• benchmark.pl
  • Gry
  • Dying Light The Following – słońce znów wschodzi krwawo
Gry

Wątroby w beczce, jelita na kołach

Surowe wątróbki i inne smakołyki

Dying Light The Following od wejścia zasypuje nas zadaniami. Wspomniane już Serca z Kamienia imponowały fabułą, ale nowe misje, oferowane przez ten dodatek, można było policzyć na palcach jednej ręki. Twórcy z Techlandu w tym aspekcie pobili REDów na głowę. Szybki rzut oka na jedną z wielu tablic ogłoszeniowych uświadamia nam momentalnie, jak wiele przygód czeka nas w Dying Light The Following. Czego tu nie ma! Zaginieni ludzie, znikający prowiant, bandziory na farmach i gniazda przemieńców pod ziemią.

Dying Light The Following - lista misji do wykonania

Dodatkowo misje potrafią nas nieźle zaskoczyć. Dajmy na to, badając tajemnicze odgłosy w parku niejako od kuchni udało mi się wykonać zupełnie inne zadanie (nie zdradzę które). Wprawdzie nie wpłynęło to znacząco na jego przebieg, ale było interesującym urozmaiceniem, które subtelnie zmieniło zabarwienie emocjonalne moich czynów. Zblazowani weterani erpegów obruszą się w tym miejscu i krzykną, że przecież takie zabiegi to żadna nowinka! Prawda, ale ja i tak stawiam za nie dużego plusa. 

Dying Light The Following - wykonać zlecenie

Oczywiście, poza „kanonicznymi” zadaniami, napotykamy też misje, które nie mają jasnego końca i początku albo też pojawiają się znienacka. Do tych pierwszych zaliczmy łowy na nieumarłych biegaczy, których wątroby zbiera jeden z bohaterów Dying Light The Following. Co do drugiego typu zadań, przeważnie wiążą się one z odbieranymi drogą radiową komunikatami. I tutaj, rzecz jasna, czeka nas wiele niespodzianek. Do dziś przeklinam chwilę, kiedy zdecydowałem się pomóc grupie wzywających pomoc dzieciaków...

Jak gdyby tego było mało, cały pakiet wyzwań wprowadza do Dying Light The Following główny bohater tego tytułu. Kyle Crane? Nie, nie, nie... Nie on, ale jego kaszlący spalinami kumpel.

Dying Light The Following - rozjeżdżanie zombie

Zombie, you can drive my car

Panie i Panowie, niech zabrzmią fanfary! Bo oto nadeszła pora na gwóźdź naszego programu, czyli czterokołową gwiazdę Dying Light The Following. Tak to już bywa, że wprowadzenie wehikułu do danej serii gier jest nie lada wydarzeniem. Jednak nie zawsze odbywa się to po myśli twórców. Jak pokazał to Arkham Knight, czasami nafaszerowane gadżetami autko, zamiast przewietrzyć zatęchłą nieco rozgrywkę, potrafi do reszty ją zadusić.

Dying Light The Following - modyfikacje samochodu

Dying Light The Following - części zamienne do łazika

Na szczęście w Dying Light The Following sprawy mają się zupełnie inaczej. Oddany do naszej dyspozycji pojazd jest w stanie tchnąć nowe życie w ograne przez fanów ciało „podstawki”. Choć w pierwszym momencie jego widok budzi podszyty ekscytacją lęk, już po chwili nadżarty rdzą wóz zrasta się z nami jak druga skóra. Od tej pory unikamy pieszych spacerów po wiejskich ścieżkach, a nocą poczujemy się bezpiecznie jedynie w objęciach jego zdezelowanej karoserii.

Nie jest on zaledwie środkiem transportu, ale naszym wiernym kumplem, którego wyposażamy w potężne i śmiercionośne gadżety, wieszamy nad jego kierownicą znajdowane w świecie gry breloki, a nawet malujemy jego blachę w dowolnie wybrane wzory. Przy okazji łazika – bo takiej rasy jest nasz czterokołowiec – pojawia się też nowe drzewko umiejętności Kyle'a Crane'a, który z pieszej maszynki do mielenia trupów zamienił się w Kubicę krwawego tour de Harran.

Dying Light The Following - jazda na czas

A jeżeli ktoś pragnie zostać prawdziwym mistrzem kierownicy, czekają tu na niego rozsiane po wiejskich drogach wyzwania, z których najbardziej satysfakcjonujący wydał mi się Zombiegeddon (nazwa mówi sama za siebie – w określonym czasie rozjeżdżamy daną liczbę zombie), natomiast znacznie mniej pasjonujące było rozpędzanie łazika do maksymalnej prędkości oraz taranowanie przeszkód na czas. To ostatnie wyzwanie ani odrobinę nie podniosło poziomu adrenaliny w moich żyłach, bo w gruncie rzeczy ograniczało się do jeżdżenia wzdłuż płotu i zahaczania zderzakiem o jego kolejne fragmenty.

Dying Light The Following - palenie gumy

Co tu dużo mówić, łazik nieinwazyjnie zlewa się z konwencją Dying Light The Following. Dzięki niemu zaczynamy wypatrywać porzuconych na poboczach aut w poszukiwaniu benzyny (Mad Max uśmiecha się pod nosem) oraz nowych części do naszej dwuśladowej machiny destrukcji. 

Cztery kółka dostarczają nieskończonej puli możliwości. Spośród nich najbardziej oczywistą, a zarazem niosącą ze sobą najwięcej frajdy zabawą jest – jak łatwo zgadnąć, - beztroskie wprasowywanie w glebę zombiaków. Aż żal, że poskąpiono nam radia, które wtórowałoby zmotoryzowanej masakrze jazgotem rockandrollowych evergreenów w stylu beatlesowego „Baby, you can drive my car”. 

Dying Light The Following - beztroska jazda

Dying Light The Following rozświetla mrok

Polacy po raz kolejny udowodnili, że nie są zaledwie anonimowymi członkami peletonu, ale pędzą w czołówce wyścigu, jakim jest przemysł gier komputerowych. Techland, zamiast podążać za modą fetyszyzującą miliony groszowych DLC, serwuje nam tłuściutkie rozszerzenie, które po niewielkich zmianach równie dobrze mogłoby pojawić się na rynku jako pełnowymiarowy tytuł. Nie pozostaje nic innego, jak przyklasnąć lansowaniu takich wyśrubowanych standardów. W mroku dzisiejszych praktyk marketingowych Dying Light The Following rozpala światełko nadziei.

Dying Light The Following - klimatyczny zachód słońca

Ocena końcowa:

  • nowa, olbrzymia mapa
  • wciągająca opowieść
  • wiejski i małomiasteczkowy nastrój okolic Harranu
  • spora liczba zadań
  • nowe sprzęti wyzwania
  • nowe drzewko umiejętności
  • auto!
     
  • mapa olbrzymia ale niezbyt "gęsta"
  • brak radia w łaziku;-)
     
  • Grafika:
     dobry
  • Dźwięk:
    dobry plus
  • Grywalność:
    dobry plus

94%

Maciej PiotrowskiOkiem starego zgREDa Barona
Maciej Piotrowski

Nie ma co mówić - Dying Light The Following to jedno z najlepszych rozszerzeń ostatnich lat. Pierwsze wyjście poza Harran robi wręcz niesamowite wrażenie zwiastując nieco inne podejście do rozgrywki. Otwarty teren usiany farmami, słupami wysokiego napięcia i stacjami przepompowni wody może i nie nadaje się by śmigać po nim niczym Faith po budynkach w Mirror’s Edge, ale wystarczy usiąść za kółkiem łazika przywołującym skojarzenia z Mad Maxem by brak parkuoru utopić w radosnej drogowej rozwałce. Niestety początkowy, niezwykle szczery zachwyt otwartym światem, szalonymi rajdami naszym pojazdem i nowymi możliwościami eksterminacji zombiaków stosunkowo szybko ustąpił u mnie miejsca znużeniu. Poczułem się przytłoczony ilością przeróżnych misji, których finał w większości przedstawia się podobnie. Sytuacje uratował tryb kooperacji, dzięki któremu znów poczułem wiatr w żaglach. Tak jak podstawka idealnie nadawała się do tego typu zabawy, tak i rozszerzenie świetnie się w tej roli sprawdza. Jeśli więc kochacie grać z kimś żywym u boku – nie ma co się wahać. Dying Light The Following dostarczy wam wielu emocji. Moja ocena wersji PS4: 4,5/5

Komentarze

4
Zaloguj się, aby skomentować
avatar
Dodaj
Komentowanie dostępne jest tylko dla zarejestrowanych użytkowników serwisu.
  • avatar
    czorcik696
    Świetna sprawa w co-opie. Masa zabawy.
    6
  • avatar
    Adamexxx
    Mam i polecam. Samą grę i The Following, łącznie ze wszystkimi misjami pobocznymi przeszedłem w niecałe 50 godzin. Świetna zabawa, muszę jeszcze wypróbować co-op :)
    2
  • avatar
    mati306
    Prawda, jeden z najlepszych co-opów jakie ostatnio grałem. Zdecydowanie warto zagrać w podstawkę i DLC
    1