Gwiezdne wojny
Pod koniec XXII wieku ludzkość wreszcie dojrzała technologicznie do tego, by wyruszyć na podbój kosmosu. Eskapada ta miała jednak opłakane skutki – flotę zaatakowali bezwzględni Kerakowie, doszczętnie ją zniszczyli, za ocalałymi niedobitkami wyruszyli zaś na samą Ziemię. W obliczu prawdziwego Armagedonu zagrożeni mieszkańcy planety przenieśli się na statki ewakuacyjne. Jednak i w tym wypadku nie wszystko poszło po myśli Ziemian, a okręt S. S. Armstrong okazał się być jedyną ostoją ludzkości, która przeżyła ofensywę kosmitów. Jak to w życiu bywa – i tu nie mogło się obyć bez komplikacji.
Gwiezdne Wojny
Takim oto przekazem wita nas intro gry Space Siege, nowego hack&slasha Chrisa Taylora, który wprawdzie na skalę masową nie działa, ale swój dotychczasowy dorobek może prezentować z nieukrywaną dumą. To właśnie ten człowiek stworzył serię Total Annihilation, a wraz z Gas Powered Games powołał do życia najlepszy cRPG akcji od czasów Diablo – Dungeon Siege. Jego najnowsze dziecko jest więc swoistą hybrydą poprzednich dokonań – rozwiązania typowe dla hack&slashy przeniesiono w realia odległej przyszłości, a więc jednej wielkiej, interplanetarnej kolonizacji.
DLA CIEBIESamsung - przegląd oferty lodówek
Nie należy się więc dziwić, że już na długie miesiące przed premierą fani gatunku z niecierpliwością zacierali ręce. Zwłaszcza, że życie wyjątkowo ich nie rozpieszcza – tego typu produkcji jest niewiele, a jeśli już takowe się pojawią, to przeważnie są to epickie historie o smokach, księżniczkach czy przerośniętych pająkach. A co z karabinami maszynowymi?!
Kiedy już trafimy na pokład S.S. Armstronga, wcielamy się w postać Setha Walkera, któremu opatrzność powierzyła odpowiedzialne zadanie ratowania niedobitków ludzkości, a co za tym idzie – także własnego siedzenia. Statek bowiem został opanowany przez obcych Keraków, którzy przy użyciu różnorakich sztuczek powołali do istnienia praktycznie wszystko, co tylko jest w stanie skrzywdzić głównego bohatera. W związku z tym nie brakuje różnej maści cyborgów, machin, potworków, opętanych ludzi, bestii, teściowej, kosmitów czy czyhających na nierozważny ruch min. Każdy z wymienionych przeciwników naturalnie występuje w kilku wariantach, do tego gra zapewnia nam także bossów. A ci na swoje „stanowiska” zapracowali jak najbardziej umiejętnościami, jestem przekonany, że żadnej protekcji tam nie było.
Space Siege, jako typowy reprezentant gatunku hack&slash, największy możliwy nacisk kładzie na akcję. Wspomniane bestie częstokroć pojawiają się w większych grupkach, czasami nawet hordach, a w efekcie dewiza stawiania na jakość, a nie ilość wydaje się być totalną głupotą, o czym Kerakowie zresztą doskonale wiedzą. Gdy taka mała armia kosmitów atakuje (z każdej możliwej strony, od góry i od dołu), sytuacja staje się naprawdę gorąca, momentami chaotyczna, a gracz zaczyna się zastanawiać, w którym kierunku posłać ogień. W cRPG akcji jest to jednak dość typowy zabieg i bez wątpienia dodaje uroku rozgrywce. Siłą rzeczy dominującym efektem dźwiękowym jest odgłos klikanej myszki, zwykle z częstotliwością doprowadzającą naszego małego gryzonia do prawdziwej rozpaczy.
Giwery, roboty, umiętności...
Samo kliknięcie jedynie lokalizuje rywala, natomiast to czemu odpowiada w dużej mierze zależy od gracza. Podstawową bronią w trakcie zabawy są różnego rodzaju giwery, umożliwiające walkę na mały, średni, a nawet duży dystans.
Twórcy wprawdzie chcieli przemycić patent w postaci niejakiego Magnetoostrza, jednak jego krótkodystansowy charakter skutecznie zniechęca do korzystania z tego oręża. Bronie palne, w zasadzie jednak przede wszystkim laserowe, różnią się od siebie bardzo wieloma parametrami, a na dodatek za pomocą specjalnej maszyny możemy odpowiednio je modyfikować. Już po kilkunastu minutach zabawy większość z graczy dojdzie do zgodnego wniosku, że absolutnie najlepszym narzędziem jest cokolwiek, byle tylko posiadało dobrze rozwiniętą opcję szybkostrzelności. Walka na dystans stanowi bowiem dobre 70% sukcesu, które - przede wszystkim w początkowej fazie zabawy - pozwoli wyeliminować przeciwników zanim ci zbliżą się na niebezpieczną odległość.
W trakcie zabawy za pokonanych przeciwników, ale także dzięki poukrywanym w różnych miejscach skrzynkom, dostajemy części zamienne. To swego rodzaju odpowiednik gotówki często spotykanej w grach RPG. Za ich pomocą przy specjalnie do tego powołanych maszynach możemy usprawniać nasze bronie, a także wzmacniać zbroję czy kupować dodatkowe elementy wyposażenia, takie jak granaty, pułapki, sondy czy apteczki. W tego typu urządzeniu ulepszamy także parametry naszego robota.
Robota? Od mniej więcej 1/6 gry w poczynaniach towarzyszy nam taki wierny i solidny kompan. Jego wsparcie jest bardzo istotne, bowiem oprócz ostrzeliwania przeciwników skutecznie zwraca na siebie także ich uwagę, odciążając głównego bohatera. HR-V (Harvey), bo tak naszemu przyjacielowi na imię, wiernie wykonuje rozkazy Setha wydawane za pomocą klawiatury. Jeżeli znajdzie się w tarapatach, może dokonać samonaprawy, a także na pewien czas wyłączyć się z głównej areny walk. W przypadku destrukcji poczciwego robota - możemy odbudować go w specjalnego rodzaju maszynie. Tych kilka na naszej drodze na szczęście spotkamy.
Kolejną z pomocnych maszyn jest savepoint, który oprócz zapisania stanu gry regeneruje także punkty życia i many. Standard. Standardem natomiast nie jest machina umożliwiająca przekształcenie głównego bohatera w cyborga (choć i nie jest to rozwiązanie w pełni nowatorskie). Wraz z rozwojem rozgrywki w nasze ręce trafia coraz więcej różnego typu elektroniki, którą możemy zamontować w ciele Setha. Korzyści są ogromne, staje się on bowiem znacznie potężniejszy i częstokroć dorównuje atrybutami swoim przeciwnikom. Z drugiej strony traci przy okazji cząstki człowieczeństwa, a to także nie pozostaje bez konsekwencji.
Fajnie, że taki motyw wzbogaca rozgrywkę, bowiem stawia nas to przed koniecznością podjęcia pewnych decyzji, które na dodatek mogą skutkować w odleglejszej przyszłości. Nie jest to może poziom Fable: The Lost Chapters czy Planescape: Torment jeśli chodzi o kwestie fabularne, ale ma spory wpływ na przebieg zabawy.
Prawdziwym smaczkiem są umiejętności specjalne. W hack&slashach w realiach fantasy trzeba sobie pomagać magią, tym razem jednak główny bohater ma do dyspozycji technikę. Mocarne uderzenia, dodatkowe tarcze, masowy odrzut znajdujących się w pobliżu wrogów czy gorączka żywiołów to tylko niektóre z kilkunastu umiejętności, które może posiąść dzielny Seth.
Są one jednak niezwykle istotne w trakcie walki, niejednokrotnie ratując jego życie. Rozwijamy także te dziedziny, które bezpośrednio w postaci talentów nie przekładają się na walkę, skutkują jednak wzmocnieniem pancerza czy większą żywotnością głównego bohatera. Wszystkimi umiejętnościami gospodarujemy za pomocą drzewek, tak bardzo charakterystycznych dla tego gatunku. Sprawiają one jednak wrażenie nie do końca przemyślanych i czasem trudno jest dobrać optymalną drogę rozwoju. Brakuje takich schematów, które były typowe na przykład w Diablo II czy Titan Quest.
Zabawa w Rambo (filmik)
Mechanizm rozgrywki jest bardzo standardowy - mamy dużo klikania, dużo sieczki, możliwość leczenia, ulepszania i rozwoju głównego bohatera. A mimo to zabrakło też kilku istotnych elementów. Jednym z nich jest na przykład ekwipunek. Wprawdzie Seth trzyma przy sobie różnego rodzaju bronie, jednak nie mamy możliwości swobodnego ich przeglądania, wybierania dodatkowych zbroi, hełmów, takiego typowego "inventory".
W trakcie zabawy przemierzamy niezliczone korytarze statku i trzeba przyznać, że jest on naprawdę olbrzymi, chociaż brakuje mu różnorodności. Większość pomieszczeń została wykonana według tego samego schematu, umieszczono w nich po kilka pudełek oraz beczek, które możemy wysadzić, a także otwierane drzwi - właściwie dokładnie tak rysuje się 95% całej Space Siege.
Pozostałe 5% stanowią faktycznie imponujące lokacje charakteryzujące się niespotykaną w innych miejsach architekturą czy oryginalnymi pomysłami, jak na przykład stworzenie kosmicznego lasu. Tego typu pomysły sprawiają, że gracz nie czuje się sfrustrowany, jakby w koło przemierzał te same korytarze. Niestety jest ich zdecydowanie za mało.
Podobnie monotonna jest rozgrywka. Przygotowałem w związku z nią naprawdę długą listę życzeń i zażaleń. Przede wszystkim irytuje totalna liniowość. Gra nie próbuje sprawiać nawet pozorów swobody. Korytarze statku są ciasne, wręcz klaustrofobiczne, a Seth ma biec dokładnie tam, gdzie życzyli sobie tego twórcy. I nawet gdybyśmy chcieli postąpić inaczej - po prostu się nie da. Atutem takiego rozwiązania jest fakt, że praktycznie nie można się zgubić. Nie takich zalet oczekiwałem jednak od Space Siege.
Liniowość dałoby się przeboleć, gdyby nie totalnie monotonna rozrywka. Pierwsze trzy etapy spędzone przy grze były prawdziwą przyjemnością, kolejne trzy - miła zabawą, następne dwadzieścia - prawdziwym koszmarem. Zabawa nie zaskoczyła absolutnie niczym, cały czas podążamy według szybko odkrytych schematów. Twórcy wprawdzie postarali się o całkiem niezłą (jak na hack&slash, bowiem do pełnoprawnych RPG'ów się nie umywa) fabułę, ale jej śledzenie w obliczu narastającej frustracji wcale nie było przyjemnością. Szacunek dla tego kto ukończy Space Siege. Nie dlatego, że jest trudna, nie dlatego, że jest długa - dlatego, że ten ktoś ma zadatki na znakomitego księgowego czy innego miłośnika powtarzania monotonnych czynności w nieskończoność.
Brakuje w tym wszystkim polotu, świeżości, tytułowa Kosmiczna Twierdza staje się swego rodzaju pułapką, może nawet grobowcem dla wszelkich emocji czy radości z rozgrywki.
Nie ratuje tego także tryb multiplayer. Dostępny w sieci LAN lub specjalnej usłudze sieciowej Gas Powered Games pozwala na współpracę wraz z innymi graczami jednak - tu ciekawostka - nie na pokładzie S. S. Armstronga. Przenosimy się na kompletnie inny statek, a zabawa przez internet nie ma zbyt wiele wspólnego z tym, co obserwowaliśmy w trybie gry pojedynczej.
Szczególnie przyjemnym nie nazwałbym także sterowania. Wprawdzie kierowanie głównym bohaterem przy użyciu myszki to już standard, jednak wyraźnie zabrakło opcji poruszania się Sethem korzystając z klawiatury (strzałek czy WASD), za jej pomocą wybieramy jedynie specjalne umiejętności czy też wydajemy rozkazy Harvey'owi. Na dłuższą metę można się do tego rozwiązania przyzwyczaić, ale do najwygodniejszych ono nie należy.
Co więcej zabawę utrudnia także nie najlepsza praca kamery oraz słabe możliwości przystosowania jej do wymagań gracza. Albo jest za blisko, albo za daleko, zdarza się jej nie obejmować całego ekranu, zaś szybkie obracanie się we wskazanym kierunku pozostawia wiele do życzenia. A jest to szczególnie istotne podczas starć z wieloma przeciwnikami, kiedy przecież trzeba mieć (dosłownie!) oczy dookoła głowy.
Oprawa graficzna i dźwiękowa. Podsumowanie
Pierwsze zdanie na temat oprawy graficznej pozwala nam wyrobić sobie już wprowadzające do gry intro. Wykonano je efektowniej niż animacje w nowej trylogii Gwiezdnych Wojen. Brzmi zachęcająco, nieprawdaż? To właśnie to intro jest swego rodzaju symbolem całej gry - piękne, efektowne, ale tak naprawdę długie i nudne.
Twórcy dokonali swego rodzaju ironicznego autopodsumowania. Tym bardziej szkoda, że cała Space Siege od strony wizualnej prezentuje się naprawdę nieźle. Wprawdzie nie ma wiele do zaprezentowania na podobnych do siebie lokacjach, które na dodatek często wypełnia czarna przestrzeń kosmiczna, jednak w sporadycznych momentach wartych uwagi, silnik pokazuje swój spory potencjał.
Animacja głównego bohatera momentami wydaje się troszkę nienaturalna, natomiast kapitalnie zrealizowano różnego rodzaju efekty specjalne - począwszy od wielkich eksplozji, na nadnaturalnych umiejętnościach Setha skończywszy.
Brakuje natomiast dopracowanej ścieżki dźwiękowej. Podczas naszych działań towarzyszą nam prawie wyłącznie odgłosy bitwy, a także rozmowy głównego bohatera z napotkanymi postaciami. Szkoda, bo dobrze dobrana muzyka często potrafi zbudować klimat, dzięki któremu broni się niejedna produkcja.
Space Siege nie ma zawrotnych wymagań sprzętowych. Gra była testowana na laptopie marki TOSHIBA A210-16F o konfiguracji sprzętowej:
- procesor: AMD Turion 64 X2 1,9 GHz
- pamięć: 2 GB RAM
- karta graficzna: ATI Radeon HD 2600 - 256 MB pamięci (z opcją rozszerzenia do 1023 MB korzystając z pamięci systemowej)
- system: Windows Vista
I nawet na maksymalnych detalach, w rozdzielczości 1280x800, nie sprawiała problemów, także w sytuacjach uwzględniających dużą liczbę przeciwników i efektowne wybuchy. Nieco wyższe wymagania tej produkcji związane są z kartą graficzną, ale każda posiadająca przynajmniej 256 MB pamięci powinna sobie bez najmniejszego problemu poradzić z płynną obsługą dzieła Gas Powered Games.
Polskim wydawcą Space Siege została firma CDPROJEKT i nie zdecydowała się na dokonanie pełnej translacji, możemy zatem uświadczyć jedynie tłumaczenie kinowe. Jest ono solidną, rzemieślniczą robotą. Brakuje tutaj polotu znanego z największych produkcji, ale dla osób nie znających języka angielskiego będzie jak znalazł.
W pudełku oprócz płyty z grą znajdziemy instrukcję, choć ta jest niekompletna. Brakuje bowiem... klucza potrzebnego do zainstalowania gry. Jest to spora wpadka polskiego dystrybutora, w związku z czym gracze po zakupieniu Space Siege zmuszeni są do kontaktu z wydawcą, który dopiero wtedy wyda stosowny cd-key. Całe szczęście, że firma w miarę sprawnie radzi sobie z naprawianiem skutków swojego błędu. Proponowana cena gry to ~90 zł.
Podsumowanie
Space Siege to już nie tylko zawód sprawiony graczom, którzy po produkcji sygnowanej nazwiskiem Chrisa Taylora liczyli na prawdziwy hit. To także przeciętna gra. Mimo solidnej oprawy graficznej i nie najgorszej fabuły, jest przeraźliwie nudna, a sami twórcy zdecydowali się na wiele uproszczeń w modelu rozgrywki. Miłośnicy gatunku hack&slash powinni rozejrzeć się mimo wszystko za innymi produkcjami - niestety w konwencji fantasy, a nie science-fiction, zaś fani RPG'ów w kosmosie póki co będą musieli zadowolić się Mass Effectem.
Space Siege, mimo kilku niewątpliwych zalet, nie mogę polecić nawet największym fanom gatunku.