Gry

Call of Duty 4: Modern Warfare - czyli słów kilka o potędze marketingu

przeczytasz w 7 min.

Nie - nie jestem jakimś wielkim miłośnikiem kopania nazistowskich tyłków, wysadzania ich osiemdziesiątek ósemek i dezelowania Tygrysów bazooką. Jakoś historia Drugiej Wojny Światowej zawsze bardziej przemawiała do mnie w formie dokumentalnego zapisu niźli elektronicznej rozrywki. Być może to właśnie stało się przyczyną umknięcia mej uwadze lwiej części serii Call of Duty, która jednak dać o sobie znała (i to jak) w odsłonie czwartej, zatytułowanej jakże enigmatycznie „Modern Warfare”. W zasadzie dopiero umieszczenie przez twórców akcji w czasach nam współczesnych kazało mi rzucić niedbałym wzrokiem na półkę z tytułową pozycją i nieco dłużej zawiesić na niej oko. Czy było warto? Niech ta krótka recenzja będzie odpowiedzią. 

 Zanim kupiłem za ciężkie pieniądze swoją kopię Modern Warfare przez dłuższy czas śledziłem wszelkie wieści na jej temat pojawiające się w Sieci – opinie, recenzje, informacje prasowe – wszystko utrzymane w wielce entuzjastycznym tonie. Sugerując się powyższymi dokonałem zakupu i czym prędzej przystąpiłem do instalacji. Przyznam, że już od początku interesował mnie głównie tryb multiplayer, jako że chciałem skonfrontować swe umiejętności przeciwko większemu gronu graczy niż miało to w miejsce w przypadku niemal elitarnego Urban Terror.

Na tryb dla pojedynczego gracza patrzyłem jako na swoisty tutorial - samouczek z widoczkami i innymi umilaczami w postaci setek uzbrojonych w automatyczną broń statystów czekających na odesłanie w wirtualny niebyt, jednak suma summarum nie żywiłem większych nadziei co do samej jego grywalności. To właśnie zapewne uratowało mnie przed pewnym rozczarowaniem – i nie chodzi mi tu o fabułę – bo ta mogłaby być żywcem przeniesiona na ekrany - taka jest dobra i tu nisko chylę czoła dla scenarzystów za kawał dobrze opowiedzianej historii.

Na myśli mam raczej sam sposób prowadzenia rozgrywki. Cóż… wydawało mi się, że czasy pojawiających się znikąd wrogów i niewidzialnych triggerów poukrywanych w podłodze uruchamiających Niby-To-Ach-Jakie-Niespodziewane-Atrakcje minęły wraz z Tomb Raiderem i innymi Doomami – a jednak! Skrypty żyją i mają się dobrze. Nieraz w czasie gry zastanawiałem się, czy tych trzydziestu kolesi z kałachami będzie wybiegać zza wzgórza w nieskończoność zanim nie podejdę do tego tam kamienia czy po prostu w scenariuszu jest napisane że mam takie dwie albo trzy fale wytłuc i dopiero usłyszeć „Clear!” od dowódcy wraz z jakimiś tam pochwałami, jaki to jestem mężny i w ogóle dobry ze mnie żołnierz.

Podobnie, co by nie robić i jak by nie kombinować, to zawsze wrodzy wojacy wyłażą z tych samych pokoi, strzelają z tych samych okien a my zawsze dajemy się im łaskawie „zaskoczyć” znienacka, że nie wspomnę o jedynej możliwej drodze, którą możemy się poruszać po mapie, „przypadkowo” ograniczonej wrakami samochodów, workami z piaskiem i płotami, które prawie że się da przeskoczyć a jednak jakby się nie da. Tak – Modern Warfare jest „modern” tylko w odniesieniu do scenerii i może systemu leczenia polegającemu na przyspieszonej do granic absurdu regeneracji organizmu (pięć sekund od stanu zapaści do pełnego zdrowia) – wszystkie pozostałe mechanizmy to prawdziwy oldschool w (mimo wszystko) najlepszym wydaniu.

Nie tego jednak spodziewałem się po grze wydanej w końcu 2007 roku, zwłaszcza po spędzeniu kupy czasu przy takim Far Cry, F.E.A.R., czy innym S.T.A.L.K.E.R.-ze, w których miejsce wszędobylskich bezmyślnych skryptów zajmowały zaawansowane algorytmy sztucznej inteligencji, która widocznie jest także wymagana u graczy chcących przejść całą kampanię po raz drugi a znających cały scenariusz na pamięć już po pierwszym jej ukończeniu.

Niestety teatralność całej rozgrywki, w której wszystko zawsze dzieje się tak, jak chcieli twórcy niezależnie od naszych usilnych prób przezwyciężenia naszego oskryptowanego przeznaczenia, jest ewidentnie najsłabszą stroną tej części Call of Duty (a z tego, co mi wiadomo nie tylko tej jednej a raczej całej serii). Nie wiem – może to ja jestem jakiś dziwny chcąc kreatywnie rozwiązywać napotykane problemy a nie perfekcyjnie odgrywać rolę brytyjskiego czy amerykańskiego żołnierza, który robi co mu się karze bez gadania ale taka właśnie konstrukcja rozgrywki na sztywno ograniczająca poczynania gracza do wykonywania ściśle określonych czynności w ściśle określonym czasie i miejscu mnie osobiście trywialnie rzecz ujmując zwyczajnie frustruje. Ale to pewnie tylko ja tak mam.

 

Single na szczęście dla moich skołatanych nerwów skończył się dość szybko, co stało się doskonałym pretekstem do ugryzienia Call of Duty 4 od nieco bardziej ludzkiej strony sieciowego współzawodnictwa. I tu – oj… No… Jednym słowem - w końcu opuściły mnie ponure myśli o wyrzuconym w błoto banknocie stuzłotowym.

Przyznam szczerze – multiplayer w Modern Warfare jest bastionem jakości, który broni się skutecznie przed moim malkontenckim gderaniem. Z początku największy problem sprawiało mi wyłowienie z szaro-burego tła większości map szaro-burych przeciwników i odróżnienie ich od szaro-burych kolegów z drużyny, zwłaszcza, że w zależności od posiadanej broni dysponowali oni odmiennymi uniformami. Trochę czasu na przyzwyczajenie wymaga też prowadzenie ognia – możemy bowiem w każdej chwili strzelać z biodra albo znacznie celniej za pomocą przyrządów celowniczych danej broni, co jednak zajmuje ułamek sekundy na przyłożenie jej do oka.

Dodatkowo biegnąc sprintem strzelać wcale się nie da a i chwilę zajmuje zatrzymanie się i złożenie do strzału, więc nie ukrywam że kolejnym notorycznym powodem moich przedwczesnych zgonów było właśnie zaskoczenie w czasie szybkiego biegu od osłony do osłony. Nie za bardzo da się także skakać i robić uniki, gdyż nasz wojak po każdym skoku na moment zatrzymuje się, nim wykona kolejny (nie mówiąc już o tym że szybko się od tego męczy).

Taka mechanika rozgrywki niewątpliwie wprowadza pewną dozę realizmu, niestety w przypadku innych kwestii mamy do czynienia z magią rodem z Quake’a. Przykładowo: nasz żołnierz potrafi paść na ziemię i przyłożyć broń do oka jednocześnie nieprzerwanie prowadząc ogień – a wszystko w ciągu mniej niż sekundy. Jest to niesamowicie irytująca a zarazem skuteczna sztuczka wykonywana przez doświadczonych graczy.

Przeładowywanie broni także odbywa się w co najmniej mistyczny sposób – otóż rozpoczynając grę z karabinem w którym mamy już 30 naboi i dwoma magazynkami, możemy przeładować broń nawet gdy wystrzelimy jeden pocisk a pozostałe w wyrzuconym magazynku 29 naboi cudownym sposobem wraca do naszego plecaka, mimo że powinniśmy je przecież stracić. Z tego powodu nie musimy zupełnie przejmować się odpowiednim momentem w którym chcemy przeładować. Również nie musimy zawracać sobie głowy kolegami z drużyny, gdyż ci są zupełnie niepodatni na nasz „przyjacielski” ogień.

Oczywiście jest kilka serwerów na których Friendly Fire jest włączony ale to doprawdy bardzo nieliczne rodzynki. Także rozrzut broni przy ogniu ciągłym rośnie tylko do pewnego momentu a potem zatrzymuje się na dość niskim poziomie, co skutkuje niekoniecznie realistycznym prowadzeniem ognia przez większość graczy długaśnymi seriami - nawet na większym dystansie.

Kolejnymi bajkowymi elementami są niektóre perki – czyli rzecz z której słynie multiplayer Call of Duty 4. Pamiętacie może Fallouta i system rozwoju oparty na perkach? W produkcji studia Infinity Ward możemy stworzyć klasę naszego żołnierza nie tylko wybierając broń i dodatki do niej, ale także wyposażając go w pewne unikalne umiejętności, począwszy od zadawania większych obrażeń, cichsze poruszanie, większą celność czy niewykrywalność na radarze. Jak już wspomniałem w ich skład wchodzi też coś tak kuriozalnego, jak automatyczne pozostawienie niespodzianki dla naszego zabójcy w postaci odbezpieczonego granatu w miejsce naszych zwłok (nawet gdy żadnego granatu na stanie już nie mamy) albo padnięcie na glebę i wyciągniecie pistoletu umożliwiającego podjęcie próby zastrzelenia naiwnego przeciwnika, któremu się zdawało że jesteśmy już martwi (brak pistoletu w wyposażeniu także nie jest żadną przeszkodą – jakiś się w naszych rękach i tak wyczaruje). Fajnie.

Co więcej – po zabiciu w jednym ciągu trzech graczy z przeciwnej drużyny możemy sobie włączyć radar precyzyjnie zaznaczający pozostałych niemilców na mapce – wallhack staje się zbędny. Po ukatrupieniu pięciu, możemy wezwać nalot i zbombardować wrogi respawn, nabijając sobie kolejne fragi, które przy liczbie siedmiu umożliwiają wezwanie śmigłowca szturmowego (swoją drogą widocznie bezzałogowego – w kabinie bowiem nikt nie siedzi), który sam już zajmie się polowaniem na przeciwników kręcąc się po mapie i strzelając do nich z działka obrotowego i rakiet powietrze-ziemia. Jeśli jednak poczekamy z jego wezwaniem do następnego odrodzenia, to będzie on zdobywał fragi wliczane do kolejnego ciągu i co za tym idzie umożliwi bez żadnego wysiłku zdobycie następnego radaru, nalotu i śmigłowca -  i tak w kółko – wystarczy się tylko gdzieś schować i dać zabić w odpowiednim momencie. Nie muszę chyba dodawać że uzbieranie siedmiu ofiar na pierwszy śmigłowiec to nawet dla niezbyt rozgarniętego snajpera bułka z masłem – zwłaszcza że dzięki doskonałemu kamuflażowi typu ghilie jest niemal całkowicie niewidoczny dopóki sam się nie poruszy?

 

Muszę przyznać, że multi jest niewątpliwe szalenie grywalny i to zwłaszcza dla początkujących graczy, którzy mimo braku umiejętności są w stanie kończyć mecze z wynikami typu 60:20, jeśli tylko wiedzą jak należy to robić. Inna sprawa, że dla bardziej profesjonalnych graczy, którzy sporo czasu poświęcają szlifowaniu swego skilla zwykły tryb gry w Call of Duty 4 jest co najwyżej powodem do drwin. Dla nich oczywiście stworzony został Promod, czyli jak sama nazwa wskazuje modyfikacja kładąca nacisk na realne umiejętności gracza a nie kombinowanie, cwaniactwo i nieczyste zagrania podlane sporą dawką zwykłego noobskiego farta - dlatego, jeśli ktoś poważnie myśli o grze sieciowej w Modern Warfare, to niech zainteresuje się powyższym modem, zaś reszta graczy może oddać się lekkiej, łatwej i niezobowiązującej rozrywce. Powtórzę to jeszcze raz – Call of Duty 4 jest grą ewidentnie casualową i niech nikt o większych aspiracjach nie czuje się zaskoczony – lojalnie ostrzegałem jakby co :-)

 

W każdej recenzji przychodzi zawsze pora na kilka słów o stronie technicznej produktu – nie inaczej będzie i tym razem. Studiując materiały prasowe sporą uwagę przywiązywałem także do informacji odnośnie wymagań sprzętowych a zwłaszcza relacji tych, którzy mieli już okazję zagrać a posiadali relatywnie słaby sprzęt. Minimum z pudełka to Pentium 2.4 GHz, 512 MB Ramu (dla Windows XP) i karta graficzna pokroju GeForce 6600 lub Radeona 9800 Pro. Moja konfiguracja nieznacznie przekraczała owe minimum – i tak: Pentium 2.8 GHz, 1024 MB Ramu i właśnie Radonie 9800 Pro były moim zestawem do gry.

Na takim sprzęcie w singla można zagrać w rozdziałce 1024x768 i większości opcji mieć ustawione na średnie lub nawet wysokie (proponuje jednak wyłączyć cienie) i utrzymać przez większość czasu 30 klatek na sekundę. Oczywiście w multi bardziej niż w singlu liczy się płynność a mniej jakość wyświetlanej animacji, stąd właściwie cały czas grałem na ustawieniach minimalnych w archaicznej rozdzielczości 640x480 (a i nawet zdarzało mi się stosować profesjonalne configi dla słabych maszyn niejakiego Yitcha – swoją droga polecam). Niestety mam tutaj parę zastrzeżeń – otóż ustawiając sobie poziom detali na niski, zdarzało mi się być wykopywanym za to z serwerów przez Punkbustera – tak się bowiem składa, że wraz ze zmniejszaniem poziomu szczegółowości świata zmniejsza się też znacząco zasięg renderowania trawy, co znacznie ułatwia (a właściwie powinienem napisać: w ogóle umożliwia) dostrzeżenie wspomnianych wyżej snajperów czających się po krzakach.

Nie zmienia to jednak faktu, że traktowanie jednej ze zwyczajnych opcji w menu ustawień graficznych jako cheata jest ewidentnym niedociągnięciem – zwłaszcza że owa opcja potrafi dodać ładnych parę klatek na słabych pecetach. Kolejnym zgrzytem jest także uzależnienie fizyki w grze od ilości wyświetlanych klatek. Otóż posiadając stałe 125 fpsów (a jeszcze lepiej 250 lub 333) nasza postać jest w stanie wykonywać skoki o kilka procent wyższe niż normalnie – innymi słowy jest w stanie dostać się tam gdzie posiadacze słabszych komputerów nie mogą – daje to więc szczęśliwcom z super sprzętem pewną przewagę. Również, jeśli weźmiemy pod uwagę brak możliwości robienia skutecznych uników, jedyną taktyką obrony staje się po prostu strzelanie celniej niż robi to przeciwnik – a jak wiadomo dobra (i droga) myszka znacząco to ułatwia.

Co prawda w czasie normalnej gry takie szczegóły nie robią wielkiej różnicy, ale w przypadku bardziej doświadczonych graczy posiadanie nawet kilku milisekund przewagi zaskoczenia czy też w postaci szybszego otwarcia ognia często decyduje o zwycięstwie lub porażce w starciu. Im dłużej grałem w Modern Warfare i im lepiej mi to szło, tym wyraźniej czułem jak słaby sprzęt którym dysponuję hamuje moje możliwości. A nie o to chyba chodzi, nieprawdaż?

Call of Duty 4: Modern Warfare jest grą, która zdobyła ogromną popularność i moim skromnym zdaniem zawdzięcza ją głównie znacznie uproszczonej rozgrywce, sporemu chaosowi w jej czasie, a także kilku dyskusyjnym elementom (wspomniane powyżej perki: męczennik, ostatni bastion, broń P-90 – nazywana noobgunem, zdecydowanie zbyt silne granatniki, czy wsparcie lotnictwa), które to wszystkie części składają się na obraz gry w której można wymiatać już po kilku dniach i to bez większych umiejętności z naszej strony. Niewątpliwie taka perspektywa przyciąga i utrzymuje przy tej produkcji wielu graczy, którzy w bardziej skillowych grach musieliby poświęcać całe miesiące by przynajmniej wyjść z wynikami powyżej zera, nie mówiąc już o zajmowaniu jakichkolwiek czołowych miejsc. W Call of Duty 4 możemy szybko stać się „miszczami” i chwalić się na podwórku czy w szkole swoimi statsami. Tylko czy tak łatwo osiągane wyniki są naprawdę cokolwiek warte?

Modern Warfare porzuciłem po jakichś czterech miesiącach regularnej, codziennej gry, po czym wróciłem do wspomnianego już przeze mnie Urban Terror, w którego gram od ponad roku a wciąż czuję, że jeszcze dużo muszę się nauczyć. W produkcji Infinity Ward to uczucie opuściło mnie po dwóch miesiącach. Niech ta konkluzja będzie najlepszym podsumowaniem mojej recenzji.

Komentarze

22
Zaloguj się, aby skomentować
avatar
Komentowanie dostępne jest tylko dla zarejestrowanych użytkowników serwisu.
  • avatar
    _nick_
    0
    Rześ sęchłopie rozpisał :p


    Mam pewne uwagi:

    - wrzcuaj więcej screenów
    - dodawaj porównania róznych ustawień grafiki
    - możesz też podać wydajnośc w fps na swojej platformie
    - dziel recenzje na bloki (np. wstęp, grafika, fabuła, rozgrywka, podsumowanie)

    Poza tym jest ok, daję czwórkę.
    • avatar
      Konto usunięte
      0
      cała recka technicznie naprawde dobra - troche niestety zbyt subiektywna ale rzeczowa i konkretna. Jednak pare stwierdzeń wywołuje śmiech:
      "obraz gry w której można wymiatać już po kilku dniach i to bez większych umiejętności z naszej strony" hahaha
      taaa - na serwerze z samymi ciołkami (szczególnie niemieckie TDM'y... dla dzieci) można zrobić wynik, że hoho i sie chwalić w necie :P - ale zagraj na jakimś serwie S&D z doświadczonymi graczami - zaręczam, że kilkudniowy gracz nie zrobi tam nigdy dobrego wyniku... tak jak w każdej grze... wolisz Urban Terror - Twoja sprawa - wolisz 3 metrowe wyskoki, bieganie 60km/h (no bardziej ślizganie na łyżwach) i rozgrywkę przypominającą jakiś chory sen o niebieskich i czerwonych ludkach... ok ale to troche głupio zarzucać COD4 brak realizmu w takich okolicznościach przyrody...
      "wróciłem do wspomnianego już przeze mnie Urban Terror, w którego gram od ponad roku a wciąż czuję, że jeszcze dużo muszę się nauczyć. W produkcji Infinity Ward to uczucie opuściło mnie po dwóch miesiącach" - full respect - jesli po 2 miesiacach stałeś się "kompletnym" graczem w COD4 - nie do pokonania, który juz nie musi się niczego nauczyć bo już wszysko opanował ...to mnie zatkało z wrażenia... na pewno biłyby się o Cibie wszystkie klany COD4 bo jest o co grać jeśli chodzi o turnieje e-sportowe - sporo kasy do wygrania w przeciwieństwie to masakrycznie malutkiej wręcz marginalnej sceny UT... szkoda
      • avatar
        Bartek Żak
        0
        "w której można wymiatać już po kilku dniach i to bez większych umiejętności z naszej strony. "
        już chciałem napisać: "a choć zagramy CB", ale widzę, że porzuciłeś grę. Nie mniej grając mecz z promodem, skill już jest potrzebny. Nie ma radaru czy nabijacza fragów jak helikopter. Multiplayer na zwykłych publikach niestety nie jest niczym zachwycającym, a jednie potrafi człowieka zestresować, gdy dziesiąty raz zginie na męczenniku. Meczyk za to zawsze niesie jakieś emocje.

        Recka OK, może momentami nieco za długie zdania, a może to zabieg ukazujący frustrację?
        • avatar
          Konto usunięte
          0
          "Nie - wolę leczenie kolegów z drużyny, balansowanie wyposażenia ... oraz znacznie bardziej skillowy charakter rozgrywki" balansowanie wyposażeniem? w COD4 sa perki no ale według Ciebie w COD4 perki to "zuo" w UTr "balansowanie wyposażeniem" jest oczywiście "cool" hm... wali troche hipokryzją...
          A w czym się mierzy skilowość charakteru gry? poinformuj mnie bo walisz tym tekstem jakbyś wiedział... lama sfraguje Cie i w COD4 i w "skilowym" UTr jak masz pecha ...albo sam zachowasz sie jak lama...
          "Co do S&D, to nie przepadam - jest to ewidentnie teamplay-owa rozgrywka i na publiku raczej niegrywalna - ... a samemu w S&D wiele nie nawojuję. Zresztą - znacznie lepsza pod tym względem jest moim zdaniem Americas Army."
          ho ho - sie wyjaśnia pomału... :) a może po prostu S&D jest dla Ciebie za trudny? bo tutaj trzeba myśleć i współdziałać? chować, skradać lub rash'ować? a nie skakać jak dzika koza po mapie i walić do innych kóz co sie pojawia w równie "malowniczym" skoku?
          Tak naprawde to skoro nie przepadasz za S&D, który jest jedynym "szanowanym" trybem w COD4 to po prostu znaczy, że nie nic o COD4 nie wiesz... tylko udajesz że coś wiesz... żal.
          AA owszem jest dobra ale moim zdaniem COD4 ma znacznie lepiej wyważoną widowiskowość rozgrywki i jej realizm (bo ogranie na kompie to nie realny świat i trzeba z tego ograniczenia zdawać sobie sprawę i odpowiednio ważyć "reguły" gry) o czym świadczy własnie ilość graczy obu gier - o wielu którzy ze sceny AA przeszło na COD4 nie wspomnę.
          • avatar
            Konto usunięte
            0
            "...prostu po tym czasie CoD4 zaczął mnie nudzić swoją przewidywalnością.
            Co do marginalności sceny UrT (bo tak się skraca poprawnie nazwę Urban Terror), to strzeliłeś jak kulą w płot. Mozart też ma marginalną ilość miłośników a mimo to nikt nie mówi o jego muzyce, że reprezentuje niski poziom i jest nic nie warta.
            Recka jest stronnicza świadomie, jako przeciwwaga do niemal wazeliniarskich recenzji na innych portalach. Tak bowiem uważam: CoD4 robi wspaniałe pierwsze wrażenie, ale gdy się w niego wgryzie bardziej, ujawnia swoją miałkość i nijakość."
            i tu sie zdemaskowałeś - powyższe teksty to najzwyklejsze wypociny frustrata, który nie potrafi zrozumieć dlaczego inni graja w grę nie taka w jaką on gra...
            bo tylko gra w która gra frustrat jest jedyna słuszna, skillowa i grywalna... hahahahaha
            weź się gościu ogarnij - wylecz frustracje "niedocenianego skillzora od UTr" - graj sobie w to co chcesz i co Ci sie podoba ale nie mniej żalu, że większość uważa UTr za nieciekawą gierkę i nie maja zamiaru w nią grać... i to wcale nie znaczy że nie mają skilla...
            • avatar
              0
              A ja i tak wole starego, poczciwego CS'a 1.6 :D
              • avatar
                Konto usunięte
                0
                Przecież casualowy gracz nie zwróci uwagę na takie błędy gry jakie Ty jej wytykasz: że łatwa, przewidywalna, ma głupie dodatki. Tak naprawdę właśnie na tym zależy niedzielnym graczom. Taki woli wejść postrzelać wyładować się i nie przeszkadza mu, że martynoob go zabił po raz kolejny bo to niema dla niego znaczenia. A gracz, który chce w nią grać i coś osiągnąć będzie grać na promodzie/pamie. I jak piszesz, że SD nie lubisz to ok. Tylko właśnie ten tryb jest najlepszy w tej grze. Można pograć w TDM czy DM ale tylko aby poćwiczyć skilla. W CoD4 właśnie głównie chodzi o SD. A jeśli Ci się nie podoba gra na publikach to pograj gathery. Wejdź na esla i masz system gather. Grasz z różnymi ludźmi masz ts a jednocześnie nie grasz klanówki. Sprawdź taką grę a potem oceniaj. Bo ciężko pozytywnie ocenić grę jeśli od razu nie lubi się jej największych atutów.
                • avatar
                  Konto usunięte
                  0
                  Bardzo ciekawa recka, gralem wczesniej wiec wiem w ktorym kosciele dzwony bija. Milo sie czytalo, czekam na nastepna - 5

                  Pozdrawiam
                  • avatar
                    Konto usunięte
                    0
                    pewnie jak ktoś nie umie grać zespołowo, lubi arcade to ok pograj sobie w americasa z jakimś porządnym teamem przeciwko równie dobrym graczom to się zdziwisz - mam cod 4 i nie sądzą, że zmarnowałem kasę - 99zeta, ale niestety zatrzymała mnie tylko do momentu aż reinstalowałem system i AA... Każdy ma jakieś swoje ulubione tytuły AA 3.0 choć nie dopracowana daje więcej radochy.
                    +
                    1 jest za darmo
                    2 Gra w nią dużo rodaków
                    3 W klanie ( nie z dziećmi ) czujesz się jak w teamie.
                    4 Pierwsza gra w której w momencie jakiejś akcji porządnej wali mi serce i pocę się jak dzika świnia, to pewnie za sprawą tego że nie chce mi się czekać żeby campoochy wylazły :P
                    Zagrajcie sobie polecam a COD 4 miłe było ale nie dla mnie
                    No i to respawnowanie się co chwila naprawdę realizm :P AA 3 i 2.8.5 chociaż nie jest jak w quaku 3 zadyma na maksa i banda debili czekających na spawnie ( spawn killerów ).
                    Dobra kończe to i pozdrawiam wszystkich którzy nie cheatują i są nieźli. Narqa
                    • avatar
                      Konto usunięte
                      0
                      troche mało zdjec ale recka bardzo dobra
                      • avatar
                        Cr4sH
                        0
                        możemy przeładować broń nawet gdy wystrzelimy jeden pocisk a pozostałe w wyrzuconym magazynku 29 naboi cudownym sposobem wraca do naszego plecaka, mimo że powinniśmy je przecież stracić.

                        a gdzie tak nie jest ?


                        Również nie musimy zawracać sobie głowy kolegami z drużyny, gdyż ci są zupełnie niepodatni na nasz „przyjacielski” ogień.

                        wystarczy wejsc na serwer gdzie friendlyfire jest wlaczone ... jest ich duzo...


                        Jak już wspomniałem w ich skład wchodzi też coś tak kuriozalnego, jak automatyczne pozostawienie niespodzianki dla naszego zabójcy w postaci odbezpieczonego granatu w miejsce naszych zwłok (nawet gdy żadnego granatu na stanie już nie mamy)

                        Słucham? Przecież na drugiej wojnie swiatowej robiono tak, ze po powazniejszym ostrzale zeby nie cierpiec granat wybuchal i bylo po nich.
                        Granat był przyczepiany do naszego stroju.

                        albo padnięcie na glebę i wyciągniecie pistoletu umożliwiającego podjęcie próby zastrzelenia naiwnego przeciwnika, któremu się zdawało że jesteśmy już martwi (brak pistoletu w wyposażeniu także nie jest żadną przeszkodą – jakiś się w naszych rękach i tak wyczaruje). Fajnie.
                        nie mozna nosic 2 pistoletów na raz? zastanow sie.