The Surge – każdy ruch się liczy
Gry

The Surge – każdy ruch się liczy

Jakub Jakubowicz | Redaktor serwisu benchmark.pl
Dyskutuj z nami

Niektóre gry każą zabijać wrogów bezmyślnym klepaniem w klawisze, inne stawiają na wirtualny danse macabre. The Surge zdecydowanie zalicza się do tych drugich.

Ocena benchmark.pl
  • 4/5
Plusy

ciekawy, rozbudowany system walki ;intrygujący świat przyszłości ;pomysłowo przemodelowała formuła soulslike ;niezła oprawa audiowizualna ;wysoki poziom trudności...

Minusy

...który niektórych z miejsca odrzuci ;mało angażująca fabuła ;balans do poprawki ;sporo pomniejszych błędów technicznych

Mroczna dusza The Surge

W oczekiwaniu na recenzję The Surge, która wkrótce ukaże się na naszych łamach, proponujemy przyjrzeć się bliżej mechanice walk, w jakie angażuje nas nowa produkcja studia Deck 13. A ponieważ poprzedni tytuł tych twórców to Lords of the Fallen, łatwo zgadnąć, że to prawdziwie wymagające potyczki. 

W końcu i tym razem mamy do czynienia z grą RPG typu „soulslike” (chyba należy już tak nazywać ten gatunek, który wciąż zyskuje nowych przedstawicieli), a więc tytułem inspirowanym kultową (a niektórzy dodadzą: dla fanów sado-maso) serią od From Software. I niech nikogo nie zmyli konwencja science-fiction! System walki wciąż opiera się na broni białej, choć do znanych uników i parad dodano cały wachlarz nowych ruchów.

Nie daj się zmęczyć

Dark Souls, Bloodborne, Lords of the Fallen, Nioh... Konwencja, która wyciska siódme poty z graczy i adresowana jest tylko do twardzieli gotowych nie raz opuścić pole bitwy na tarczy, ewoluuje, a wraz z nią zmienia się wiele jej pojedynczych elementów. Ale jeden z nich wydaje się uniwersalny i nieśmiertelny. Chodzi o pasek wytrzymałości („staminy”, jeśli trzymać się kalki z angielskiego). Kontrolowanie go to podstawa morderczego baletu we wszystkich tych tytułach.

Nie inaczej jest w The Surge. Podstawowe zasady walki są więc niezmienne, jak ustrój Korei Północnej – należy uważnie obserwować animacje wrogich ataków, dostrzec momenty, kiedy przeciwnicy nie są w stanie sparować naszych ciosów, a następnie rąbać, ile wlezie. Wytrzymałość jest tutaj kluczowa, ponieważ ona pozwala postawić gardę lub wykonać szybki odskok.

Wytrawniejsi gracze wiedzą jednak, że to tylko pierwsze strony soulsowego elementarza, a zachlapane krwią schody zaczynają się dopiero później. Sęk w tym, żeby wiedzieć, kiedy wystawić do przodu tarczę, kiedy huknąć z pistoletu (jak to miało miejsce w Bloodbornie), a kiedy zwyczajnie wziąć nogi za pas. W The Surge nie uświadczymy ani puklerzy, ani samopałów, ale mimo to, możemy blokować ciosy przeciwników naszą główną bronią. 

The Surge - walka

Jednak sam fakt, że w The Surge w ogóle możemy zatrzymać spadający na nas cios jest niezwykle istotny! Brak tej opcji w Bloodbornie zdecydowanie zwiększył tempo potyczek i chociaż The Surge wciąż nagradza agresywne rozwiązania, daleko mu do promowania stylu walki rodem z miasta Yharnam, a już na pewno do wojowniczego ADHD samurajów z Nioh.

Zrezygnowano też z takich rozwiązań, jak regeneracja wytrzymałości za pomocą naciskania przycisku w odpowiednim momencie, tudzież odzyskiwania zdrowia dobrze wymierzonymi uderzeniami (znowu kłania się duet Bloodborne-Nioh). Czy więc wprowadzono coś w zamian? A może powrócono do korzeni z Dark Souls?

Pewna nowinka w The Surge się pojawia i to taka, która jednocześnie każe skrupulatnie szacować ryzyko w czasie pojedynków z przeciwnikami, jak również czyni je bardziej złożonymi. Otóż tym razem możemy wybierać część ciała wroga, w którą będziemy celować. Uprzedźmy jednak zawczasu – fani kastracji będą rozczarowani, bo to nie Sniper Elite 4 i tego tutaj nie uświadczymy.

The Surge - egzoszkielet

Po kawałeczku

System namierzania poszczególnych kończyn, korpusu, bądź głowy może na pierwszy rzut oka przypominać dziwaczne połączenie mechaniki znanej z Fallouta z tą, którą widzieliśmy w For Honor. Koniec końców jednak to element na wskroś oryginalny.

Zarówno główny bohater The Surge, jak i jego przeciwnicy są przeważnie okuci w egzoszkielety. Ponieważ jednak świat najnowszego tytułu Deck13 przypomina akademik polibudy po weekendzie, każdy kleci sobie zbroję ze znalezionych odpadków. Co za tym idzie, jednemu przypadnie mechaniczna ręka i noga, drugiemu jakiś hełm, trzeciemu pancerz zakrywający tors... Ale tylko najwięksi szczęściarze zbiorą cały komplet. 

Jak wspomniałem, to samo dotyczy postaci, którą kierujemy, bo nawet jeśli uda nam się wyklepać w warsztacie całą zbroję, nasz poziom doświadczenia (a raczej poziom rdzenia w egzoszkielecie) może uniemożliwić nam założenie wszystkich jej części naraz. A miało być tak pięknie, co nie, wirtualni majsterkowicze?

The Surge - naprzeciwko siebie

No, dobrze, stajemy więc twarzą w twarz z jegomościem, który ma – dajmy na to – opancerzoną prawą łapę i lewą nogę. Rozsądek podpowiada, żeby szybko przesunąć nasz celownik na jego lewą rękę, rąbać po odsłoniętej głowie, bądź trzepnąć typa w jego golutką prawą stopę. I rzeczywiście, wtedy zadamy największe obrażenia. Gdzie więc w tym wszystkim haczyk?

Otóż to! Jeśli bowiem zdecydujemy się okładać go po kawałkach ciała pokrytych pancerzem, zyskujemy szansę na odcięcie kawałka mięcha wraz z przyczepionym do niego sprzętem i zdobycie cennego ustrojstwa. Każda potyczka zmusza nas więc do wyboru, czy decydujemy się na łatwiejsze starcie czy na takie, które wzbogaci nasz ekwipunek.

Zresztą, nawet kiedy ruszymy na opancerzoną kończynę, w dalszym ciągu musimy się nieco nagimnastykować, żeby ją odrąbać. W tym celu magazynujemy energię (to trzeci pasek, obok zdrowia i wytrzymałości) i wykonujemy olśniewający zwolnionymi zdjęciami cios kończący walkę.

The Surge - wielki robot

Brzmi to dosyć łatwo, prawda? Problem polega jednak na tym, że wykonanie takiego „fatality” zajmuje naszemu bohaterowi parę sekund. Parę sekund – to jeszcze nie tak źle? Racja, ale wiemy dobrze, że w świecie „soulsów” (a co za tym idzie, również The Surge) to wieczność. Zwłaszcza, że przeciwnik już się pali, żeby wykorzystać ten krótki czas na kontratak.

Dodatkowo musimy zwracać uwagę na to, jaką taktykę obiera nasz wróg. Skoro celujemy w odsłonięte fragmenty jego ciała, to i on może robić to samo względem nas. O ile więc podarowano sobie niektóre elementy bloodborne'owej czy też niohowej mechaniki, o tyle wprowadzono unikalny system, który czyni potyczki w The Surge nowym doświadczeniem nawet dla zaprawionych w bojach weteranów Dark Souls. 

The Surge - atak

Następny, proszę!

To wszystko, co do tej pory sobie powiedzieliśmy, dotyczy już tego momentu rozgrywki, kiedy już spiknęliśmy się na ustawkę z przeciwnikiem. Jednak zanim do tego dojdzie, musimy się dobrze odnaleźć na polu walki i upewnić, że zmechanizowane draby nie będą miały nad nami przewagi liczebnej, albo przynajmniej, że nas nie zajdą ze wszystkich stron.

Fani Bloodborne'a pamiętają zapewne znajdowane na ulicach Yharnam otoczaki, którymi można było z daleka huknąć w łeb monstrum, tak żeby odłączyło się od grupy i podlazło do nas w pojedynkę. W The Surge nie będziemy żonglować kamykami, a zamiast tego korzystamy z bardziej zaawansowanej technologii.

Jeśli chodzi o ścisłość, mowa o dronie. Latający sprzęt strzela do naszych przeciwników przyciągając ich uwagę. Zadaje im również obrażenia, które wzrastają wraz z kolejnymi ulepszeniami, ale trzeba pamiętać, że The Surge koncentruje się przede na broni białej i nie przerodzi się w blasterową strzelaninę rodem z „Gwiezdnych Wojen”.

Warto w tym miejscu nadmienić, że także nasi wrogowie niekiedy korzystają z broni palnej, ale ich również dotyczy wspomniane wyżej zastrzeżenie. Być może niektórzy z pewnym rozczarowaniem przyjmą fakt, że w produkcji z gatunku science-fiction zamiast laserowych spluw, dominują metalowe pały (choć czasem i one są oparte na laserowej technologii), ale z drugiej strony – czy inaczej The Surge wciąż jeszcze mógłby się zaliczać do gatunku „soulslike”?  

The Surge - roboty  

Nie żyjesz

Tego napisu w The Surge nie ujrzymy. Nie dlatego, że The Surge to łatwiutki spacerek, na którym nijak nie sposób wyzionąć ducha. O, nie, po prostu klasycznie „soulsowy” tekst zastąpiono bardziej wyrafinowanym komunikatem o zaniku funkcji życiowych.

I tę ostatnią tabliczkę będziemy w The Surge widywać aż nazbyt często. Na pocieszenie warto jednak dodać, że im lepiej wyćwiczymy się w machaniu maczugami z przyszłości, tym rzadziej będziemy świadkować własnej śmierci.

To złota zasada, której musi przestrzegać każdy tytuł z zapoczątkowanego przez From Software gatunku. Innymi słowy, trening czyni mistrza. The Surge też trzyma się tej reguły i dlatego trochę zapożycza od mrocznego dziecka Myiazakiego, trochę dodaje od siebie, ale najważniejsze, że miesza te wszystkie elementy w wymagającą mechanikę, którą po prostu chce się opanować do perfekcji. Nawet jeśli ta perfekcja ma być okupiona wieloma nocami spędzonymi na bezsilnym szlochaniu w poduszkę.

The Surge - starcie

Komentarze

0
Zaloguj się, aby skomentować
avatar
Komentowanie dostępne jest tylko dla zarejestrowanych użytkowników serwisu.

    Nie dodano jeszcze komentarzy. Bądź pierwszy!