Dużo hałasu o nic, czyli recenzja Gwint: Mag Renegat
Gry

Dużo hałasu o nic, czyli recenzja Gwint: Mag Renegat

przeczytasz w 5 min.

Choć zazwyczaj przychylnie traktuję każdy tytuł wychodzący ze stajni CD Projekt Red, Gwint: Mag Renegat to wydanie co najmniej dziwne. Produkcja ta ogłoszona jako mariaż rogalika, deckbuildera i strategii ma niestety duże szanse na rozczarowanie, nie tylko gwintomaniaków.

GWINT: Mag Renegat – karcianka sięgająca do początków wiedźmińskiej rasy

Sezon ogórkowy w pełni, a jak to w naturze bywa, możemy znaleźć sztuki dorodniejsze, jak i odpady na jeden kęs. Z pewnością ciekawą propozycją na lipiec okazał się od dawna wyczekiwany Stray , gdzie jako słodka kicia dzielnie przemierzamy na czterech łapkach cyberpunkowy świat. Z kolei posiadacze Oculusa, zamiast w tych niepewnych czasach rezerwować wycieczkę Last Minute, mogą udać się w samo serce amazońskiej dżungli w Green Hell VR  i spróbować tam przeżyć.

I być może właśnie z myślą o podróżach nasz rodzimy CD Projekt RED wypuścił w lipcu 2022 nowy tytuł oparty o ich najsłynniejszą karciankę, czyli Gwinta. Co ciekawe jednak GWINT: Mag Renegat, mający swoje korzenie w wieloosobowej Wiedźmińskiej Grze Karcianej, trafił nie tylko na urządzenia mobilne, ale też na PC. Do tego jeszcze tytuł ten nastawiony jest na jednoosobową zabawę oferując, jak sami twórcy podają, „unikalne” połączenie mechaniki z poprzednich wersji Gwinta z elementami znanymi z rogalików.

CD Projekt RED chyba zapomniał, że wcześniejszym sukcesem gry Wojna Krwi: Wiedźmińskie Opowieści, będącej miksem karcianki, strategii i RPG’a sam ustawił sobie poprzeczkę bardzo wysoko na gruncie karcianek. Trudno się więc dziwić równie wysokim oczekiwaniom wobec Gwint: Mag Renegat i… ogólnemu rozczarowaniu tym, że nie udało się powtórzyć dawnego sukcesu. Dlaczego? O tym w naszej recenzji

GWINT: Mag Renegat - bitwa na karty

Za górami, za lasami był sobie mag. I to by było na tyle

Może i w rogalikach fabuła nie jest najważniejsza, ale po takim tytule jak Wojny Krwi to to co serwuje nam GWINT: Mag Renegat to upadek z dużej wysokości. Otóż fabuła tejże gry sprowadza się w zasadzie do prostej historii o wyprawie mariborskiego maga - Alzura i jego partnerki - Lylianny po legendarne mutageny użyte do stworzenia pierwszego wiedźmina. Choć ten wątek z punktu widzenia fanatyka Wiedźmina nie był wcześniej zbytnio rozwijany, to tę szansę w nowej grze niestety zmarnowano. 

Filmowych przerywników opowiadających jakąś historię mamy tu bowiem może na kilka – kilkanaście minut i większość z nich automatycznie odblokowuje się po wygranej walce z bossem. Wielka szkoda, że nie opowiedziano porządnie o losach Alzura, który, jakby nie patrzeć, jest twórcą wiedźminów. Można wręcz pomyśleć, że okrojony zarys historii zamiast pełnej opowieści o Alzurze jest jedynie po to, żeby gracz miał jakieś mgliste poczucie celu. Historii nie ma tu bowiem za wiele. I jest to co najmniej podejrzane, bo można odnieść wrażenie, że za napisanie gry odpowiadali amatorzy, a nie szanowane studio z pokaźnym dorobkiem. 

GWINT: Mag Renegat - fabuła w postaci przerywników filmowych

GWINT: Mag Renegat - karta Lylianny

Dzień Świstaka w wydaniu karcianym

By zdobyć mutageny potrzebne Alzurowi musimy przejśćlosowo wygenerowaną mapę, ale tylko pod kątem znajdujących się na niej lokalizacji bitwy, zdarzenia, skarbu lub miejsca mocy. W Gwint: Mag Renegat potyczki toczymy oczywiście na zasadach Gwinta, ale z losowymi, powtarzalnymi przeciwnikami. Po ich pokonaniu możemy dostać ciekawe karty, by wzmocnić talię przed stoczeniem bitew z bossami. 

Oczywiście całość musimy przechodzić mądrze, by nie rozłożyć się na bossie lub nie stracić zbyt dużo many. Ale – niestety – to jest wszystko co otrzymamy w tej grze! Jakież było moje zdziwienie, kiedy po wejściu do laboratorium Alzura, skąd możemy po porażce wybrać się na kolejną wyprawę, okazało się, że nie ma tam nic do roboty prócz przeglądania talii! Żadnych ulepszeń. Żadnego zdobywania czegokolwiek prócz kart. Po prostu wielkie nic. 

By skończyć grę trzeba z wielkim samozaparciem przechodzić cały czas tę samą mapę aż do zdobycia wszystkich mutagenów. Wliczając porażki to może być nawet kilkanaście – kilkadziesiąt razy. Podziwiam ludzi, którzy nie zanudzą się przy tym na śmierć. No chyba że naprawdę kochają Gwinta… albo założyli się o pół litra (benzyny).

GWINT: Mag Renegat - laboratorium Alzura

Co ciekawe, mapę w GWINT: Mag Renegat można przechodzić tylko od lewej do prawej po ustalonych ścieżkach - od punktu akcji do punktu akcji. Do tego jeszcze nie można się cofać. Jasne, czuć, że jest tam gdzieś element pomyślunku i planowania tej arcyciekawej podróży, ale tak naprawdę wystarczy wybrać optymalną ścieżkę, by przed bossem odnowić się w punkcie mocy i zdobyć kilka skrzyń ze skarbami. 

I to tyle jeśli chodzi o strategię. Losowe zdarzenia nie dodają nic do fabuły – ot, spotkałeś wieśniaków i napiłeś się rosołu albo trafiłeś na żebraka – w zależności od historyjki można zdobyć karty lub punkty energii. 

GWINT: Mag Renegat - mapa

Mag Renegat odarty – nomen omen – z uroku

Niestety, partyjki w karcianego Gwinta też pozostawiają tutaj sporo do życzenia. Mechaniki, jakie zastosowano w GWINT: Mag Renegat dodały rozgrywce jeszcze więcej monotonii. Na przykład okrojono starcie tylko do jednej rundy. Może i faktycznie przyspiesza to przechodzenie gry, ale też pozbawia gracza możliwości stosowania różnorodnej taktyki. Nie można w ten sposób stosować poddań i planować, kiedy zakończyć rundę korzystnie tak by w następnej mieć przewagę. 

Przyspieszenia niestety nie ma, bo sztuczna inteligencja albo długo się zastanawia nad ruchem albo zupełnie się zawiesza, co jest szczególnie frustrujące. Dodajmy do tego rezygnację z losowego rozpoczynania pojedynku – pierwszeństwo ma zawsze gracz, co daje komputerowemu oponentowi ostatni ruch. Granie w tym stylu, jaki zaprezentowany został w GWINT: Mag Renegat sprowadza się tak naprawdę do wykładania wszystkiego co można mieć na ręku we właściwej konfiguracji i liczenia, że przeciwnik nie będzie miał lepszych kart, zwłaszcza w ostatniej turze. 

GWINT: Mag Renegat - zarządzanie posiłkami

Sytuację ratuje trochę postać Alzura, która zużywając punkty energii może rzucać czary niezależnie od tego co się dzieje na polu walki – zadać obrażenia, stworzyć i zagrać losową kartę bądź wzmocnić kartę sojuszniczą. Mam jednak wrażenie, że to właśnie taka deska ratunkowa mająca spacyfikować gracza i jego rosnącą frustrację, bowiem zawsze przy ostatnim ruchu przeciwnika może nas czekać nieprzyjemna niespodzianka. Alzur jest swoistym wentylem bezpieczeństwa, bo co turę można nim trochę osłabić wroga albo nabić sobie punktów.

GWINT: Mag Renegat - wampir

Zmiksuj wszystko ze wszystkim, a wyjdzie…. nic

Co tu dużo się rozwodzić, pomieszanie z poplątaniem towarzyszy tu nie tylko rozgrywce, ale i oprawie audiowizualnej. Całość ewidentnie stworzona została z gotowych elementów online’owego Gwinta. Ot, dodano mapę, postaci oraz nowe karty. Jedyna mapa w grze jest zwyczajnie nijaka i dość toporna. Mamy tu więc prosty rzut na krainę, w której gdzieś tam są jakieś góry, jakieś miasta i części krajobrazu. Jednym słowem nic szczególnego. Dotyczy to też niestety i kart samego Gwinta, które tym razem nie są animowane. Szkoda, bardzo szkoda. 

Co ciekawe, choć dostępna jest polska wersja językowa, dialogi pomiędzy Alzurem, a Lylianną są po angielsku, karty zaś „odzywają się” po polsku. Takie niedociągnięcia wskazują na pospieszną realizację gry. Wyraźnie zabrakło kontroli jakości, a jakby nie patrzeć wydając płatną grę na różne platformy w tym na PC, pasowałoby bardziej dopracować takie pozornie mało znaczące „szczegóły”.

GWINT: Mag Renegat - bitwa z bossem

GWINT: Mag Renegat – czy warto kupić?

GWINT: Mag Renegat to przykład przerostu marketingu nad samym produktem. Można byłoby jeszcze przymknąć oko, gdyby został on wydany jako bezpłatny dodatek, ale jako samodzielny, płatny tytuł przynosi jednak trochę wstydu CD Projekt RED. 

Gra jest co najwyżej przeciętna, a gwintowi wyjadacze wynudzą się śmiertelnie obserwując jak sztuczna inteligencja tkwi w zamyśleniu nad kolejnym powtarzalnym meczem. Przechodząc tę samą mapę. I to po wielokroć. Szkoda, że w GWINT: Mag Renegat nie ma nic co wkręcałoby nas jakoś w ogrywanie kampanii (może crafting albo warzenie eliksirów?) i po prostu urozmaicałoby rozgrywkę. Może producent pochyli jednak się nad tym biednym studenckim projektem, który na Redów w ogóle nie wygląda, i wzbogaci trochę tę grę? 

GWINT: Mag Renegat to mimo wszystko tytuł z niemałym potencjałem fabularnym. Fani z pewnością doceniliby, gdyby CD Projekt RED uderzyło się w pierś i zastanowiło się jak ruszyć na odciecz tej zaniedbanej produkcji. Czy to nastąpi? Miejmy nadzieję, że tak!

GWINT: Mag Renegat - walka

Ocena gry GWINT: Mag Renegat (PC):

  • interesujący wątek Alzura dotąd nieporuszony w grach
  • nowe talie i postacie
  • relaks dla graczy lubiących powtarzalne partie Gwinta
     
  • okrojona, krótka fabuła
  • szybko wkradająca się nuda
  • powtarzalni przeciwnicy
  • słabe urozmaicenie rozgrywki
  • wciąż ta sama mapa tylko ze zmienionymi lokalizacjami zdarzeń
  • okrojone bitwy karciane
  • dość toporna grafika

  • Grafika:
    • 2.5 / Słaby plus
  • Dźwięk:
    • 2.5 / Słaby plus
  • Grywalność:
    • 2.0 / Słaby

Ocena końcowa

46% 2.3/5

Grę GIWNT: Mag Renegat na potrzeby niniejszej recenzji otrzymaliśmy bezpłatnie od producenta - firmy CD Projekt RED

Komentarze

4
Zaloguj się, aby skomentować
avatar
Komentowanie dostępne jest tylko dla zarejestrowanych użytkowników serwisu.
  • avatar
    Dzentel
    2
    w tysiąca albo cygana mam setki czy może nawet tysiące godzin rozegranych w multiplayera
    • avatar
      PerfectDAY
      2
      Lubię grać w Gwinta, ale tylko tego w grze Wiedźmin. Rozgrywka jest tam prostsza, przyjemniejsza i co ważniejsze nie ma w niej żadnych niepotrzebnych dodatków odciągających od gry. Wersja standalone natomiast mocno się różni i mimo kilku prób nie potrafię się do niej przekonać. Odrzuca mnie ta cała bardziej rozbudowana otoczka.
      • avatar
        0
        Po początku tytułu sądziłem, że to recenzja nowego telefonu Nothing ;)