Gry

Zmierzch nadziei

No dobrze… ale jak w to się gra?

Rozpoczęcie recenzji od warstwy fabularnej nie jest przypadkowe. Standardowych elementów składających się na „gameplay” w The Inpatient bowiem nie uświadczycie. W swoich założeniach gra jest raczej „symulatorem chodzenia” pokroju Everybody’s Gone to The Rapture czy What Remains of Edith Finch. 

Gry z tego gatunku brak akcji starają się zrekompensować świetną, ambitną warstwą fabularną. The Inpatient pokpił sobie tę kwestię, ale jeżeli wciąż ciekawią Was jej mechaniki, musimy znowu wrócić do wyliczania wad.

Supermassive Games postanowiło bowiem (zresztą bardzo odważnie!) odwzorować w The Inpatient całe ciało bohatera, w którego wciela się gracz. Na początku wybieramy płeć oraz karnację skóry, zaś w samej grze po spojrzeniu w dół, widzimy naszą postać w całej okazałości. Idąc za rekomendacją twórców, dziarsko uruchomiłem PlayStation Move, by oddać się w otchłań immersji…

The Inpatient - pacjent szpitala psychiatrycznego na łóżku

… ale ta dość szybko ustąpiła miejsca otchłani… rozpaczy. Nie mam pojęcia co poszło nie tak, ale mamy tu do czynienia z bodaj najgorszym śledzeniem kontrolerów, a co za tym gdzie – odwzorowaniem ruchu rąk - z jakim miałem dotychczas do czynienia w swojej „karierze” VR-owej karierze. Interakcje z obiektami (tych jest jak kot napłakał) to ponury żart, zwłaszcza po takich perełkach jak „I Expect You to Die”. 

Ręce zachowują się nienaturalnie, nadgarstki wyginają w bolesny sposób (naprawdę nie starałem się robić tego specjalnie! No dobra, może parę razy…), generalnie uczucie bycia ociężałym zombie nie opuszcza gracza aż do samego końca. 

W dodatku twórcy zupełnie nie mieli pomysłu na „świadomość ciała”. Raz nasza postać siedzi, innym razem już stoi - następujące po sobie sceny są krótkie i rwane. Reżysersko – koszmar.

The Inpatient - oglądanie czajnika

Ah, no i samo poruszanie. Przyciskiem głównym na lewym kontrolerze Move poruszamy się przed siebie, zaś prawym kontrolerem, wyginając go w lewo bądź prawo, wybieramy kierunek ruchu. Możemy robić to „skokowo”, albo płynnie. 

Na papierze wszystko wydaje się OK, ale wybór kierunku okazał się tak frustrująco nieefektywny, że po godzinie pożegnałem się z PS Move. O wiele lepiej grało mi się przy wykorzystaniu standardowego DualShocka.

The Inpatient - wyglądanie przez okno

Nic tak nie cieszy, jak ucieczka z tego psychiatryka

Chciałbym, by podsumowanie nie było tak jednoznacznie pesymistyczne. Chciałoby się chociaż napisać, że gra miała swoje „momenty”, ale niestety – nie miała. Nie mogę z czystym sumieniem polecić gry, która na PlayStation 4 Pro wygląda gorzej, niż poprzednia produkcja tych samych twórców, Until Dawn: Rush of Blood.

Gry, która reklamowana jako psychologiczny horror próbuje straszyć jedynie starą, dobrą metodą o wdzięcznej nazwie „jump scare”. Gry, która próbuje próbuję przekonać graczy, że należy zżyć się z postaciami, których znamy od 15 minut i z którymi zamieniliśmy trzy zdania na krzyż. 

The Inpatient - jump scare

Spójrzmy prawdzie w oczy - jedynym elementem, który w The Inpatient potrafi naprawdę skutecznie przestraszyć jest jego… cena. No bo jak uzasadnić wydatek niemal 170 zł (cena premierowa) skoro gra nie potrafi dostarczyć choć odrobiny satysfakcjonującej rozrywki? Mówię to z ciężkim sercem – prywatnie dokonuję częstych zakupów gier na PSVR, które momentami ledwie dają się usprawiedliwić. 

Robię to, ponieważ wierzę w tę technologię i mam świadomość, że zakupy są najlepszą formą jej wsparcia. Rzadko powołuję się na argument ceny i „opłacalności” opiniując gry, ale tym razem chętnie zrobię wyjątek. Biorąc pod uwagę jakość The Inpatient, ustalona premierowa cena gry może szokować. Szczególnie w zestawieniu z dziesiątkami lepszych produkcji, które już teraz można wyrwać w cyfrowym sklepie PSN. 

The Inpatient - salon

W The Inpatient brakuje inteligentnych, ambitnych treści, które mogłyby zrekompensować brak akcji. Historia kończy się znienacka, nie pozostawiając żadnej satysfakcjonującej konkluzji. Ponowne przejście (tak, z dziennikarskiego obowiązku przeszedłem grę kilkukrotnie), mimo usilnych prób, nie ukazało mi odrębnych konsekwencji moich decyzji. 

Nie ma tu więc niczego, co mogłoby gracza zostawić w poczuciu dobrze spędzonego czasu.  The Inpatient boleśnie zmarnował swój potencjał. A szkoda, bo zdawał się mieć tę iskrę, którą gry VR potrzebują. Cóż, pogrzeb już był, pozostaje nam tylko się rozejść. W ciszy…

The Inpatient - okularnik

Ocena końcowa The Inpatient:

  • bardzo dobry system rozpoznawania mowy urozmaicający dialogi
  • w zależności od wybranej płci, gra serwuje nam innych bohaterów pobocznych i inne dialogi
  • niezła oprawa dźwiękowa
     
  • zupełnie nieangażujące tło fabularne
  • mierne dialogi i nic nie znaczące wybory
  • płytkie, niewiarygodne "Efekty Motyla"
  • techniczne niedoróbki na czele z tragicznym śledzeniem ruchu rąk
  • bardzo słaba reżyseria poszczególnych scen
  • kiepska animacja negatywnie odbijająca się na atmosferze gry
  • bardzo krótka rozgrywka
     
  • Grafika:
     słaby
  • Dźwięk:
    zadowalający
  • Grywalność:
     bardzo słaby

40% 2/5

Grę do recenzji otrzymaliśmy bezpłatnie od Sony Interactive Entertainment Polska

Komentarze

5
Zaloguj się, aby skomentować
avatar
Dodaj
Komentowanie dostępne jest tylko dla zarejestrowanych użytkowników serwisu.
  • avatar
    mutissj
    I tak wygląda 95% gier na VR, tzw "gnioty"
    to jeden wielki marketing, skończą tak samo jak telewizory 3D
    2
  • avatar
    Radical
    Ci sami ludzie zrobili świetne Until Dawn a tutaj takie rozczarowanie. Szkoda.