Gry

Fabuła - czternaście lat po dniu E

z dnia

Stary, dobry post apokaliptyczny klimat nigdy się chyba nie znudzi. Dlatego akcja po raz kolejny dzieje się w niedalekiej, lecz bliżej nieokreślonej przyszłości. Ziemia znowu została zniszczona, miasta znowu spalone, źli obcy po raz kolejny nas pokonali, a ludzkość swoim starym zwyczajem, została zredukowana do poziomu niedobitków walczących o przetrwanie.

Szczęśliwie jednak twórcy Gears of War nie próbują nam wcisnąć nowej wizji starego i zmęczonego pomysłu, bardziej czerpią z najlepszych wzorców gatunku Science Fiction i adoptują do swojego projektu. Najbardziej widać tutaj chyba inspiracje Wojną Światów H.G. Wellsa i filmem Pitch Black. Zwłaszcza, że jeden z aktów gry z kolei dzieje się po zmierzchu - ludzkość atakuje "obca" rasa, która pojawiła się na ziemi znienacka, lecz jest przerażająco zorganizowana. Nasz oddział cały czas musi pozostać w obrębie światła, inaczej zostanie rozszarpany przez bestie (brzmi znajomo?).

Nasuwa się pytanie, jak doszło do tego, że ludzkość znowu jest na granicy wyginięcia. No cóż, dokładnie czternaście lat temu, tak zwana Szarańcza, (która wyglądem łudząco wręcz przypomina Strogg z serii Quake, ale to tylko moje odczucie) pokonała ludzkość. Ostatnim jednak wysiłkiem Homo Sapiens zdecydował się zdetonować ładunki swojej najpotężniejszej broni, co faktycznie chwilowo osłabiło wroga, jednak również zredukowało ziemie do miana wielkiego wysypiska. Teraz Szarańcza powraca, większa i silniejsza, a ludzkość stoi u progu kolejnej wojny, która oczywiście zaważy na przyszłości populacji.

Szkoda tylko, że wszystkie te informację musiałam wyczytać w instrukcji obsługi, a potem obejrzeć w małym wprowadzeniu, które wyświetla się tylko, jeśli przez dłuższy czas nie wybierzemy żadnej opcji w menu głównym (odkryłam przez przypadek). Gra wrzuca nas w akcje, bez większego wyjaśnienia, co się dzieje. Szarańcza jest naszym głównym przeciwnikiem, ale dokładnie nie wiadomo skąd się wzięła. Choć gra niby odsłania przed nami kolejne elementy fabularne, to sprowadza się to do kilku zdań, rzuconych mimochodem przez głównych bohaterów. Słabo się to sprawdza, bo gracz jest kompletnie niewtajemniczony w sytuację. W efekcie ja czułam się bardzo zagubiona na początku tej przygody i nie mogę powiedzieć abym czuła się mniej zagubiona na jej końcu.

Gear of War miało naprawdę szansę zabłysnąć pod względem prosto skonstruowanej, ale klimatycznej fabuły, niestety nie zostało to wykorzystane. Niemniej jednak, wcielamy się w role doświadczonego żołnierza i weterana wojen Pendulum (czymkolwiek były) Macrusa Fenixa. Nie jest on jednak archetypowym bohaterem, bo kiedy pierwszy raz go spotykamy - odsiaduje on czterdziestoletni wyrok za zaniedbanie obowiązków. Pozostawiony na pastwę losu w wiezieniu Jacinto, Marcus w ostatniej chwili zostaje wyciągnięty przez swojego przyjaciela i byłego współtowarzysza Dominika Santiago. Według rozkazu dowództwa, jak tłumaczy Dom, wszyscy więźniowie zostali uniewinnieni. Wojna w końcu nie łatwa sprawa, a każdy zdolny do walki się przyda, zwłaszcza taki doświadczony weteran jak Marcus. Nasz bohater dostaje  więc do ręki broń i w trybie przyspieszonym zostaje wcielony do oddziału Delta - ku chwale ojczyzny. Czerpiąc z najlepszych przykładów takich jak Brudy Harry, nasz bohater ma oczywiście problemy z dowództwem i generalnie walczy wyłącznie, bo ma takie głębokie przekonanie. Co wcale nie przeszkadza mu szybko dostać awans.