Gry

Dying Light na Playstation 4

Dying Light – czteroosobowa walka o przetrwanie na Playstation 4

Maciej PiotrowskiOkiem starego zgREDa Barona
Maciej Piotrowski

Nie spodziewałem się, że Techlandowi uda się czarcia sztuka zerwania ze starymi, utartymi już schematami Dead Island. Po pierwszych zapowiedziach Dying Light byłem niemal pewny, że czeka nas kolejna powtórka z rozrywki ubogacona jedynie nieco ciekawszym sterowaniem i lepszą grafiką. Tymczasem to co otrzymałem mile mnie zaskoczyło. Oczywiście podobieństw do poprzedniej serii Techlandu jest tu aż nadto, ale parkour w wykonaniu naszego bohatera zmienia tu w zasadzie wszystko. No dobrze – parkour i cyklicznie nadchodząca noc.

Nie chce powielać tego, co już zapewne wielokrotnie napisano. Zmiana perspektywy całej zabawy, większe skupieniu się na wykonywaniu zadań czy powiązany z nowym sposobem poruszania się system rozwoju postaci to jednak w zasadzie elementy niemal czysto techniczne. Dla mnie osobiście liczyło się tylko jedno – wreszcie poczułem, że spotykając zombie mam duszę na ramieniu. Oczywiście zimne poty wywoływały szczególnie nocne spacerki po mieście, gdy nieumarli zyskiwali na sile i zwinności, a na powierzchni pojawiali się piekielnie niebezpieczni nocni łowcy. W zasadzie kilka spotkań z nimi odebrało mi ochotę na dalsze przebieżki. O ile nie musiałem wolałem przeczekać te parę minut w bezpiecznym schronieniu. Prawdziwa zabawa zaczęła się jednak dopiero wówczas, gdy z opanowanym przez zombie Harranem postanowiliśmy zmierzyć się we czwórkę.

Starym zwyczajem w trybie kooperacji jeden gracz niejako „prowadzi” swoją fabułę, a pozostali do niego dołączają. Oznacza to, że jedynie uczestniczą oni w wydarzeniach hosta bez możliwości zapisu nowego stanu gry. W niczym to jednak nie przeszkadza. Podobnie zresztą jak bieganie 4 klonów głównego bohatera. Wspólne skakanie pod dachach, rozkładanie pułapek i eksterminacja nieumarłych daje niesamowitą frajdę. Dorzućcie do tego jeszcze możliwość „taktycznego” rozdzielenia się dla szybszego wykonania misji składającej się z różnych celów, a także specyficzny rodzaj zawodów pokroju kto w określonym czasie ubije najwięcej truposzy czy dotrze z punktu A do B, a będziecie mieli ogólny pogląd na to jak w tym trybie wygląda rozgrywka. Najlepsze zostawiłem sobie jednak na koniec – nic nie jest w stanie przebić wspólnego uciekania nocą przed hordą przemieńców, „strzelania” na prawo i lewo latarkami UV by choć na chwile odeprzeć ich ataki i zyskać cenne sekundy w drodze do bezpiecznego schronienia. Niejako wisienką na torcie jest tryb Be the Zombie pozwalający jednemu graczowi wcielić się w nocnego łowcę i stanąć naprzeciwko innego gracza, bądź tak jak było to w naszym wypadku – pełnego zespołu. Dość powiedzieć, że zaserwowana nam tutaj asymetryczna rozgrywka 4vs1 rodem z szumnie zapowiadanego Evolve w niczym mu nie ustępuje. Ba, klimatem i poziomem zbalansowania niejednokrotnie przebija grę twórców kultowego już Left 4 Dead.

Wersja na Playstation 4, którą dane mi było ogrywać z wiadomych względów ustępuje graficznie edycji pecetowej. Nie zmienia to jednak faktu, że obecnie jest to jedna z najładniejszych gier na konsolę Sony. Oczywiście nie obeszło się bez drobnych błędów – a to gdzieś nasz cień zawiśnie w powietrzu zamiast na ścianie, a to broń trzymana w rękach kolegi urośnie do niebocznych rozmiarów, a to znowu nasza postać przeniknie przez sufit pozwalając nam oglądać świat z perspektywy strategii 3D a nie strzelaniny. Wszystko to jednak drobnostki.

Znacznie większe zastrzeżenia mam do samego systemu poruszania się, a ściślej precyzji, z jaką trzeba wymierzać skoki do niektórych krawędzi, by nasz bohater uznał w końcu, że chcemy żeby się na nich podciągnął. Widać to szczególnie na wieżach, gdzie każdy podskok musi być dokładnie wymierzony. Ale to i tak nie jest najbardziej wkurzająca rzecz w Dying Light. To mało zaszczytne miano otrzymuje ode mnie rzecz znacznie bardziej prozaiczna – jak u licha twórcom udało się zapomnieć o najzwyklejszym w świeci schodzeniu w dół z wyższych budynków. Ja rozumiem, że jest opcja skoku na worki ze śmieciami czy „uprawianie” tyrolki na porozwieszanych gdzieniegdzie linach, ale czasami brak tej zwykłej, prostej rzeczy jak podejście do krawędzi i uchwycenie się jej by zeskoczyć niżej doprowadzał mnie do szewskiej pasji. Szczególnie, gdy musiałem kolejny raz wejść wyżej by dostać się do liny i tym samym móc szybko zejść na poziom gruntu. Pomijając tę wpadkę muszę jednak stwierdzić, że Techland stanął na wysokości zadania dostarczając chyba najlepszą grę w swojej historii. Oby było ich więcej. Choć niekoniecznie z zombie w roli głównej.

Ocena wersji Playstation 4: 4/5