Podróż na Zachód
Enslaved rozpoczyna się niepozornie. Oto na futurystycznym statku niewolników dochodzi do awarii, na skutek której zaczyna on rozpadać się w powietrzu. Katastrofa jest już właściwie przesądzona. W tym właśnie momencie poznajemy dwójkę naszych bohaterów – osiłka o imieniu Monkey i kruchą, choć bardzo zaradną - Trip. To ona odpowiedzialna jest za rozgrywający się na statku dramat. I choć początkowo nic na to nie wskazuje los złączy tę dwójkę bardziej niż mogłoby się wydawać.
Po ucieczce ze statku i awaryjnym lądowaniu w ruinach Nowego Jorku jedynym pragnieniem Trip jest powrót do rodzinnej wioski. Droga jednak daleka, a ona nie ma szans na samotne pokonanie piętrzących się w czasie podróży niebezpieczeństw. Zmusza więc do pomocy Monkey, któremu wykorzystując sytuacje, zakłada opaskę niewolnika. Od tej chwili jego życie zależy od życia Trip, bo jeśli ona zginie opaska umieszczona na czole zakończy boleśnie i jego żywot.
DLA CIEBIESamsung - przegląd oferty lodówek
Sama rozgrywka choć niczym nowym nie zaskakuje, zrealizowana została w sposób niemalże perfekcyjny. Twórcy umiejętnie wykorzystali tu znane i sprawdzone już rozwiązania rodem z takich hitów jak choćby Uncharted, ICO czy Prince of Persia (2008). Mamy tu więc sporo biegania, wspinania się, skakania po platformach, skradania się, a także walki z różnego rodzaju maszynami. Jak przystało na przygodową grę akcji nie mogło tu również zabraknąć również zagadek logicznych. Nie porażają one może stopniem skomplikowania, ale są miłą odskocznią dla beznamiętnego pokonywania kolejnych części zrujnowanego miasta.
Podstawą rozgrywki jest jednak współpraca Trip i Monkey. Bo choć prowadzony przez nas osiłek doskonale sprawdza się we wszystkich siłowych wyzwaniach czasami sytuacja na ekranie wymaga bardziej przemyślanego podejścia. W tych momentach przydaje się właśnie sterowana (przez konsole) Trip, która może służć nam jako pomoc czy to odciągając od nas uwagę przeciwnika tworząc hologramowy wabik czy udoskonalając nasze umiejętności.
Rozgrywka jest wyjątkowo przyjemna, a dzięki uproszczeniom sterowania stosunkowo prosta. Niestety po pewnym czasie w grę wkrada się monotonia. Powtarzający się przeciwnicy, mała różnorodność ruchów naszego bohatera, zamknięte plansze, z których trzeba po prostu znaleźć wyjście, problemy techniczne z wolno doczytującymi się teksturami czy blokującą się kamerą – to wszystko powoduje, że frajda z pokonywania kolejnych wyzwań powoli gdzieś ucieka.
O dziwo jednak cały czas coś trzyma nas przy telewizorze. Być może to niebanalna fabuła, niesamowity klimat i rewelacyjnie nakreśleni bohaterowie z targającymi nimi emocjami. Twórcy gry zdecydowali się przenieść na ekran całe sekwencje ruchów, gestów, a nawet mimikę twarzy przy pomocy sesji motion capture, dzięki czemu całość nabiera niezwykłej naturalności. Wielkie brawa należą się też dla Andy Serkisa, niezapomnianego Golluma, który w Enslaved wcielił się w rolę Monkey.
Dwa w jednym
Jednak nie tylko dla samej fabuły warto zagrać w Enslaved: Oddyssey to the West. Dodatkowym atutem tej produkcji jest wydany kilkanaście dni temu płatny dodatek zatytułowany Pigsy Perfect 10. Jego bohaterem jest rubaszny grubasek Pigsy, którego poznaliśmy podczas naszej przygody z Trip i Monkey. Wówczas był on jedynie drugoplanową postacią. Teraz stał się głównym bohaterem.
Jego pojawienie się wprowadziło do zabawy nieco świeżości dzięki lekko odmienionemu stylowi rozgrywki. Pigsy może polegać jedynie na sobie, swojej snajperce i wyciągarce z hakiem. Dzięki nim może szybko przemieszczać się z platformy na platformę i eliminować cele z daleka. Tym samym więcej tu akcji polegających na cichym przekradaniu się w kierunku dogodnej pozycji do oddania strzału czy wykorzystaniu różnego rodzaju gadżetów lub bomb. Oczywiście nadal olbrzymie wrażenie robią niesamowicie zaprojektowane, wyjątkowo klimatyczne lokacje. Zresztą co tu dużo pisać – sami zobaczcie.
Pigsy Perfect 10 wprowadza do Enslaved technologię TriOviz pozwalającą na uruchomienie gry w trybie 3D nawet na telewizorach nie posiadających tej funkcji. Niestety w takim przypadku musimy dokupić specjalne okulary TriOviz Inficolor 3D, które w naszym kraju są jak na razie niedostępne.
Enslaved: Oddyssey to the West to produkcja, która przeszła niemal bez echa. Wielka szkoda, bo to naprawdę dobry tytuł. Owszem ma kilka wad, ale nie są one na tyle istotne aby odmawiać sobie przyjemności spędzenia z nią kilku wypełnionych akcją godzin. Świetny klimat, intrygująca fabuła i absolutnie wyjątkowa kreacja bohaterów ukazująca rządzące nimi emocje sprawiają, że trudno przejść obojętnie koło tej produkcji. Warto się nią zainteresować.
Okiem red. nacza
Enslaved: Oddyssey to the West doskonale wpasowała się moje gusta. Świetna fabuła osadzona w nie tak odległej przyszłości urzekła mnie nieprzeciętnym klimatem i rewelacyjną kreacją głównych bohaterów. Dzięki sesjom motion capture i zatrudnieniu prawdziwych aktorów twórcom gry udało się nie tylko tchnąć życie w postacie Tripa i Monkey, ale również oddać kształtujące się pomiędzy nimi relacje.
Takie szczegóły jak mimika twarzy w połączeniu ze zmianami natężenia głosu, które możemy zobaczyć w przerywnikach filmowych zrobiły na mnie niesamowite wrażenie. Niezwykłe, aktorskie, naturalne – w taki sposób mogę zobrazować ich kunszt wykonania. Zresztą i pozostałe elementy gry zostały przygotowane z wyjątkową starannością. Świetna, przesączona klimatem grafika, ciekawi acz niezbyt inteligentni przeciwnicy (to jednak roboty więc trudno je posądzać o umysł Einsteina) i powalająca muzyka. Czego chcieć więcej?
Owszem, gra jest do bólu liniowa i aż nazbyt prosta, ale trudno mi to uznać za wady. Nie chcę się męczyć przy grze, a odpocząć i zrelaksować po dniu pracy. I tu właśnie Enslaved sprawdza się doskonale. Na tyle dobrze, że gdy tylko pojawi się Enslaved 2, kupię go bez chwili zastanowienia :)