• benchmark.pl
  • Gry
  • Gry, o których zapewne nie słyszałeś, a nie zagrać w nie to grzech
Gry, o których zapewne nie słyszałeś, a nie zagrać w nie to grzech Gry

Gry, o których zapewne nie słyszałeś, a nie zagrać w nie to grzech

z dnia 15-04-2020
Maciej Piotrowski | Redaktor serwisu benchmark.pl
7 komentarzy Dyskutuj z nami

W marketingowym zamęcie towarzyszącym promocji najdroższych produkcji świata gier, łatwo przeoczyć tytuły dużo skromniejsze, choć niekiedy projektem rozgrywki bijące gigantów na głowę. Oto kilka takich gier indie i nie tylko – niszowych, mało znanych, a jednak godnych uwagi!

Reklama dźwignią handlu, a gry indie i pomniejsze tytuły giną w tłumie

Światem wirtualnej rozrywki rządzą grube ryby. EA niedługo pewnie uraczy nas The Sims 5, Rockstar Games już z mozołem pracuje nad GTA 6, a Ubisoft w pocie czoła wykuwa nowe Assassin’s Creed i Watch Dogs Legion. Tymczasem sklepy internetowe kuszą nas takimi hitami jak Doom Eternal, Death Stranding czy Resident Evil 3. A to przecież nie koniec, bo w kolejce czeka też Cyberpunk 2077, The Last of Us Part II, Ghost of Tsushima i cały szereg innych hitów szykowanych na pecety, PlayStation 4, Xbox One i następną generację.

Wiadomo, przy odpowiednim budżecie można zapewnić imponujący rozgłos swojemu nowemu dziełu. Niestety, nie każdego stać na rozbuchaną kampanię marketingową i dlatego wiele naprawdę świetnych tytułów przechodzi niemal bez echa. Co najwyżej zostaną docenione przez krytyków. Szkoda, że gracze często wolą zainwestować w „pewniaka” z górnej półki, zamiast postawić na błyskotliwie pomyślane gry indie.

Gry indie, których nie znacie - Mutazione

Dzisiaj benchmark.pl staje się megafonem dla takich mniej rozpoznawalnych produkcji, które zasługują na szacunek, choć mogą tylko marzyć o prawdziwej sławie. Oto nasz wybór gier indie, nietypowych, niedofinansowanych, stłamszonych, a przecież naprawdę ciekawych. Zobaczcie, może akurat znajdziecie wśród nich coś dla siebie – warto dać szansę tym czarnym koniom cyfrowej rozrywki!

Przy odpowiednim budżecie można zapewnić imponujący rozgłos swojemu nowemu dziełu. Niestety, nie każdego stać na rozbuchaną kampanię marketingową i dlatego wiele naprawdę świetnych tytułów przechodzi niemal bez echa. Szkoda, że gracze często wolą zainwestować w „pewniaka” z górnej półki, zamiast postawić na błyskotliwie pomyślane gry indie.

Arise: A Simple Story – prawdziwe życie zaczyna się po śmierci

Zastanawialiście się jak wyglądają zaświaty? Chyba tylko zatwardziali ateiści o tym nie myślą. Twórcy z hiszpańskiego studia Piccolo Studio z pewnością fantazjowali o tym sporo, bo dzięki temu powstała naprawdę nietypowa platformówka - Arise: A Simple Story. To historia mężczyzny, który dokonał swego żywota i wylądował w swego rodzaju limbo. Przeżywa swoje ponownie życie, w samotności, a za narratorów robią mu spotykane po drodze kamienne posągi. I chociaż sama nazwa kojarzy się z mrocznym czyśćcowym klimatem, tym razem wkraczamy do nastrojowej krainy, gdzie wszystko ma swoją symbolikę – od idyllicznie barwnej łąki, po burzę z piorunami i ukrywające się w mroku postacie. 

Całość jest oparta na prostych, ale ciekawych zagadkach doprawionych elementami zręcznościowymi. Natomiast na szczególną uwagę zasługuje mechanika kontrolowania czasu, która pozwala nam, dajmy na to, zatrzymywać w miejscu spadające głazy lub zmieniać porę dnia, by uniknąć kontaktu z postaciami mroku. Cóż, jeśli życie po śmierci naprawdę tak wygląda, to czeka nas prawdziwie niezwykła, mocno wzruszająca przygoda! 

Ministry of Broadcast – Orwell byłby zachwycony

Jeśli lubicie dystopijne światy, w czeskim Ministry of Broadcast znajdziecie naprawdę atrakcyjną wizję takiej upiornej, totalitarnej rzeczywistości. Jak widać, nie trzeba milionowych nakładów na oprawę audiowizualną, żeby uzyskać zatrważający klimat. Pikselowata grafika w stylu retro też wywiąże się z tego zadania – w każdym razie twórcom Ministry of Broadcast w zupełności wystarczyła. 

Z jej pomocą (i mocną inspiracją dawnymi hitami pokroju pierwszego Prince of Persia oraz Oddworld: Abe’s Exodus) stworzyli grę po części przygodową, po części platformową, w której bierzemy udział w okrutnym reality show, by na powrót ujrzeć swoją rodzinę. Coś jak w słynny Uciekinier z Arnoldem Schwarzeneggerem. Podobnie jak tam także i tu mamy sporo czarnego humoru, zagadki środowiskowe i pełen pakiet wyzwań zręcznościowych – wszystko to gwarantuje dobrą zabawę w uniwersum, którego nie powstydziłby się nawet George Orwell.  

Gry indie, których nie znacie - Ministry of Broadcast

Coffee Talk – nie tylko dla fanów serialu Przyjaciele

Wiadomo, pogaduchy w przytulnej kawiarni kojarzą nam się najczęściej z pewnym kultowym sitcomem z lat dziewięćdziesiątych. Twórcy tej dość osobliwej gry z gatunku visual novel podeszli jednak do ogranej konwencji w sposób niezwykle oryginalny. W Coffee Talk wcielamy się w rolę właściciela kafejki w Seattle. Ale nie takim zwykłym…oj, nie. 

W tej cyfrowej wersji amerykańskiej metropolii po ulicach miasta, razem z ludźmi, chadzają dziwaczne stworzenia, takie jak elfy, krasnoludy, a nawet kosmici. Połączenie fantastyki z surowym realizmem codzienności staje się fundamentem dla rozgrywki opartej z jednej strony na przyrządzaniu wymyślnych kaw dla cudacznej klienteli, z drugiej zaś – na wsłuchiwaniu się w niezwykłe opowieści gości lokalu. Za oknami siąpi deszcz, kawa rozgrzewa, a goście prześcigają się w dziwaczności - to chyba dobre okoliczności, żeby posłuchać historii nie z tego świata, prawda? 

Gry indie, których nie znacie - Coffee Talk

Through the Darkest of Times nie boi się poważnych tematów

Kto powiedział, że gry muszą poruszać wyłącznie tematy łatwe, lekkie i przyjemne? A przecież do tego przywykliśmy. Nawet jeśli twórcy sięgają po tematykę II wojny światowej czy totalitaryzmu to przeważnie serwują nam go w lekkostrawnej formie. Twórcy Through the Darkest of Times postępują zgoła inaczej. Ich tytuł to strategia turowa z przyjemną dla oka, nieco kreskówkową grafiką. 

Niech Was jednak nie zwiodą pozory! Ten niewinnie wyglądający tytuł to studium najmroczniejszego z okresów w historii ludzkości. W czasach hitlerowskiego reżimu kierujemy niemieckim podziemiem (a tak, Niemcy też buntowali się przeciwko rządom małego pokurcza z wąsikiem), które robi co może by zatrzymać nazistowską machinę. W tym celu trzeba zorganizować środki finansowe, zaplanować akcje propagandowe i zbrojne oraz zadbać o kondycję psychiczną naszych bojowników. A przede wszystkim trzeba trzymać się nadziei na zwycięstwo, nawet gdy nasz wysiłek zdaje się skazany na porażkę, a Gestapo próbuje za wszelką cenę złamać w nas ducha walki.

Gry indie, których nie znacie - Through the Darkest of Times

Kunai – cyber-ninja-indyk w natarciu!

Inspiracje dla gier bywają różne. Deweloperzy z Turtle Blaze postanowili pomieszać ze sobą humorystycznie potraktowane motywy science fiction, sztukę walki dalekowschodnich ninja i klasyczną, szybką platformówkową formułę. Co z tego wyszło? Ano, tytuł nietuzinkowy, w którym trzeba sporo refleksu, żeby pokonać kolejne, ujęte w oryginalną grafikę i pomysłowo zaprojektowane, poziomy

Na szczęście pewnym ułatwieniem dla naszego robota o duszy tybetańskiego mnicha jest ekwipunek, w którym znajdziemy między innymi katanę, tytułowe kunai (czyli małe szpikulce do rzucania) czy shurikeny. Do tego dochodzi też pakiet specjalnych zdolności odblokowywanych na kolejnych etapach zabawy. To co, gotowi odnaleźć w sobie duszę wojownika i ruszyć w odyseję przez platformówkowy retro świat?

Mutazione – klimatyczna przygoda z mutantami w rolach głównych

Takich przygodówek już się nie robi… Często tylko tak sobie zrzędzimy, ale jest w tym ziarno prawdy, zwłaszcza, kiedy mowa o Mutazione. Ta duńska produkcja to malowniczo narysowana opowieść o podupadającym kurorcie, w którym po upadku dziwnego meteorytu pozostali przy życiu ludzie i zwierzęta zaczęli mutować, niekiedy w bardzo sympatyczny sposób. 

Nie liczcie więc na horror w stylu Resident Evil, bo niemal nic z niego tutaj nie znajdziecie. Mutazione bliżej bowiem do emocjonalnej historii o złożonych relacjach rodzinnych i mrocznych sekretach nietypowych mieszkańców nadmorskiej mieściny. Wszystko to ujęto w stylową grafikę oraz bardzo klasyczną formułę „point and click”. No i do tego jest tu jeszcze naprawdę niesamowity klimat. Ach, ten klimat - na poły nostalgiczny, na poły oniryczny. Cudo po prostu! I pewnie dlatego Mutazione zostaje w naszej pamięci na długo po zakończeniu zabawy.

Gry indie, których nie znacie - Mutazione

Kentucky Route Zero – nawet David Lynch miałby ciarki na plecach

Też miewacie koszmary, z których nie chcecie się obudzić? Takie, które z jednej strony napawają lękiem, a z drugiej uwodzą niesamowitością? Kentucky Route Zero przypomina właśnie taki sen. To historia dostawcy, który zbłądził na tytułowej autostradzie w Kentucky i poszukuje adresu, pod który ma dowieźć zamówiony towar. Dziwaczne perypetie, jakie przytrafiają mu się podczas tego karkołomnego zadania, to prawdziwy festiwal surrealizmu. Od haseł do komputera w formie wymyślanych na poczekaniu wierszy po zrobotyzowane piosenkarki country. Do tego dochodzą jeszcze nietypowe dialogi, płynne przejścia między różnymi stylami rozgrywki i podbijająca klimat minimalistyczna oprawa wizualna. Co tu dużo pisać - w tej oryginalnej przygodówce można się zakochać jak w dobrym filmie Davida Lyncha – miłością dziwaczną, mroczną i szaloną.

Gry indie, których nie znacie - Kentucky Route Zero

Gris – bajkowa uczta dla zmysłów

Ten tytuł może śnić się po nocach – na długo po ukończeniu rozgrywki. Nie, tym razem nie jako koszmar, ale najpiękniejsze z sennych marzeń. I chyba właśnie to pozornie banalne słowo „piękny” najlepiej pasuje do Gris, platformówki barcelońskiego Nomada Studio. Jest to swoisty eksperyment, próba wniknięcia w ludzką psychikę, ukazania zmagań z bolesnymi wspomnieniami i przeniesienia tej podróży w głąb siebie na powierzchnię ekranu.

Nie trzeba tu dużo kombinować, ćwiczyć zręczność palców czy poświęcać długie godziny na potyczki z przeciwnikami. Tą produkcją należy się po prostu delektować. Starczy rozsiąść się w fotelu, uwrażliwić na baśniową estetykę i wprost niesamowitą, kojącą ścieżkę dźwiękową, a Gris zagra na naszych uczuciach jak na dobrze nastrojonym instrumencie. 

Last Day of June – słodko-gorzka podróż przez wspomnienia

Już sam tytuł tej produkcji nastraja nostalgicznie. I słusznie, bo na tego rodzaju uczuciach opiera się cała rozgrywka. Last Day of June prezentuje bowiem historię rozkochanej w sobie pary, którą w dniu rocznicy ich znajomości spotyka tragedia. Mają wypadek samochodowy. Kobieta ginie, a mężczyzna pozostaje sam – w żałobie i samotności. Nie daje jednak za wygraną i postanawia odbyć podróż w czasie. Nie jedną a kilka, wcielając się przy tym w różne osoby, które w mniejszym czy większym stopniu mimowolnie przyczyniły się do tragedii.

Cofa się więc po śladach wspomnień, by poprzestawiać zwrotnice wydarzeń i odmienić los swojej żony. Last Day of June ze swoją nietypową, ale klimatyczną grafiką, pięknymi sceneriami i sentymentalnym klimatem to emocjonalny rollercoaster, który na długo zapada w pamięć, a przede wszystkim – w serce.

Gry indie, których nie znacie - Last Day of June

Here Be Dragons – ahoj, strategu, czas zapolować na krakena!

Wiadomo, jak odkryto Amerykę. Najpierw załadowano na statki załogę, prowiant i wszystkie potrzebne akcesoria, a potem wyruszono na wielką wojnę z trytonami, krakenami, syrenami i innymi bestiami z piekła rodem. W każdym razie tak to sobie wyobrażają nasi rodzimi twórcy z Red Zero Games. 

Here Be Dragons to turowa gra taktyczna, w której przyjdzie nam się zmierzyć z fantastycznymi kreaturami, jakie wyłaniają się z fal Atlantyku, by stawić czoła pionierom kolonializmu. Każda batalia to złożona, niemal szachowa rozgrywka, która łączy w sobie losowość rzutu kością z umiejętnym planowaniem ataków naszej floty. Przy tej rozgrywce można się zapomnieć na dobre. Zwłaszcza, że czaruje nas bardzo klimatyczną, komiksową grafiką wzorowaną na marynarskich mapach z epoki średniowiecza.

Lepszy indyk w garści...

A jednak wielu z nas, zamiast gier indie, wybiera wysokobudżetowe produkcje, które śmieją się do nas z billboardów i telewizyjnych reklam! Nic dziwnego, w końcu one przodują w awangardzie technologicznych nowinek i rozbudowanej zabawy niekiedy na setki godzin. 

Warto jednak pamiętać o tych mniejszych grach indie, bo nierzadko dostarczają nam one wrażeń dużo mocniejszych, choć może nie tak oczywistych, jak wielkie hiciory. Doświadczenie uczy przecież, że pomysłowości nie da się kupić za żadne pieniądze. A może i nam uda się co nieco oszczędzić, wspierając niezależnych twórców.

Gry indie, których nie znacie - Arise A simple story

Oto co jeszcze może Cię zainteresować:

Komentarze

7
Zaloguj się, żeby skomentować
avatar
Dodaj
Komentowanie dostępne jest tylko dla zarejestrowanych użytkowników serwisu.
  • avatar
    Ciekawy spis, może na którąś się skuszę.
  • avatar
    """"Gry, o których zapewne nie słyszałeś, """" skoro nie słyszałem to pewnie nie warto o nich słuchać
    -3
  • avatar
    Ciekawe zestawienie różnorodnych produkcji - to zawsze zaskakujące jak dużą wyobraźnię trzeba posiadać i zasoby pomysłów, żeby stworzyć coś takiego.
  • avatar
    Tak, muzyka w GRIS jest świetna.
  • avatar
    Ogladaj już dziś filmy bez limitów.
    Np. Psy 3 czy Gorący temat 2019....

    https://filmvod.pl

    Wystarczy założyć konto i je aktywować!
    Płacisz raz 20 zł oglądasz dożywotnie!
    Polecam jak najbardziej w tych trudnych czasach.
  • avatar
    Zapodam kilka tytułów w które grałem, albo z wishlisty, które mnie bardziej interesują niż te propozycje:


    Return of the Obra Dinn
    Trover Saves the universe
    Risk of Rain 2
    Dusk
    West of Loathing
    Blashphemous
    Katana ZERO
    Baba is You
    Void Bastards
    Noita
    Subnautica: Below zero
    Death is coming
    Niche
    The Room 3
    Omensight
    Impulsion
    Mini-Dead

    Jak kojarzysz 5+ to już znaczy, że trochę śledzisz rynek indie. Wszystkie z ostatnich 3 lat.
    Jeszcze Epic dał dużo indyków. Kto tyle dał?
  • avatar
    Warto było by wspomnieć, że za muzykę w Last Day of June odpowiada nie byle kto, bo sam Steven Wilson