Gry

Heros. Klimat

Kluczem do całej zabawy jest jednak przede wszystkim główny bohater. Wspomniane wyżej jednostki czy magia to tak naprawdę jedynie inwokacja do akapitu o prawdziwym „numerze jeden” całej gry czyli kierowanej przez nas postaci. Na samym początku zabawy wybieramy jedną spośród trzech klas – wojownika, paladyna lub maga.

Wojownik koncentruje się przede wszystkim na sterowaniu jak najbardziej potężnymi jednostkami – ostatni prawie wcale z nich nie korzysta, za to rzuca sporo potężnych zaklęć. Paladyn jest swoistym uśrednieniem obydwu klas. Tajemnicą nie jest, że jak w wielu innych grach najciekawiej gra się magiem, który jest naprawdę przepotężnym zawodnikiem.

Wraz ze zdobywaniem kolejnych poziomów doświadczenia nasi herosi otrzymują stosowne punkty umiejętności rozgospodarowane stosownie do wybranej klasy (tego typu punkty znajdujemy także w trakcie zabawy, np. podczas przeszukiwania mapy). One z kolei pozwalają skupić się na drzewkach umiejętności i inwestować w różnej maści talenty.

Magowie na przykład początkowo poznają podstawowe tajniki magii, ale wyższe poziomy pozwalają im powiększyć moc zadawanych obrażeń, a przede wszystkim – co w pewnym momencie staje się priorytetem – ilość możliwych do rzucenia czarów podczas jednej tury.
Wojownik rozwija przede wszystkim umiejętności związane z jednostkami – uruchamia u nich dodatkowe umiejętności, zwiększa siłę zadawanych obrażeń czy też potrafi ustawić ich przed walką.
Również umiejętności Paladyna są bardzo przydatne, bowiem może on na przykład zwiększać ilość zdobywanego doświadczenia. Co się bardzo chwali – te talenty nie są na wyłączność.

Śmiało możemy tworzyć hybrydy wojowniko-magów i inaczej, wedle uznania. Wprawdzie najłatwiej rozwijać własną klasę, ale nie jest to konieczne jeśli postanowimy inaczej.

Główny bohater to zresztą równie ciekawa historia pod względem kilku innych czynników. O ile możliwość posiadania specjalnych artefaktów podnoszących jego specjalne umiejętności to standard, tak na przykład w King’s Bounty nic nie stoi na przeszkodzie byśmy... go ożenili!

Małżonka to świetna inwestycja, bowiem również działa dodatnio na naszego herosa, na przykład dodając mu punkty ataku czy inteligencji. Ale to nie koniec jej specjalnych właściwości – jako wierna małżonka może nam dać dziecko (a właściwie nawet czwórkę), które oprócz pieniędzy przynoszą różne, dodatkowe korzyści.

Ciekawym pomysłem jest opcja ulepszania przedmiotów znajdujących się w naszym ekwipunku. Otóż wcale nie jest potrzebna gotówka czy magiczne składniki – wiele przedmiotów ma duszę i musimy się z nimi po prostu zmierzyć! Takie walki są zazwyczaj dużo cięższe od standardowych, ale i efekt jest niezwykle zadowalający.

Mapy oprócz różnego typu stworów są naturalnie bogate także w surowce naturalne – w większości złoto, ale i skarby, punkty umiejętności oraz cenne flagi, pozwalające na powiększeni liczby punktów „dowodzenia”, co z kolei przekłada się wymiernie na maksymalny rozmiar prowadzonej armii (początkowo ma ona ledwie kilkanaście jednostek, pod sam koniec zabawy, w okolicy 31 poziomu doświadczenia, jest to nawet i kilka tysięcy).

Na mapie spotykamy także liczne budynki i postaci, które zlecają nam różne zadania do wykonania – przeważnie koncentrujące się na konieczności przyniesienia czegoś i/lub rozprawienia z jakimiś podłymi stworkami. Nie zabrakło także głównego wątku fabularnego, choć do szczególnie oryginalnych on nie należy – wielkie zło, orkowie, rychły koniec świata, tylko jeden bohater, który może zmienić losy, ple, ple, ple. Całość jednak jest dość spójna – i choć troszkę bajkowa, momentami naiwna – jakoś nie zmusza do pukania się w czoło podczas czytania tego, co tam sobie scenarzyści wykombinowali.

Klimat

Klimat w King’s Bounty jest naprawdę niesamowity. Podczas zabawy można nieraz poczuć się jakby najlepsze bajki z dzieciństwa zmieszano po części ze światem Heroes of Might and Magic, po części z mitologią Skandynawską, a po części ze starymi, rosyjskimi opowiastkami. Jedynym ziarnkiem pieprzu są te nieszczęsne, „ziomalskie” i na siłę śmieszne dialogi. Gdyby nie to – dostalibyśmy prawdziwie interaktywną bajkę, która na długie godziny wciąga, a przy tym urzeka swoim niesamowitym czarem.

Wśród licznych zalet King’s Bounty, oprócz ładnej grafiki, sporej grywalności, dobrego systemu rozwoju postaci i wielu, wielu fajnych rozwiązań nie sposób jednak nie wspomnieć o wadach, które potrafią zirytować po kilkugodzinnej sesji.

Największym minusem jest przede wszystkim brak możliwości symulowania walk. Każdą z nich trzeba niestety stoczyć, a co za tym idzie – robią się straszliwie schematycznie. W prawie każdym wypadku na wroga wystarczyły jedynie dwa-trzy zaklęcia (w przypadku gry magiem) i było po sprawie, ale zanim do tego doszło musieliśmy ścierpieć liczne animacje, napinanie muskułów, itp. Szczerze przyznam, że ten element irytuje tak mocno, że gdyby nie on – zastanowiłbym się w przypadku tej gry nad jeszcze wyższą oceną.

Reszta minusów aż tak mocno nie doskwiera, są to raczej drobnostki. Może jedynie dziwne problemy z poruszaniem się podczas jazdy konno i pływania statkiem są trochę irytujące. Główny bohater na swoim dzielnym rumaku musi się bowiem obijać o każdy maleńki kamień i każde wystające drzewo, zamiast przez nie „przeniknąć” trzeba podczas podróży troszkę manewrować myszką. To też jest stosunkowo męczące, zwłaszcza, że zdarza się na wszystkich mapach, a po nich się naprawdę sporo nabiegamy.