Gry

Ścieżki losu z dinozaurem w tle

Fabularnie, gra całkiem świadomie trzyma się pewnego utartego, dobrze znanego schematu, który tak często zaobserwować można w filmach akcji klasy B. Główny bohater gry, Joseph Turok to prawdziwy twardziel, jest niezniszczalny, zbudowany jak czołg, niczego się nie boi, a w obliczu śmiertelnego niebezpieczeństwa nawet powieka mu nie drgnie. To właśnie z powodu niesamowitych umiejętności bojowych wysłany on zostaje, wraz z oddziałem Whiskey (czyżby brygada alkoholików?) na obcą planetę gdzie ma schwytać niejakiego Rolanda Kaine'a. Ten tajemniczy jegomość nie tylko jest zdeklarowanym terrorystą i ogólnie złym człowiekiem, ale tak się akurat dziwnie składa, że również byłym mentorem Turoka. Dawno, dawno temu, kiedy ziemia była jeszcze młoda, wcielił on Josepha do tajnego Wilczego Plemienia, czyli oddziału który w swoich szeregach skupiał najbardziej pozbawionych skrupułów recydywistów, a cechował się niesłychaną wręcz bezwzględnością i brutalnością. Turok jednak, z sobie tylko znanych powodów, zdezerterował, a teraz chyba próbuje odkupić swoje winy poprzez pomoc w schwytaniu byłego dowódcy.

Niestety nie ma róży bez kolców, bo z powodu tak wątpliwej przeszłości, nikt w jego nowym oddziale mu nie ufa, każdy grozi mu śmiercią i właściwie aż dziw, że tak okropnie niezgrany zespół ktoś zdecydował się wysłać gdziekolwiek na jakąkolwiek misję. Jak się jednak szybko okazje, problemy egzystencjalne Turoka przestają mieć jakiekolwiek znaczenie kiedy statek jego kompanii zostaje zestrzelony, a nasz bohater wrzucony w samo serce wrogiej i obcej dżungli. Joseph, będąc roztropnym człowiekiem, szybko uświadamia sobie, ze domniemane demony jego przeszłości będą chyba musiały poczekać, a on bardziej powinien się martwić czy jakiś potwór nie zje go na śniadanie. Od tego momentu zaczyna się walka o przetrwanie.

Nie należy mieć jakichkolwiek złudzeń. Fabuła w tej grze jest cienka jak papier, mało ambitna i słabo widoczna w ogólnym chaosie wydarzeń. Oprócz paru śmiesznych miejscami retrospekcji i wyskakujących od czasu do czasu z krzaków postaci nie ujrzymy niczego fascynującego, a bohaterowie których spotkamy będą płascy i stereotypowi. W większości przypadków gra omija narrację i wydaje nam tylko proste polecenia jak zdobycie radia, czy marsz w stronę obozu i to właśnie wokół tych prostych czynności kręci się cała opowieść. Często pchnięcie fabuły dalej sprowadza się tylko i wyłącznie do wystrzelania wszystkich przeciwników w promieniu kilku kilometrów i odczekania aż nadejdą posiłki.

Nawet z samym Turokiem niesłychanie ciężko się zaprzyjaźnić czy identyfikować. Nie dość, że ma on w sobie tyle charyzmy co kij od szczotki, to jeszcze poszczycić się może wyjątkowo tępym wyrazem twarzy. Niech jednak jego jankeski wygląd i śnieżnobiała skóra was nie zmyli, bo Joseph Turok, choć oficjalnie się nie przyznaje, tak naprawdę wywodzi się z plemienia Indian Ioway, po których jak się zdaje, odziedziczył niesamowitą sprawność we władaniu nożem i łukiem. Jest to chyba jakaś dziwaczna próba zachowania ciągłości z pierwszą odsłoną serii, która w praktyce może co najwyżej wywołać uśmiech politowania, bo nasz bohater w obcisłych portkach z Indianami ma tyle wspólnego co z szydełkowaniem. Pomijając jednak dość lichą historię, w grze spodziewać się można dużo strzelania, wybuchów, fruwających przekleństw, niezliczonych ilości wrogów, no i przede wszystkim dinozaurów, bo na planecie na której rozbija się statek aż się od nich roi.