Gry

Gameplay i multiplayer

No właśnie, jak to jest na tym boisku? Pro Evolution Soccer nie zaskakuje – cały czas znakomicie, jak w telewizji. W stosunku do poprzedniczki zabawa wyraźnie przyspieszyła, jest mniej zabawy w środkowej strefie, natomiast dużo więcej dynamicznego przenoszenia piłki pod bramkę przeciwnika. Bardziej liczą się też indywidualne umiejętności poszczególnych graczy, które częstokroć odsyłają do lamusa godziny wykładów na temat taktyki. Cristiano Ronaldo czy Zlatan Ibrahimović są w stanie zrobić w pojedynkę więcej niż cały zespół.

Mogłoby to brzmieć jak zamach na realizm, ale wystarczy przecież obejrzeć w telewizji dowolny mecz Manchesteru United czy Interu Mediolan by wiedzieć, że takie sytuacje to jak najszczersza prawda. Co za tym idzie – jest to, czego tak bardzo brakowało mi w FIFIE. Każdy, ale to absolutnie każdy zawodnik w Pro Evolution Soccer 2009 to jednostka indywidualna. Tutaj na jego sposób gry, poruszania, kiwania wpływ ma nawet centymetr wzrostu. Czuje się tych piłkarzy, a gdy ma się w kadrze dwudziestu równych, to doświadczony trener wystawi idealną jedenastkę na swojego przeciwnika – na przykład dobijając go trzeba sprinterami wprowadzonymi na ostatnie pół godziny meczu. Jak w prawdziwym futbolu!

Znakomicie czuje się też piłkę, można z nią zrobić dosłownie wszystko, o czym zamarzymy i dużo więcej, bowiem gra niejednokrotnie potrafi zaskoczyć swoją nieobliczalnością. Troszeczkę irytuje tylko, że wirtualna piłka jest tak... dziwnie lekka, jak piłeczka do tenisa stołowego. Nie ma to dużego wpływu na jej fizykę, ale może powodować pewien dyskomfort u osób zwracających uwagę na takie szczegóły. Jedyną naprawdę frustrującą i zauważalną wadą gameplayu jest praca sędziego. Wprawdzie za to wszystko, co robi na boisku, odpowiadają zupełnie inne skrypty, jednak trudno jest nie zauważyć, że element ten kuleje na prawie całej szerokości.

Przede wszystkim – nadmiar żółtych kartek. Wirtualny sędzia przyznaje je w praktycznie każdej możliwej sytuacji, choćby kompletnie sprzecznej z zaleceniami FIFA (tym razem chodzi o organizację, a nie konkurencyjny produkt). Dochodzi do tak kuriozalnych sytuacji, iż czasem naprawdę bałem się, że sędzia pokaże kartonik za „krzywe” spojrzenie w kierunku bramki rywala. Z wychwytywaniem spalonych na szczęście radzi sobie po stokroć lepiej. Natomiast – szczególnie na początku – nieco doskwiera fakt, iż sędziowski gwizdek jest praktycznie niesłyszalny. A arbiter ma dziwną przypadłość, że lubi przerywać zabawę nawet w trakcie ataku na bramkę rywala.

Nie mogło zabraknąć też trybu multiplayer. Został on zrealizowany poprawnie, czerpiąc troszkę z rozwiązań EA Sports. Wprawdzie nie dostajemy tak złożonego systemu rozgrywek sieciowych jak w przypadku FIFA, jednak online’owy system pozwala wygodnie się porozumiewać, przyjaźnić i rozgrywać mecze (zarówno drużynowe, jak i prowadząc naszego zawodnika z Become A Legend).

Ciekawą obserwacją jest fakt, iż w PESa w sieci grają jakby bardziej dorośli i dojrzali ludzie, którzy nie cierpią na niemiłą tendencję do wyłączania się pod koniec prawie przegranego przez nich meczu. Nie ma też tak wielu problemów z nawiązywaniem połączeń jak w przypadku dzieła Kanadyjczyków. Z drugiej strony jednak trzeba uczciwie przyznać, że tryb online w Pro Evolution Soccer jest mimo wszystko gorszy niż w FIFIE, a to na skutek notorycznych problemów z internetem. Nawet przy teoretycznie najlepszych wariantach połączeń, regularnie trafiają się lagi, zawodnicy widmo i problemy z wyświetlaniem animacji. Gdyby nie ten element – byłoby znakomicie.

Wielkim problemem PES 2009 są – obok standardowego już braku większej liczby licencji – nieaktualne składy. W zespole Interu brakuje Quaresmy czy Muntariego, Manchester nie ma Berbatova, ale to tylko wierzchołek góry lodowej, bowiem w pewnych przypadkach (na przykład Fulham) zdarza się, że nieścisłości tyczą się kilkunastu piłkarzy! Wprawdzie w sieci pojawiła się już cała masa fanowskich łatek, które poprawiają ten defekt, a także dodają do gry sporo własnego uroku, ale jest to jak najbardziej duże potknięcie ze strony KONAMI. Może czas pomyśleć o nowoczesnym, internetowym systemie aktualizacji składów?