Nie oglądam przecieków z GTA 6. CyberLeek to dla mnie bandyterka [Opinia]

Przecieki CyberLeek z GTA 6 odbiły się szerokim echem w branżowych mediach. Grupa przedstawia swoje działania jako protest przeciwko antykonsumenckim praktykom wielkich firm. Dla mnie to jednak nie jest żaden szczytny protest. To zwyczajna bandyterka, która zamiast pomagać graczom, może im bardziej zaszkodzić.

Nie oglądam przecieków CyberLeekNie oglądam przecieków CyberLeek
Źródło zdjęć: © benchmark.pl
Paweł Maziarz

Dodaj Benchmark.pl jako preferowane źródło w Google

Nasze treści będą częściej wyświetlać się w Twoich wynikach Google

GTA 6 to jedna z najbardziej wyczekiwanych gier ostatnich lat. Gracze odliczają dni do premiery, a Rockstar i Take-Two bardzo umiejętnie podgrzewają atmosferę wokół swojego największego hitu. Kolejne informacje są dawkowane niemal jak towar deficytowy, a jeden z pokazów gry ma być nawet wydarzeniem zorganizowanym z dużą pompą i transmitowanym na Netflixie.

Nic więc dziwnego, że każda informacja o GTA 6 natychmiast rozpala internet. Wiemy, jak wielkim fenomenem były poprzednie odsłony serii, więc miliony graczy chcą zobaczyć, co tym razem przygotował Rockstar. I właśnie dlatego przecieki CyberLeek tak łatwo przyciągają uwagę.


WIDEO
Pudełka z GTA 6 trafią do graczy tydzień przed premierą. Ale jest haczyk


Cel nie uświęca środków

CyberLeek tłumaczy swoje działania walką z tym, co określa mianem antykonsumenckich praktyk wielkich korporacji. W swoich postulatach domaga się m.in. zakazu sprzedaży cyfrowych preorderów przed premierą i publikacją niezależnych recenzji, zakazu pobierania dodatkowych opłat za zawartość, która już w dniu premiery znajduje się w plikach gry, oraz zapewnienia możliwości uruchomienia gry offline po wyłączeniu przez wydawcę oficjalnych serwerów.

I trudno udawać, że problemu nie ma. Branża gier rzeczywiście ma sporo za uszami. Gracze niejednokrotnie dostawali niedopracowane produkcje, tracili dostęp do wcześniej zakupionych tytułów albo byli zachęcani do wydawania kolejnych pieniędzy na zawartość, która jeszcze kilka czy kilkanaście lat temu byłaby po prostu częścią gry.

Tyle że słuszny problem nie sprawia automatycznie, że każda metoda protestu staje się słuszna. Nie wiadomo, w jaki sposób CyberLeek wszedł w posiadanie gry – wiele wskazuje na to, że grupa ma dostęp do działającej wersji. Włamywanie się do systemów, łamanie umów poufności czy publikowanie skradzionych materiałów nie jest dla mnie żadną formą konsumenckiego aktywizmu. To działania, które mogą naruszać prawo. I niezależnie od tego, jak bardzo nie podoba mi się polityka Rockstara czy innych wielkich wydawców, nie widzę powodu, żeby takie metody usprawiedliwiać.

Co więcej, trudno uwierzyć, że masowe publikowanie skradzionych materiałów z jednej z najbardziej wyczekiwanych gier świata realnie poprawi sytuację graczy. Bardziej prawdopodobne jest to, że skończy się kolejnymi zabezpieczeniami, większą ostrożnością twórców i jeszcze bardziej zamkniętym podejściem do informacji o powstających grach.

CyberLeek dolewa oliwy do ognia

Jest jeszcze jeden element tej historii, który szczególnie mnie razi. CyberLeek nie ogranicza się do publikowania przecieków. Grupa stworzyła również własną kryptowalutę, za pomocą której użytkownicy mogą głosować na materiały przeznaczone do publikacji. CyberLeek przedstawia ją nie jako inwestycję, lecz formę "darowizny" mającej finansować działalność grupy, jej infrastrukturę oraz przyszłe akcje wymierzone w wydawców. Twierdzi, że potrzebuje pieniędzy m.in. na ochronę przed prawnikami Take-Two oraz realizację kolejnych celów.

Trudno jednak nie odnieść wrażenia, że protest zaczyna w tym momencie mieszać się z biznesem. Jeśli ktoś twierdzi, że walczy z korporacyjnym wykorzystywaniem graczy, a jednocześnie buduje wokół swoich przecieków mechanizm, na którym może zarabiać, to trudno traktować całą sprawę wyłącznie jako bezinteresowną walkę o dobro konsumentów.

Protestujmy, ale konstruktywnie

Jeżeli naprawdę chcemy coś zmienić w branży gier, istnieją zdecydowanie lepsze sposoby. Dobrym przykładem jest inicjatywa Stop Killing Games, która próbuje walczyć o prawa graczy za pomocą legalnych i demokratycznych metod. Zamiast kraść dane i publikować cudzą własność, jej twórcy próbują doprowadzić do zmian prawnych. Droga do celu nie jest łatwa, a część postulatów spotkała się już z politycznym oporem, ale właśnie tak powinien wyglądać konsumencki nacisk na wielkie firmy. Zresztą sama inicjatywa Stop Killing Games stanowczo potępiła działania CyberLeek.

Możemy też zrobić coś znacznie prostszego: głosować portfelem. Nie kupować gier firm, których praktyki nam się nie podobają. Nie kupować kolejnych dodatków, jeśli uważamy, że ich cena jest absurdalna. Nie korzystać z usług, które traktują klientów w sposób, którego nie akceptujemy. Problem w tym, że to wymaga konsekwencji. A z tym, jak wiadomo, bywa różnie.

Bo można narzekać na Rockstara, krytykować jego politykę i oburzać się na praktyki wielkich wydawców. Można deklarować, że "tym razem nie damy się nabrać". A potem i tak "pobiec do sklepu" w dniu premiery GTA 6, bo przecież jakoś to będzie, ale w nowe GTA trzeba zagrać.

I właśnie dlatego przecieki CyberLeek nie są dla mnie żadnym bohaterstwem. Nie oglądam ich. Nie dlatego, że Rockstar jest święty. Wręcz przeciwnie – wielkie firmy powinny być krytykowane, kiedy robią coś złego. Ale jeśli chcemy wymagać od nich uczciwości wobec graczy, sami też powinniśmy trzymać się pewnych zasad.

Wybrane dla Ciebie
MOŻE JESZCZE JEDEN ARTYKUŁ? ZOBACZ CO POLECAMY