Nieoczekiwane wskrzeszenie Alone in the Dark

Alone in the Dark to kolejna, podobnie jak recenzowany niedawno Turok, kontynuacja dawno zapoczątkowanej serii, która teraz doczekała się nieoczekiwanego wskrzeszenia. Jej pierwszą odsłonę, wydaną szesnaście lat temu, można uznać za swoistego prekursora współczesnych gier survival-horror, z którego takie tytuły jak Resident Evil czy Silent Hill później czerpały. Nic więc dziwnego, że obecna - piąta odsłona sagi, również budzi spore zainteresowanie, zwłaszcza, że zaprezentowane materiały zapowiadały się obiecująco, szczególnie w przypadku paru rozwiązań w samej grze. Pozostaje tylko sprawdzić, jak to wszystko sprawuje się w praktyce.

Pierwsze wrażenia

Alone in the Dark to kolejna, podobnie jak recenzowany niedawno Turok, kontynuacja serii, która teraz doczekała się nieoczekiwanego wskrzeszenia. Jej pierwszą odsłonę, wydaną szesnaście lat temu, można uznać za swoistego prekursora współczesnych gier survival-horror., z którego takie tytuły jak Resident Evil czy Silent Hill później czerpały. Nic więc dziwnego, że obecna - piąta odsłona sagi, również budzi spore zainteresowanie, zwłaszcza, że zaprezentowane materiały zapowiadały się obiecująco, szczególnie w przypadku paru rozwiązań w samej grze. Pozostaje tylko sprawdzić, jak to wszystko sprawuje się w praktyce.

Image

Informacje o grze

  • Pełny tytuł: Alone in the Dark
  • Gatunek: Survival-horror
  • Ranking PEGI: 18+
  • Tłumaczenie: pełne (napisy i dialogi)
  • Producent: Eden Games
  • Wydawca: Atari
  • Dystrybucja w Polsce: CD-Projekt

- O wydaniu, tłumaczeniu i stabilności

Podstawowe wydanie prezentuje się ładnie, jest też całkiem pokaźne, bo w środku znajduje się standardowo poradnik i artbook. Oba wydrukowane są na naprawdę porządnej jakości kredowym papierze, w kolorze i okraszone przyjazną szatą graficzną, lecz artbook jest chyba najładniejszym zbiorem szkiców jakie widziałam do tej pory w jakimkolwiek wydaniu gry. Ciekawe, klimatyczne, miejscami mroczne obrazki, naprawdę zachęcają do zwiedzenia świata, który stworzyli dla nas twórcy. Brak jakiegokolwiek komentarza, zdaje się jeszcze dodawać całemu zbiorowi tajemniczości.

Dla najbardziej lojalnych fanów przewidziano oczywiście, edycję kolekcjonerską, która stoi na całkiem dobrym poziomie. W stylizowanym pudełku znaleźć można DVD z filmem o powstawaniu gry, ten sam artbook co w wydaniu podstawowym, płytę ze ścieżką dźwiękową (całkiem zresztą niezłą, ale o tym później) i figurkę głównego bohatera - Edwarda Carnbiego. Jeśli kogoś interesują takie gadżety, to powinien się za tym wydaniem rozejrzeć. Nie tylko sklepy mają go w zapasie, ale cena tego zestawu od czasu premiery gry znacznie spadła i nie jest już tak wygórowana.

Image

Cieszy też, że nie powtórzyła się historia z kiepskiej jakości tłumaczeniem którego doświadczyłam w Turoku. Nie jest to może jakieś niesamowite dzieło sztuki, bo materiał źródłowy też nie był najwyższych lotów, ale obyło się bez kalek językowych, dziwacznie skonstruowanych zdań i innych potknięć, które irytowały mnie poprzednio. Zespół tłumaczeniowy tym razem włożył w swoją pracę trochę więcej zapału, ale niemal klasycznie, pominięto tłumaczenie wszelakich napisów w grze, więc wszystkie znaki drogowe i tabliczki informacyjne w grze pozostały w języku angielskim, a szkoda.

Image

O wiele mniejszym optymizmem napawa z kolei strona techniczna gry. Na pierwszy rzut oka widać, że produkt wypuszczony został na rynek zbyt wcześnie. Przez co wiele detali zostało niedopracowanych, a sama gra jest niestabilna i kapryśna. 

Kilkakrotnie zdarzyło mi się, że Alone in the Dark po prostu nie chciał się uruchomić, a jakby tego było mało, lubi się też powiesić. To jednak nie koniec niewygód. Podczas procesu instalacyjnego warto zaopatrzyć się w coś do czytania, bo gra potrafi się instalować przez dobre trzydzieści minut, a kiedy już to zrobi, odpala się z nie do końca działającą lokalizacją. 

W moim przypadku, dopiero ręczne przestawienie języka w odpowiednim menu, wyświetliło je po polsku, a manewr powtarzać trzeba przy każdej reinstalacji. 

Równie problematyczny okazał się dźwiek, przy pierwszym uruchomieniu w grze słychać było muzykę, ale zabrakło dialogów. Dokładne przeszukanie oficjalnego forum ujawniło, że trzeba przestawić ustawienia dźwięku w Windowsie z 5.1 na stereo, co rozwiązało problem. Ale szkoda, że nie umieszczono tej informacji choćby w instrukcji, bo jak się okazuje, problem jest dość często występujący.

Central Park nocą

Fabułę Alone in the Dark streścić można w kilku lakonicznych zdaniach, co nie wróży tej historii zbyt dobrze. Wzorem znanego i lubianego kanonu, główny bohater - Edward Carnby, budzi się w tajemniczym pomieszczeniu beż żadnych wspomnień ani wiedzy jak się tam znalazł. Co gorsza, otaczający go ludzie, zdecydowanie nie mają dobrych zamiarów i dość szybko decydują, że należy się go pozbyć. 

Szczęśliwie jednak, kilka sprzyjających zbiegów okoliczności sprawia, że Edward uwalnia się z rąk oprawców i już ma wyruszyć w poszukiwaniu odpowiedzi, kiedy okazuje się, że wpakował się w nie lada tarapaty.

W sercu Nowego Jorku, uwolniona zostaje jakaś tajemnicza istota, która manifestuje się w postaci rzażących się ogniem szczelin. Każdy kto ma z nią kontakt, natychmiast zmienia się w zombie pokryte ohydnymi bliznami, przez co od jakiegoś czasu w mieście panuje chaos. Od tego momentu najistotniejszym jest wydostanie się z tej zniszczonej strefy w jakieś bezpieczne miejsce i odrycie, co się właściwie dzieje.

Image
Image

Pomimo tego, że opowieść w grze naszkicowana jest raczej oszczędnie (w grze spotkamy może pięcioro różnych bohaterów), to jakoś nieszczególnie to wpływa na rozgrywkę. Właściwie trzeba uwierzyć na słowo, że to co dzieje się na ekranie ma jakiekolwiek pokrycie z opowiedzianą historią i zmierza ku jakiemuś przemyślanemu końcowi, bo podczas naszej podrózy po Nowym Jorku niewiele się właściwie wyjaśni.

Koniec końców, fabuła jest przewidywalna i sprowadza się do przepychania bohatera z jednej lokacji do drugiej, intryga dość prosta, a samo zakończenie, jeśli już uda nam się do niego dotrwać, jest na siłę skomplikowane i po prostu nie satysfakcjonuje (do wyboru są dwa). 

Ogólny efekt psują przede wszystkim, koszmarnie napisane dialogi. Na próżno próbują być zabawne, a tak naprawdę najlepiej by było gdyby postacie odzywały się jak najmniej, bo kiedy już to robią, to ich kwestie nie grzeszą elokwencją. 

Ucierpiała przez to postać głównego bohatera. Bo chociaż w poprzedniej części Edward Carnby poszczycić się mógł specyficznym charakterem i sporą charyzmą, to w tej częsci jest po prostu płaski jak kartka papieru.

Image

Jednego jednak Alone in the Dark odmówić zdecydowanie nie można - jest to klimat. Spora część akcji dzieje się w położonym na terenie Manhattanu, Central Parku. Ta olbrzymia połać zieleni w sercu miasta, sama w sobie jest tajemnicza, a umieszczenie tam akcji w środku nocy, gdzie za każdym rogiem czai się niebezpieczeństwo, po chodnikach porozrzucane są wraki samochodów, a widoczne w tle miasto stoi w płomieniach niesamowicie buduje atmosferę. 

Nie jest to jednak klimat grozy, gdzie serce wali w piersi, a gracz boi się każdego następnego zakrętu. Wszystkie lokacje w grze, czy to zrujnowany hotel, czy zasnuty mgłą park, czy nawet opuszczone muzeum, bardziej kojarzą się z jakaś powieścią detektywistyczną niż horrorem. Przyczynia się do tego również to, że potworów w grze pojawia się jak na lekarstwo, nie są szczególnie groźne, a jeśli już, to naprawdę trudno bać się pęknięć w asfalcie, czy biegających po okolicy dość ociężałych zombie.

Gra na próżno stara się straszyć i robi to w dość sztampowy sposób, więc spodziewać się można takich atrakcji jak nagle spadające na maskę samochodu zwłoki, czy gwałtowne zmiany w tonie muzyki. Te tanie sztuczki to jednak o wiele za mało, Alone in the Dark po prostu nie jest straszny i nikomu w czasie zabawy z nim nie podskoczy poziom adrenaliny.

Image

Ciekawe pomysły, a praktyka

Jeszcze przed sama premierą gry, głośno było na temat fizyki w tej grze. Carnby może właściwie manipulować każdym przedmiotem w swoim otoczeniu, a w zależności od tego, jak poruszamy myszką, tak przedmiot zachowuje się w dłoniach bohatera. 

Uderzenie kijem to kwestia manewru w tył i przód, zamach krzesłem w stronę przeciwnika to z kolei zwrot w lewo lub prawo, ale to co wydaje się proste w teorii, w praktyce okazuje się niesamowicie skomplikowanym przedsięwzięciem. 

Przyzwyczaić się do sterowania jest trudno, zwłaszcza, że gra nieszczególnie daje wskazówki w tej materii, a walka meblami jest po prostu niewygodna, bo często nie za dobrze zachowane zostały proporcje, a gracz przy najbliższej okazji szybko przerzuci się na coś wygodniejszego. 

Fizyka choć ciekawa, działa w grze dostyć wybiórczo. Czasami rozbicie drewnianych drzwi koszem na śmieci jest możliwe, ale kilka minut później już nie i jest to szczególnie irytujace dlatego, że gra często wymaga od nas maniuplacji otoczeniem aby przedostać się do dalszej częsci poziomu.

Wielokrotnie zdarzało mi się, że wcześniej zastosowane rozwiązanie zupełnie nie przynosiło efektów, a gra z niewiadomych względów zmuszała mnie do wymyślenia czegoś kompletnie innego i w wielu przypadkach, o wiele bardziej skomplikowanego.

Image
Image

Choć gra prezentuje kilka, naprawdę ciekawych, fajnych pomysłów, to ich realizacja bardzo często kuleje.

Dobrym tego przykładem jest choćby ekwipunek głównego bohatera. Edward nie ma niestety zbyt pojemnych kieszeni, więc przedmioty które znajduje musi upychać w połach swojej skórzanej kurtki. Z lewej strony mieszczą się drobiazgi, jak naboje bandaże, czy baterie, prawa strona pomieścić może z kolei większe i bardziej owalne przedmioty jak spreje lecznicze, płyny w aerozolu, czy butelki z alkoholem. Kilka slotów jest jednak stale zapełnionych, a jest to kabura z pistoletem, miejsce na latarkę i przegródka z zapalniczką. 

Pomysł wydaje się ciekawy, bo tak mały ekwipunek zmusza do ograniczania swoich zasobów do tego, co będzie w grze najbardziej potrzebne, a to z kolei dodaje klimatu i zmusza do kreatywnego myślenia. Ale nie wszystko w tym systemie funkcjonuje tak, jakby się chciało.

Ważnym elementem naszego ekwipunktu jest łączenie różnorodnych drobiazgów w nowe i użyteczne przedmioty, kolejny ciekawy pomysł, ale jego urok szybko mija, bo system jest niedopracowany i aż roi się od błędów.

Przedmioty można łączyć ze sobą, to prawda, ale tylko i wyłącznie w ściśle określone kombinacje, inaczej gra odmówi współpracy. Dla przykładu, aby stworzyć samoprzylepny koktajl Mołotowa, bohater najpierw musi okleić butelkę taśmą, a dopiero potem wsunąć do niej kawałek bandaża. Nie można tego zrobić w żadnej innej kolejności, bo system zgłupieje.

Z kolei by przygotować tak zwane "ogniste" kule, trzeba połączyć butelkę alkoholu z pistoletem, nie można jednak tego samego manewru zrobić z amunicją, bo przedsięwzięcie po raz kolejny skończy się fiaskiem. Zanim gracz przyzwyczai się do wszystkich tych niuansów i przestanie się gubić, minie trochę czasu, a i tak czasem niektóre działania wciąż wydać się będą wbrew logice

Image

Największym jednak mankamentem inventory jest to, ze czas gry nie zatrzymuje się, kiedy zaglądamy do naszej magicznej kurtki. Wiem, że w zamyślę miało to dodawać realizmu, ale w praktyce po prostu irytuje. Naprawdę ciężko jest działać sprawnie, mając świadomość, że właśnie szarżuje na nas potwór, który trafi Edwarda kilkakrotnie zanim uda się w końcu przygotować do walki z nim broń. System skrótów tutaj nieszczególnie pomaga, bo też działa od czasu do czasu i ogólnie nie grzeszy wygodą.

Image
Image

Niewyważony system walki to kolejny powód, dla którego gra traci wiele ze swojego uroku. Podczas naszej wędrówki nie napotkamy wiele potworów, ale wynika to przede wszystkim z tego, że walka z nimi jest niesłychanie skomplikowana. Carnby przez całą przygodę do dyspozycji będzie miał tylko jeden pistolet, co gorsza, załadowanie go zwykłymi kulami niewiele pomoże, bo przeciwnicy wrażliwi są tylko na ogień.

Walka, przynajmniej z początku, sprowadza się to do ganiania po okolicy w poszukiwaniu jakiegoś przedmiotu który da się podpalić, a potem szybkiego biegu w stronę przeciwnika zanim rozpadnie się on w dłoniach. Już po kilku minutach niesłychanie nuży.

Sytuacja jednak zmienia się diametralnie w drugim epizodzie, kiedy bohater otrzymuje ..., co z kolei czyni rozgrywkę idiotycznie prostą, bo następne poziomy przemierzyć można z amatorskim piotaczem płomieni, który zniszczy wszystko na naszej drodze.

Sytuacja jednak znów zmienia się koło piątego aktu, kiedy to twórcy postanawiają wprowadzić nowych przeciwników. Tych panów zabić można z kolei tylko poprzez trafienie w .... Ten zmieniający się ciągle poziom trudności nie tylko znacznie psuje frajdę z gry, ale też frustruje, bo żal, że dopracowaniu tak ważnego elementu gry nie poświęcono więcej czasu.

Image

Koszmar w koszmarze czyli sterowanie

Historie o kiepskim sterowaniu w najnowszym Alone in the Dark urosły niemal do miana legendy już zanim gra wpadła mi w ręce. I chociaż z początku byłam zaniepokojona, to z przyjemnością mogę stwierdzić, że te straszne opowieści były odrobinę przesadzone.

Sterowanie w grze rzeczywiście, nie jest zbyt szczęśliwie i nie należy do najwygodniejszych, ale zdecydowanie jest do przeskoczenia, jeśli tylko gracz gotowy jest zainwestować trochę cierpliwości i samozaparcia w to co robi.

Najbardziej poważnym problemem jest brak precyzji. W grze często zmuszeni będziemy do pokonywania krótkich sekwencji zręcznościowych, gdzie praktycznie każdy niewłaściwy ruch oznaczać może pewną śmierć. A  poruszający się -  często ślamazarnie i ociężale -  Carnby, nie zawsze jest w stanie poradzić sobie z tym wyzwaniem. Przechodzenie tej samej sekwencji kilkakrotnie jest irytujące.

Image
Image

Tego samego nie można powiedzieć o sekwencjach w których zmuszeni jesteśmy do prowadzenia auta. Nasz samochód nie tylko wpada w poślizg przy nawet najmniejszym skręcie, ale również podczas jazdy podskakuje na wybojach i wyskakuje w powietrze jakby był małym kartonowym pudełkiem, a nie kilkutonowym pojazdem.

Dodatkowo samochody rozpadają się na kawałki przy każdej prawie kolizji, przez co często trzeba będzie przesiadać się do innego wozu. Jeśli chodnik po którym jedziemy jest choć trochę nierówny, skończyć się to może dachowaniem i gwałtowną śmiercią. Z przykrością stwierdzam, że przez tę niedopracowaną fizykę, absolutnie wszystkie sekwencje wymagające precyzyjnej jazdy na czas są w tej grze niesłychanie trudne. Dobrze więc, że epizodyczna budowa Alone in the Dark i wbudowane do gry menu, pozwala na "przewinięcie" tych niechcianych elementów i przejścia do dalszej części rozgrywki stosunkowo bezboleśnie, inaczej bardzo szybko rzuciłabym grę w kąt.

Image
Image

Grafika i muzyka. Podsumowanie

Jeśli chodzi o efekty wizualne, Alone in the Dark może pochwalić się naprawdę ładnie zaprojektowanymi, sporymi i klimatycznymi lokacjami. Jak również, całkiem ładnie odwzorowanymi postaciami. 

Problem polega na tym, że choć w stworzenie otoczenia w grze włożono sporo serca, to po raz kolejny, nie zadbano o szczegóły. W tym przypadku, są to tekstury, które nawet na najwyższym poziomie detali prezentują się średnio atrakcyjnie i oszpecają całkiem ładny świat.

Równie paskudnie wypadają w grze cienie, które nie dość, że nie zawsze się wyświetlaja, to jeszcze złożone są z bardzo widocznych i brzydkich pikseli. 

Przysłowiowym gwoździem do trumy jest z kolei sam Edward Carnby, bo choć jego postać wygląda całkiem przyzwoicie, to kiedy bohater zostaje ranny na jego ciele pojawiają się jasne plamy, które symulować mają rozdartą i zadrapaną skórę. W perspektywie pierwszej osoby wygląda to całkiem przyzwoicie, ale kiedy spojrzy się na to z perspektywy trzeciej osoby wyglądają sztucznie, jakby ktoś rzucił w Edwarda ciastem.

Image
Image

Trudno za to powiedzieć złe słowo o wszelakich animacjach płomieni. Jeśli Bioshock zasłynał z powodu realistycznej wody, to Alone in the Dark zapisze się w historii jako gra, która może obudzić w graczu piromana. Zabawa z ogniem właściwie nigdy się nie nudzi, bo obserwowanie jak kolejny przedmiot rozpada się na częsci pod wpływem ognia po prostu zapiera dech w piersiach.

Image
Image
Image

Zaskoczeniem była też dla mnie muzyka. Choć na początku, śpiewające do znudzenia chórki wydawały mi się trochę zbyt pompatyczne, to po kilku godzinach gry stwierdzam, że wszystkie obecne w grze scieżki ładnie komponują się z samą rozgrywka i przyjemnie ich posłuchać nawet jako osobne dzieło.

Mniej przychylnie wypada w kontraście polska ścieżka dialogowa. Naprawdę nie mam zastrzeżeń do profesjonalizmu aktorów którzy podkładali głosy, bo grają swoje role przekonywująco. Niestety słabo pasują one do postaci w które się wcielają, a widać to zwłaszcza w przypadku Roberta Gonery.

Ponownie jak w Turoku, silnik gry ma zbudowane ograniczenie FPS

Image

Podsumowanie

Alone in the Dark nie można podsumować inaczej niż gigantyczne rozczarowanie. Tak wiele ciekawych i fajnych pomysłów, zostało w tej produkcji zmarnowane poprzez liczne błędy i kiepską implementacje. Aż żal pomyśleć, o ile fajniejsza byłaby ta gra, gdyby poświecono jej choćby pół roku więcej na produkcje, a tak, jest to tylko kolejny kiepski survival-horror, których pełno jest na rynku. Jak na razie okazuje się, że przywracanie starych serii do życia nie kończy się zbyt szczęśliwie. Pozostaje więc mieć nadzieje, że ostatni z tej trójki - Fallout, okaże się wyjątkiem od reguły.

Wybrane dla Ciebie
ZANIM WYJDZIESZ... NIE PRZEGAP TEGO, CO CZYTAJĄ INNI!