
Czy kabel za 16 tys. zł może grać lepiej niż taki za 30 zł? Jeden z najbardziej znanych testerów audio postanowił to sprawdzić. Wyniki pomiarów mogą zaskoczyć – i podważyć wiele audiofilskich przekonań.
W świecie audiofilów krąży wiele legend o tym, jak magiczne kable potrafią "otworzyć scenę” czy "dodać duszy” nagraniom. Amir z kanału Audio Science Review postanowił sprawdzić te twierdzenia w najbardziej obiektywny sposób – za pomocą precyzyjnych instrumentów pomiarowych.
Do testu stanęły dwa skrajnie różne kable RCA (popularne "czincze”): luksusowy model Kimber Kable KS 1036, kosztujący ok. 4250 dol. (po przeliczeniu daje to niemal 16 tys. zł), oraz budżetowy kabel Amazon Basics, który można kupić za ok. 7 dol. (ok. 30 zł).
Różnice w kablach
Pierwsze zaskoczenie pojawia się już przy rozpakowywaniu. Drogi kabel Kimber dostarczany jest w pancernej walizce. Choć wygląda to imponująco, Amir zauważa, że kabel RCA nie jest tak kruchy, więc tak wytrzymałe opakowanie jest zbędne i sprawia wrażenie mało luksusowego w porównaniu z eleganckimi pudełkami, np. od drogich zegarków.
Producent kabla Kimber chwali się użyciem sześciu srebrnych przewodników oraz specjalnych procesów produkcji, które mają zapewnić lepszą jakość dźwięku. Z kolei kabel Amazon Basics to po prostu solidnie wykonany, gruby przewód z miedzianym ekranowaniem, który mimo niskiej ceny dzielnie znosi lata intensywnego użytkowania w laboratorium.
Ciekawym elementem kabla Kimber są blokowane złącza WBT. Pozwalają one na dokręcenie wtyku do gniazda, co teoretycznie powinno zapewniać lepszy styk. W praktyce jednak Amir odkrył, że konstrukcja ta jest problematyczna. Złącze ma bardzo mały punkt styku elektrycznego, a resztę stanowią elementy plastikowe.
Co więcej, nawet po zablokowaniu kabel Kimber potrafił trzeszczeć przy poruszaniu, podczas gdy tani kabel Amazon Basics oferował stabilne połączenie bez żadnych przerw w sygnale.
Testy taniego i drogiego kabla RCA
Głównym punktem testu Audio Science Review było podłączenie obu kabli do precyzyjnego analizatora Audio Precision. Wyniki dla wielu osób mogą być zaskakujące:
Zniekształcenia i szumy: oba kable wypadły niemal identycznie. Poziom zniekształceń był tak niski (–145 dB), że wynikał raczej z ograniczeń aparatury niż z właściwości kabli.
Pasmo przenoszenia: test w zakresie od 10 Hz do 200 kHz (dziesięciokrotnie przekraczającym możliwości ludzkiego słuchu) pokazał, że oba kable przesyłają dźwięk idealnie płasko. Wykresy nałożyły się na siebie tak dokładnie, że nie dało się ich rozróżnić. Czas i faza: nie stwierdzono żadnych różnic w przesunięciach fazowych ani w szybkości narastania sygnału.
Nawet w ekstremalnym teście przesyłu sygnału cyfrowego (gdzie wymagane jest znacznie szersze pasmo) oba kable poradziły sobie równie dobrze, dorównując wewnętrznemu okablowaniu samego analizatora.
Dlaczego tani kabel te może być ”idealny”?
Amir wyjaśnia to za pomocą trafnej analogii. Przesyłanie sygnału audio przez kabel jest jak budowa 100-pasmowej autostrady między dwoma miastami, w których ruch jest bardzo mały. Częstotliwości audio (do 20 000 Hz) są z punktu widzenia fizyki bardzo niskie. Problemy z kablami zaczynają się dopiero przy miliardach herców (gigahercach), ale w przypadku muzyki nawet najzwyklejszy, dobrze wykonany kabel jest "nadmiarowy” i nie stanowi żadnego wąskiego gardła dla systemu.
Dlaczego więc “słyszymy” różnicę? Jeśli pomiary są identyczne, to dlaczego wielu użytkowników przysięga, że słyszy poprawę po zmianie kabla na droższy? Odpowiedź tkwi w naszej psychice. Kiedy zmieniamy element systemu na nowy i drogi, zaczynamy słuchać uważniej. Skupiamy się na detalach (np. szarpnięciu struny gitary), których wcześniej po prostu nie zauważaliśmy, mimo że zawsze tam były.
Amir podkreśla, że jedynym wiarygodnym sposobem testowania kabli jest ślepy test. Gdybyśmy nie wiedzieli, który kabel aktualnie gra, nasze wybory stałyby się czystym zgadywaniem.




.jpg/330x0x1.jpg)







Komentarze
28Złote kable to pikuś w porównaniu do tego co marketingowcy wciskają tym biednym inaczej, głuchym dziadkom...
I nie trzeba do tego żadnego Amira...
Na naszym własnym podwórku jest paru kumatych kolesi, którzy od lat mówią o audiofilskich bzdurach. Wspomnieć tylko o Marcinie z Tonu Składowego czy Jakubie z Audiofanatyka.
Poza tym jeszcze się nie trafił audiofil, który miałby odwagę cokolwiek udowodnić w ślepym teście.
Co do samej audiofili. No cóż bycie przysłowiowym audiofilem, czyli do facto osoba szukającą dobrego brzmienia poprzez wybór źródeł dźwięku (wzmacniaczy, kolumn głośnikowych) dopasowanych do indywidualnych preferencji, stało się niestety obecnie, właśnie przez takich oszołomów którzy słyszą przewody, wyjątkowo źle postrzegane. A to wcale tak nie jest, że wszyscy mają siano w głowie i ulegają bezmyślnie marketingowej paplaninie. Jedni, głównie niestety są to osoby piszące na łamach wydawnictw poświęconych audio, napiszą wszystko, zależne tylko ile im się za to zapłaci. Inni, tzw. pelikany, beznamiętnie powielają powyższe bzdury, udając przy okazji, że słyszą zmianę brzmienia po wymianie kabli. I to jest smutne, szkodliwe ale niestety prawdziwe.
dla tak niskich częstotliwości jak 20kHz (teoretyczna górna granica słuchu człowieka, ale którego to nie wiem), liczy się jedynie rezystancja kabla. czyli ma być on odpowiednio gruby, i wykonany z prawdziwego materiału czyli z miedzi, plus izolacja 1mm grubości wystarcza.
uwaga na kable tzw. "chińskie" (problemem nie są chińczycy, ale importerzy którzy zamawiają dziwaczne rzeczy). często się zdarza, że kabel jest za cienki, w sensie miedzianego rdzenia (linka), a gruba jest jedynie izolacja dla "wrażenia". często jest nawet gorzej, bo jako przewodnik, nie ma tam miedzi, ale ..... aluminium które jest pomiedziowane. wygląda jak różowa miedź, a materiał gorszy od drutu do napowietrznych linii energetycznych.
jeśli chodzi o wyższe częstotliwości, tu stosuje się już kable specjalizowane, typu ekranowane skrętki, lub kable koncentryczne. ogólnie rzecz ujmując, traktuje się już je jako falowody.
ps: dla 320bps w MP3, ponad połowa nie jest w stanie odróżnić oryginału od dźwięku skompresowanego.
Mam też wrażenie, że w tej dziedzinie nie ma już realnego postępu. Wzmacniacz lampowy Denon POA-1000B z 1975 roku gra lepiej niż współczesne konstrukcje lampowe — mówię tu o analogowym brzmieniu.
Podobnie jest z głośnikami — stare JBL L100 brzmią lepiej niż ich nowe wersje. Luxman SQ-38 w starszej wersji również gra lepiej niż obecnie produkowany model, który wykorzystuje słabsze lampy zamiast 50CA10.
Nie wchodzę w przyczyny — czy to marketing, czy coś innego. Po prostu z mojego doświadczenia wynika, że „prawdziwy dźwięk” skończył się w momencie, gdy na pierwszym miejscu zaczęto stawiać marketing, a nie jakość.