokojem.
Najciekawsza konkluzja jest natomiast taka, że firmy Netscape Communications dziś już nie ma :) Niczego nie sugeruję, bo Google jest już zbyt wielką firmą … ale walka na pewno będzie zacięta. Wszystko zależy od tego, czy MS „wypowiedział wojnę”, czy teraz już tylko stara się wywalczyć swój kawałek tortu w tym biznesie.
Posługując się kolejnym cytatem można podsumować to tak: "Microsoft znany jest z tego, że późno przychodzi na imprezy, ale na końcu i tak wygrywa" "Jeśli zdarza się jakaś okazja, Microsoft szybko ją namierza, a ta firma zatrudniają wielu mądrych ludzi i dysponują niesamowitymi środkami".
Myślę za kilka lat na Discovery możemy oglądać programy opisujące dzisiejsze wydarzenia, więc warto je śledzić bacznie teraz na żywo ;)
Komórki z projektorami, więcej mini projektorów
Mini projektory takie jak BenQ GP1 staną się jeszcze popularniejsze, podobnie jak telefony komórkowe wyposażone w projektory.
Mini projektor jest mały i lekki, oferując przy tym szerokie możliwości. Jedną z najważniejszych zalet jest współpraca z pendrive'ami. Nie trzeba podłączać komputera, by obejrzeć film. Musisz zatroszczyć się tylko o zasilanie.
W przypadku projektorów z telefonów komórkowych jest jeszcze ciekawiej. Nagrania wideo czy zdjęcia będzie można wyświetlać na pobliskich ścianach czy murach. Komórkowe projektory nie mają fantastycznych parametrów, ale do podstawowych zastosowań rozdzielczość VGA (640 x 480) wystarczy.
Grzegorz Kubera: Czemu nie! Komórki od dawna nie służą już tylko do telefonowania i wysyłania wiadomości tekstowych. Obecnie mają GPS-y, moduły fotograficzne czy odtwarzacze MP3. Projektor może być dodatkowym elementem wyposażenia i na pewno wielu użytkowników doceni taki sprzęt. Według mnie w 2010 r. do sklepów trafi sporo komórek z projektorami, ale nie osiągną gigantycznego sukcesu. Obecność projektora potraktujemy jako kolejną funkcję dodatkową i nie zrobi to na nikim dużego wrażenia.
Z kolei o wiele bardziej podobają mi się mini projektory. Dla przykładu, wybierając się na urlop możesz zabrać ze sobą taki sprzęt, ponieważ jest mały i lekki. Do pracy nie potrzebuje też komputera. Kiedy pogoda nie dopisze, nie będziesz skazany na mały telewizorek oferujący kilka kanałów, co jest często spotykane w pensjonatach i tańszych hotelach. Podłączysz projektor i zobaczysz ulubiony film bezpośrednio z pendrive'a. Przekątna obrazu wyniesie ok. 80 cali, a wbudowany głośnik zaoferuje wystarczająco dobrą jakość dźwięku - a jeśli nie, to podłączysz jeszcze słuchawki.
Wojciech Kiełt: Kompletnie zbędny gadżet. Przy jasności, kontraście i kolorach jakie może zaoferować taki "projektor" wbudowany w telefon, może on co najwyżej służyć jako latarka. Aby uzyskać zadowalający obraz z takiego "telefonowego projektora", musi być kompletna ciemność - co oczywiście większość reklamówek pomija milczeniem. Może w pewnych kręgach młodzieżowych będzie to stanowiło świetną zabawę i pretekst.
Lepiej będzie jednak, jeśli producenci telefonów skupią się na sensowych funkcjach umożliwiających wyświetlanie obrazu ze smartfonów na dużych telewizorach - np: opracowanie uniwersalnego złącza miniVGA.
Ktokolwiek myśli poważnie o prezentacji i projektorach, dużo podróżuje i potrzebuje mieć naprawdę małe urządzenie, powinien zwrócić uwagę na mini-projektory takie jak np: BenQ GP1 lub LG HS200G.
Laptopy pracujące 24 godz. na baterii?
Netbooki mogą pracować nawet kilkanaście godzin na baterii, ale nie oferują wystarczająco dużej wydajności. Są duże szanse, że w 2010 r. w końcu doczekamy się laptopów pracujących na zasilaniu bateryjnym przez całą dobę i oferujących wystarczająco wysoką wydajność.
Ultraprzenośne laptopy takie jak Asus UL czy Acer Timeline to świetne komputery 2009 r. W 2010 r. oczekujemy jeszcze lepszych. Liczymy na to, że pojawią się bardziej energooszczędne komponenty, które będą przy tym wydajne. Powinny pojawić się również udoskonalone ekrany i lepsze baterie. Dla przykładu, firma Ampirus pracuje nad bateriami, które mają pracować niemal dwa razy dłużejniż dotychczasowe, a przy tym zachowają identyczne wymiary.
Grzegorz Kubera: Praca na okrągło. Według mnie w 2010 r. zobaczymy komputery przenośne pracujące 24 godz. na baterii, ale będą to netbooki, nie zaś notebooki. Notebooki zapewnią dłuższy czas pracy, ale nie będzie to jeszcze okrągła doba. Zwiększy się jednak ich wydajność. Liczę na to, że 2010 r. doczekamy się notebooków pracujących ok. 14 godz. na baterii, które zaoferują przy tym wyraźnie wyższą wydajność niż ultraprzenośne modele z 2009 r., takie jak Asus UL30, czy Acer Timeline 3810.
Wojciech Kiełt: Pomarzyć zawsze można :) Ale póki co zejdźmy na ziemie. Nie spodziewałbym się, aby w 2010 roku jakikolwiek producent był w stanie zaoferować notebooka działającego na baterii faktycznie 24 godziny. To, co wpisze sobie w specyfikację to inna sprawa.
Już teraz mamy do czynienia z notebookami, które rzekomo są w stanie pracować 12 godzin na baterii, a ile wytrzymują naprawdę dobrze wiemy. Poza tym, z reguły są to komputery, które oferują połowę wydajności 'normalnych' notebooków.
W grudniu 2008 roku Brytyjski magazyn komputerowy donosił, że w roku 2009 możemy się spodziewać 40 godzin na baterii. Chciałbym zobaczyć te notebooki :)
Raczej żaden producent nie będzie ryzykować montowania w notebooku baterii bardzo pojemnej, drogiej lub niesprawdzonej technologii. Za dużo w zeszłym roku było przypadków wymian wadliwych baterii, baterii które zapalały komputery lub nawet wybuchały.
W 2008 roku wymiana wadliwych baterii kosztowała firmę Sony około 350 milionów dolarów! Problem dotyczył akumulatorów do laptopów firm HP, Toshiba, Dell, Acer, Lenovo oraz Sony. A to tylko jeden z przykładów.
Jeśli pod koniec roku 2010, dostępne będą notebooki z segmentu "standardowego" - normalna cena i dobra wydajność - (bez dopłacania za drugą, pojemniejszą baterię, bez ściemniania ekranu do 10%, bez spowalaniania CPU do 20%, wyłączania WiFi, itp) na których rzeczywiście będzie można pracować około 6 godzin bez ładowania, to będzie to moim zdaniem wystarcząjący sukces.
Internet - wizja czytelnika TheSpeed
Nasz redakcyjny konkurs wygrał czytelnik TheSpeed. Jego wizja spodobała nam się najbardziej i postanowiliśmy ją opublikować w niniejszym artykule. TheSpeed otrzyma od nas nagrodę.
"Według mnie rok 2010 będzie rokiem internetu. Nie mocniejsze karty graficzne, nie nowoczesne płyty główne z 128-fazowym zasilaniem, a właśnie globalna sieć komunikacyjna, która rozwinie się najbardziej. A dokładniej chodzi mi o załatwianie spraw w internecie.
Kiedyś dla mojej mamy kupno czegoś w sieci kojarzyło się jedynie z oszustami i niebezpieczeństwem. Teraz nawet sama często wyszukuje lepsze okazje i zamawia jakieś przedmioty ze sklepów internetowych czy za pośrednictwem Allegro.
Tak jak ona ludzie zaczną masowe zakupy, załatwianie spraw urzędowych, rozmowy itp. Skończą się kilkumetrowe kolejki do okienka na poczcie. Wszyscy będą załatwiać swoje sprawy wygodnie w domu w fotelu przed telewizorem. Nawiązując dalej do moich rodziców, starszego pokolenia, w którym informatyzacja nie jest tak mocno zakorzeniona, to już od jakiegoś czasu korzystają z uroków konta internetowego, płacenia rachunków przelewami zamiast na poczcie, rezygnacji ze standardowych comiesięcznych wyciągów na rzecz 24-godzinnego nadzoru konta.
Rozwój zajdzie tak daleko, że pewnie doczekamy się ogłoszenia wejścia w erę "Web 3.0". Co przyniesie ona ze sobą? Domyślam się, że będzie to rozwój sieci nie tylko pod względem technologicznym, ale użytkowym. Gdzie na przykład strony internetowe miast przestaną być rzadko odwiedzanym "must have, ale nie wiem po co". Będą nieskończonym, interaktywnym źródłem informacji i miejscem do załatwienia swoich spraw.
Zapewne coraz większą popularnością będą cieszyć się elektroniczne wersje książek, które bardzo łatwo można wyszperać w sieci. Teraz pojedyncze modele readerów możemy znaleźć na różnych portalach aukcyjnych, ale zapewne to się zmieni. Każdy zaś będzie miał swojego osobistego notebooka z bezprzewodowym internetem, w sferze którego to operatorzy ciągle prześcigają się w coraz lepszych promocjach. Zapewni on dostęp do mediów w każdym miejscu i każdym czasie.
Ja sam w swoim życiu dążę już do tej idei. A czy inni zrobią podobnie? Tak przewiduję..." Damian Sobczak aka TheSpeed
Czekamy również na wasze wizje i komentarze. Co według was osiągnie wielki sukces w 2010 r.? Co okaże się dużym zaskoczeniem, a co poniesie sromotną porażkę?
Artykuł przygotowali:
- Grzegorz Kubera
- Wojciech Kiełt