Jak wygląda (i co daje) walka z nielegalnym wideo w sieci?
Internet

Jak wygląda (i co daje) walka z nielegalnym wideo w sieci?

z dnia
Wojciech Kulik | Redaktor serwisu benchmark.pl
14 komentarzy Dyskutuj z nami

Walczyć z pirackim wideo w Internecie można na różne sposoby. Przede wszystkim można edukować i zachęcać do tego, by korzystać z legalnych źródeł.

Internet to niewyczerpane źródło – nie tylko informacji, ale też rozrywki. Ulubioną rozrywką wielu z nas jest natomiast oglądanie filmów. Można (i powinno się) to robić zgodnie z prawem, czyli korzystając z legalnych serwisów VOD (wideo na życzenie). Sieć pełna jest jednak także treści opublikowanych przez osoby, które nie mają praw autorskich do tych dzieł. To między innymi (a może i przede wszystkim) z tego powodu wytwórnie często traktują „internetowców” jako tych złych. Wizerunek zaczyna się jednak zmieniać, bo podejmowane są odpowiednie kroki.

Analizowanie, wykrywanie, usuwanie

W Internecie właściwie każdy może opublikować, co mu się tylko podoba. „Może” w tym znaczeniu, że nie brakuje serwisów, które to umożliwiają. Przy 3,8 mld użytkowników globalnej sieci (a tyle mniej więcej wskazuje obecnie licznik), trudno zapanować nad tym, co pojawia się w Internecie, ale tym, którzy powinni stać na straży, nie można zarzucić, że tego nie robią.

Jeden z najlepszych sposobów na walkę z takimi pirackimi treściami pochodzi – bez większego zaskoczenia – z najpopularniejszego serwisu z wideo w Internecie, którym jest oczywiście YouTube. Mowa konkretnie o systemie Content ID, który (to cytat z oficjalnej strony pomocy) „pozwala właścicielom praw autorskich łatwo rozpoznać swoją zawartość w YouTube i nią zarządzać”.

Jak działa Content ID?

Zasada działania systemu jest prosta. W momencie publikacji filmu w serwisie YouTube jest on mianowicie porównywany z materiałami znajdującymi się w bazie (którą uzupełniają właściciele różnorakich treści). Gdy zostaje wykryta nieprawidłowość, czyli naruszenie praw autorskich, właściciel tych ostatnich może zablokować możliwość oglądania danego filmu – w danym kraju lub na całym świecie. Może też na przykład zacząć na nim zarabiać.

System ContentID (w którego bazie znajduje się już ponad 50 milionów plików referencyjnych) potrafi zidentyfikować cudzą własność – zarówno jeśli jest to dźwięk, jak i wtedy, gdy chodzi o obraz. Jeśli on nic nie wykryje, ale nieodpowiedni film zauważy sam wydawca lub autor, może on oczywiście przesłać zespołowi YouTube powiadomienie o naruszeniu praw autorskich.

Początkowo Content ID nie działał tak, jak powinien, a już podejrzenie wykorzystania cudzych treści skutkowało poważnymi konsekwencjami dla youtuberów. Od wielu miesięcy jednak wszystko przebiega już dużo łagodniej – tak jak powinno: system pozwala chronić prawo autorskie bez uprzykrzania życia twórcom wideo. To ważne, bo taka technologia zdecydowanie jest potrzebna serwisowi, w którym publikowane jest 300 godzin wideo w ciągu każdej… minuty.

Karanie serwisów i karanie użytkowników

Mechanizm „wytwórnia zgłasza – serwis usuwa” jest najczęściej spotykany i stosowany właściwie w każdym serwisie umożliwiającym użytkownikom „wrzucanie” takich lub innych materiałów wideo. To wprawdzie metoda skuteczna, ale czasochłonna. Wytwórnie i stowarzyszenia antypirackie w dodatku twierdzą czasem, że jest to walka z efektami, a nie ze źródłem problemu, którym są serwisy do wymiany treści. 

Trudno jednak wyobrazić sobie sytuację, by takie serwisy miały zniknąć, czasem więc próbuje się „ostrzejszych zagrywek”, które można by zebrać do jednej grupy o nazwie „straszaki”. Jeśli uważnie śledzicie wiadomości, na pewno natknęliście się jakiś rok temu na informację o zarekwirowaniu tysięcy komputerów przez policję – chodziło wtedy właśnie o to, że ich posiadacze weszli w posiadanie nielegalnych kopii filmów (a przede wszystkim również je udostępniali, bo korzystali z torrentów). 

benchmark news

Karami straszeni są też właściciele serwisów, z których użytkownicy korzystają, by udostępniać pirackie wideo… 

Przejście na jasną stronę mocy

Nie ma więc wątpliwości, że w erze coraz prężniej walczących wydawnictw i grup antypirackich, serwisy muszą reagować, by w ogóle móc swobodnie działać. Niektóre zaczynają wręcz przechodzić na „jasną stronę mocy”. Na takie rozwiązanie zdecydował się na przykład BitTorrent. 

Serwis wyraźnie kojarzony z piractwem uruchomił mianowicie własną legalną usługę o nazwie BitTorrent Now. W jej ramach oferuje zarówno legalną muzykę, jak i autorskie produkcje wideo. Tym samym platforma, która była nienawidzona przez twórców, nagle zaczęła być źródłem ich przychodów. Nie trzeba jednak sięgać aż tak daleko… 

CDA/CDA Premium, czyli przykład z polskiego podwórka

CDA.pl to serwis doskonale znany polskim internautom. Nie da się ukryć, że stało się o nim głośno przede wszystkim dlatego, że dało się na nim bez większych problemów obejrzeć starsze i nowsze filmy czy odcinki seriali (niekoniecznie legalnie). Dużym zaskoczeniem dla wielu była więc ubiegłoroczna informacja, że „CDA przechodzi na dobrą stronę”.

Uruchomiona została wówczas usługa CDA Premium – legalna, zawierająca wyłącznie licencjonowane filmy. I mylili się ci, którzy sądzili, że dystrybutorzy będą omijać CDA szerokim łukiem – wręcz przeciwnie, najwyraźniej docenili starania właścicieli, bo dziś spora ich liczba współpracuje z serwisem, na co najlepszym dowodem jest katalog liczący ponad 3600 filmów. Ba, niedawno nawet odbyła się równoczesna premiera kinowa i na CDA Premium.

CDA Premium

O tym, że właściciele CDA robią wiele, by zerwać ze starą etykietą, najlepiej świadczy fakt, że na darmowym CDA coraz trudniej znaleźć nielegalne kopie filmów. Najważniejsze jednak, że to „oczyszczanie” nie odbywa się poprzez ograniczenie swobody użytkowników do umieszczania własnych treści – zamiast tego serwis reaguje na zgłoszenia o naruszeniach praw autorskich. Mało tego – poszedł nawet o krok dalej i udostępnił narzędzia do usuwania pirackich filmów samym dystrybutorom (nie muszą oni niczego zgłaszać – widzą, że ktoś wykorzystuje ich treści i sami na to reagują).

Czy to nie jest spychanie odpowiedzialności? Jarosław Ćwiek, prezes zarządu spółki CwMedia, do której należy CDA, twierdzi, że nie, bo widzi w tym narzędzie uzupełniające, a nie stanowiące podstawę działań antypirackich. Sądząc po statystykach, dystrybutorzy podzielają jego zdanie.

W głowach może rodzić się pytanie, co to wszystko obchodzi zwykłego użytkownika. Dla niego często nie ma znaczenia to, kto wrzucił dany materiał (on chce go obejrzeć, a jeśli jest taka możliwość, to robi to). Rzecz jednak w tym, że w ten sposób odstrasza się wytwórnie, które widzą w Internecie tylko zagrożenie. Tymczasem stanowi on wcale nie mniejszą szansę…

Ilustracja (wejście): JuraiMin/Pixabay (CC0)