Jednak bezpośrednie przejęcie Yahoo przez Google nie wchodzi w rachubę. Powodem jest bardzo silna pozycja Google na rynku internetowym, a przejęcie Yahoo, które mimo ciężkiej sytuacji jest potężnym koncernem internetowym, z pewnością nie zyskałoby przychylności organów antymonopolowych - zarówno w Stanach Zjednoczonych jak i w Europie.
A Yahoo to bardzo łakomy kąsek zarówno dla Microsoftu jak i Google. Jego portal ma 700 milionów unikalnych użytkowników miesięcznie, a sama firma podpisane kontrakty z takimi dostawcami treści jak ABC News.
Google postanowił więc uciec się do sposobu, jakim jest wsparcie finansowe dwóch bliżej nieznanych inwestorów, którzy mogliby zakupić Yahoo. Z pewnością Google pamięta 2008 rok, kiedy to udaremniono nawiązanie bliższej kooperacji obu koncernów na rynku reklamy wyszukiwarkowej.
Inwestycjami zainteresowany jest także sam zarząd Yahoo, który niedawno zwolnił CEO Carol Bartz. Firma nie potrafi odnaleźć się na rosnącym w tempie 20% rynku internetowym. Zyski z reklam publikowanych przez Yahoo przejmowane są przez Google. Eksperci rynku reklamowego uważają że przestrzeń reklamowa w Yahoo jest mocno niedowartościowana, a ratunkiem są inwestycje lub zacieśnienie współpracy z Google. Jednak Yahoo rozważa nawiązanie partnerstwa z Microsoftem, AOL i innymi dostawcami treści, tak by stworzyć przeciwwagę dla reklam DoubleClick.
Na razie żaden z podmiotów nie komentuje obecnej sytuacji co stwarza okazję do takich spekulacji jak ta sugerująca, że Google chce jedynie zwiększyć zainteresowanie inwestorów zakupem Yahoo, a w efekcie wywindować cenę jaką ostatecznie zapłaci Microsoft.
Źródło: Wall Street Journal
Art. zamieszczony za zgodą serwisu Techbyte.pl