• benchmark.pl
  • Gry
  • Call of Duty: Vanguard - awangardy może i nie ma, ale i tak strzela się w dechę
Call of Duty: Vanguard - awangardy może i nie ma, ale i tak strzela się w dechę
Gry

Call of Duty: Vanguard - awangardy może i nie ma, ale i tak strzela się w dechę

przeczytasz w 9 min.

Chyba nikt nie oczekiwał od Call of Duty: Vanguard rewolucji. Activision przyzwyczaiło nas do zabawy w kółko tym samym. I znowu zamiast wycieczki w nieznane, mamy spacer bezpieczną dróżką – malowniczą, ale… Właśnie, nasza recenzja Call of Duty: Vanguard czepia się paru „ale”.

ocena redakcji:
  • 4,2/5

Call of Duty: Vanguard rżnie jak Niemcy w gałę

Kolejny listopad – który to już z kolei? - kiedy czeka nas konfrontacja dwóch gigantów strzelanek. O ile jednak Battlefield 2042 dopiero się rozgrzewa, tak na ringu pojawił się już drugi z zawodników, a więc Call of Duty: Vanguard. No, a tym razem będzie to nie lada bitwa, bo i jeden, i drugi FPS musi się odnaleźć w nieznanym środowisku – nowej generacji konsol, a więc PlayStation 5Xbox Series X.

Co więcej, Activision nie tylko staje w szranki z konkurencją, ale też z własnym dorobkiem, czyli legendą marki Call of Duty. Zwłaszcza, że ta ostatnia doczekała się w poprzednich latach niejednego świeżego startu, bo zarówno Call of Duty: WWII, Call of Duty: Modern Warfare, jak i Call of Duty: Black Ops – Cold War (choć w tym przypadku mowa o pobocznej odsłonie serii) próbowały wymyślać się trochę na nowo.

A jak to jest z Call of Duty: Vanguard? Cóż, wbrew nazwie, żadna to awangarda. Są wprawdzie nowinki, ale nie mogłem oprzeć się wrażeniu, że twórcy po raz kolejny zdecydowali się na bezpieczne, ograne rozwiązania. Moja przygoda z tym tytułem przypominała trochę oglądanie meczu piłki nożnej w wykonaniu reprezentacji Niemiec – wszystko działa jak należy, zwycięstwo pewne, ale brak w tym finezji na miarę zespołów z południa Europy czy Ameryki. Ale czy to taki wielki grzech? W dwóch słowach nie sposób odpowiedzieć na to pytanie. Czas więc na recenzję Call of Duty: Vanguard.

Moja przygoda z Call of Duty: Vanguard przypominała trochę oglądanie meczu piłki nożnej w wykonaniu reprezentacji Niemiecwszystko działa jak należy, zwycięstwo pewne, ale brak w tym finezji.

Jak zakończyłem II wojnę światową

Zacznę, jak na starego growego pryka przystało, a więc od zarysowania tła historycznego. (Obiecuję, będzie króciutkie!) A zaczynam od niego, ponieważ już po godzinie spędzonej w kampanii, zacząłem sobie przypominać, w jakich okolicznościach w ogóle narodziło się Call of Duty i po co.

Nie wiem, czy pamiętacie, ale na początku XXI wieku królem drugowojennych strzelanin był Medal of Honor. Wszyscy wykpiwali fakt, że w tamtej produkcji konflikt z III Rzeszą wygrywał w zasadzie jeden facet, którym kierował gracz. Call of Duty miało zmienić tę perspektywę i pokazać nam wojnę z punktu widzenia szeregowego żołnierza, ledwie pionka w wielkiej partii szachów.

Tymczasem kampanii Call of Duty: Vanguard bliżej do starego dobrego „Medala” niż poprzednich odsłon flagowca Activision. Albowiem tutaj przyszło nam kierować grupą „superbohaterów”, z których każdy w zasadzie mógłby wygrać wojnę na własną rękę. Zebrano tych zabijaków w jedną ekipę i rzucono do obleganego Berlina roku 1945, żeby unicestwili ostatni, ściśle tajny i diablo niebezpieczny projekt nazistów.

Call of Duty: Vanguard - operacja Feniks

Jednak ich perypetię w stolicy Niemiec to tylko rama, którą wypełniają retrospekcję z różnych frontów II wojny światowej. Skojarzenia z „Wojennymi opowieściami” z Battlefield 1 nasuwały mi się same. Zwłaszcza, że poziom realizmu przedstawianych historii jest podobny. 

Pół biedy, kiedy są one zwyczajnie zwariowane, ale niekiedy fabuła bywa też – nie bójmy się mocnych słów, - zwyczajnie głupia jak but. Najlepszym tego przykładem jest chyba misja „Operacja Tonga”, w której prowadziłem samobójczy atak na niemiecką artylerię, która i tak lada moment miała być zmieciona z powierzchni ziemi przez aliancką marynarkę. Po co więc ten piekielnie ryzykowny szturm? Nie mam pojęcia!

Call of Duty: Vanguard - atak na łódź podwodną
Call of Duty: Vanguard - walka z Japończykami

A jednak między głupawymi, czy nudnymi fragmentami kampanii znajdą się też prawdziwe perełki. I do takich z pewnością należy seria etapów osadzonych w Stalingradzie, które wieńczy bardzo oryginalna i trzymająca w napięciu potyczka z nazistowską szychą.

Ostatecznie więc nie kosztowało mnie wiele wysiłku, żeby przymykać oczy na fabularne skuchy i po prostu cieszyć się świetnie zaprojektowanymi misjami. No, i muszę też wspomnieć o naprawdę niezłej grafice i klimacie, które stanowiły solidną zaprawę dla fabularnych cegiełek. 

Do tego dochodziły też drobne, ale smaczne, urozmaicenia zabawy w rodzaju zdolności specjalnych każdego z bohaterów (takich jak swoisty „Dead Eye” asa przestworzy czy też możliwość wydawania rozkazów przez czarnoskórego oficera Jego Królewskiej Mości).

Call of Duty: Vanguard - nieudany atak
Call of Duty: Vanguard - Stalingrad

Szkoda tylko, że grafika – mimo że naprawdę przyjemna – nie wzbiła się na wyżyny, jakich można by oczekiwać po superprodukcji na nową generację konsol. Do tego irytowały mnie też bugi, które można by jeszcze zignorować w jakimś tytule z olbrzymim otwartym światem, ale które nie powinny mieć miejsca w Call of Duty: Vanguard, grze prowadzącej nas jak po sznurku od skryptu do skryptu.

No, dobrze, ale przecież kampania fabularna nie jest w Call of Duty najważniejsza. Dlatego zaraz po jej ukończeniu wskoczyłem do trybu wieloosobowego. 

Call of Duty: Vanguard - misje samolotowe

Utartą ścieżką na wzgórze mistrzów

„Multik” okazał się być dokładnie takim, jak to sobie wyobrażałem. Po raz kolejny twórcy wybrali utartą ścieżkę i zmian jest jak na lekarstwo. Mamy, oczywiście, nowiutkie mapy, które nie tylko wyglądają świetnie, ale też są nieźle zaprojektowane – od oazy w północnej Afryce, przez Stalingrad, po berlińskie zgliszcza.

Jeśli chodzi o samą mechanikę… Cóż, zafundowano nam to, co zawsze. Jakimś usprawnieniem miała być możliwość niszczenia otoczenia (dajmy na to rozwalenie płotu, za którym kryje się przeciwnik). Chyba tylko po to, żeby w pełni zaprezentować tę nowinkę stworzono mapę Decoy (a więc miasteczko ze sklejki, które ma maskować jakiś tajny projekt nazistów). No, dobra, jest to miły dodatek do znanej całości, ale aż się prosi, żeby Call of Duty: Vanguard miało jakiś model zniszczeń otoczenia z krwi i kości, zamiast takich kosmetycznych „bajerów”.

Call of Duty: Vanguard - walka w trybie multi
Call of Duty: Vanguard - zasadzka

Irytuje mnie też nowe podejście do samych bitew. Zamiast oddziału aliantów i nazistów, mamy tym razem po prostu „Moją drużynę” i „Wrogą drużynę”. OK – powiecie, - przecież to nic strasznego!

Tak, tylko, że wszyscy gracze wybierają spomiędzy alianckich operatorów, a co za tym idzie, całość zamienia się w jakąś bratobójczą rzeź. Wiem, że Call of Duty to nie Battlefield i nie chodzi o jakikolwiek realizm bitew, ale czy taki zabieg nie zakrawa już na szydzenie z kombatantów? Mnie to w każdym razie kłuło w oczy.

Na koniec zostawiłem największą nowość ze wszystkich, czyli tryb Wzgórze Mistrzów. To taki eksperyment ze strony twórców, w którym dwu- lub trzyosobowe drużyny tłuką się między sobą, dopóki nie wyczerpią limitu zgonów, a między kolejnymi turami kupuje się uzbrojenie i dodatki. 

Call of Duty: Vanguard - Wzgórze Mistrzów

Niby wszystko ładnie, pięknie, ale jakoś ten rodzaj rywalizowania z innymi nie porwał mojego FPS-owego serca. Nie mogłem oprzeć się wrażeniu, że pomysł miał być diabli wiedzą jak oryginalny, a okazał się nie do końca przemyślany. Jak gdyby próbowano zapożyczyć coś z Counter Strike’a i gęsto polać to CoDowym sosem… Na koniec i tak wyszła z tego ciapka, którą nie wiadomo z czym zjeść. Być może jednak i ten tryb znajdzie swoich fanów – więcej nic nie powiem, bo czuję pod nogami grząski grunt indywidualnych gustów.

Krótko mówiąc, tryb wieloosobowy jest bardzo klasyczny, a to, co nowe, jakoś nie zachwyca. Tym niemniej wykonano go, jak zawsze, na najwyższym poziomie, i, prawdę mówiąc, spędzę w nim pewnie jeszcze wiele, wiele godzin, bo ja, osobiście, „lubię te piosenki, które już słyszałem”. 

Call of Duty: Vanguard - głosowanie na MVP

Tryb wieloosobowy jest bardzo klasyczny, a to, co nowe, jakoś nie zachwyca. Tym niemniej wykonano go, jak zawsze, na najwyższym poziomie.

IV Rzesza nie ogląda się na resztę

Na deser zostawiłem sobie tryb, który od lat szczyci się sławą najdziwniejszego i najbardziej zwariowanego w Call of Duty. Mowa, rzecz jasna, o zombie! I – o, dziwo! - to tutaj właśnie znalazłem najwięcej zmian względem poprzednich części. Ba! Mógłbym powiedzieć, że cały ten moduł gruntownie przebudowano, a nawet postawiono na głowie… Ale od początku! 

Wylądowałem w opanowanym przez nazistowskie zombie Stalingradzie, tylko, że zamiast zabitych dechami okien i nacierających na mnie umarlaków, moim oczom ukazał się plac z kilkoma teleportami, jakimś ołtarzykiem, stołem rzemieślniczym i paroma innymi gadżetami.

Okazało się bowiem, że tym razem wybieramy misję o ściśle określonych celach, które pozwalają połączyć pooddzielane od siebie kawałki mapy w jeden wielki plac boju. To olbrzymia zmiana względem poprzednich odsłon zombie, gdzie chodziło przecież o odkrywanie mapy bez jasno wytyczonego zadania, o próbę podłączenia zasilania, otwarcia takich a takich drzwi i wykombinowania na własną rękę, co należy zrobić by przejść do kolejnej lokacji.

Call of Duty: Vanguard - tryb zombie

Co więcej, cała ta potyczka, którą tu stoczyłem, nie zakończyła się, jak zawsze, zgonem mojego bohatera i innych członków drużyny. Kiedy graliśmy wspólnie z Maciejem, zeszła dobra godzina, zanim zdecydowaliśmy się sami zakończyć partię. Spodziewaliśmy się rychłego zgonu, a tymczasem poziom trudności rósł, choć nie w tak zastraszającym tempie, jak w poprzednich odsłonach.

Zresztą, samo kończenie meczu też nie ograniczało się do naciśnięcia przycisku „Wyjście” w menu. O, nie, w Call of Duty: Vanguard najlepiej dokonać eksfiltracji, zanim zombiaki nas pożrą, bo wtedy jesteśmy w stanie zachować premię doświadczenia. Trzeba więc „wiedzieć, kiedy wstać i wyjść”, jak pisał poeta. I to też nie należy do łatwych zadań, bo konieczna jest zgoda pozostałych członków drużyny, przedarcie się przez hordy zombiaków w stronę portalu, który zagwarantuje nam bezpieczną ewakuację.

No, no, tego po zombie się nie spodziewałem! Czy ten nowy pomysł na ten tryb rozgrywki jest lepszy czy gorszy od poprzedniego – trudno mi powiedzieć. Na pewno jest inny. Decyzję o zakończeniu zabawy wreszcie pozostawia się w rękach gracza, a w związku z tym, że klarowniej wyznacza cele do realizacji jest też świetnym punktem wyjścia dla zombicznych nowicjuszy.

Call of Duty: Vanguard - ołtarz przymierza

Niestety, takie postawienie sprawy z pewnością zniechęci (a w zasadzie już zniechęciło) prawdziwych wymiataczy trybu zombie, którzy spodziewali się jednak trochę więcej „kontentu” na dzień dobry. Ponadto konserwatywną część tej społeczności graczy nowe rozwiązania mogą na dobre odrzucić od tego modułu Call of Duty: Vanguard. 

Jest też niezła motywacja, żeby tłuc te wszystkie umarlaki, bo poziom doświadczenia jest wspólny dla trybu wieloosobowego i trybu zombie, a więc przerwy między meczami z innymi graczami można wykorzystać na „farmienie ekspa” na zmartwychwstałych naziolach. I jak tu nie ruszyć do walki z kolejnymi falami ożywieńców?

Call of Duty: Vanguard - odpieranie fal zombie
Call of Duty: Vanguard - eskorta w trybie zombie

Call of Duty: Vanguard to solidna, „mięsista” odsłona serii, która wyciska sporo z nowej generacji konsol, ale jednocześnie też taka, która skutecznie zabija nadzieję na to, że Call of Duty poważy się na wykucie nowej formuły rozgrywki.

Call of Duty: Vanguard – czy warto kupić?

Jak zawsze, trudno odpowiedzieć jednoznacznie na to pytanie, bo Call of Duty: Vanguard to naprawdę niezła strzelanina, ale nie dla wszystkich. Jeżeli więc macie ochotę na parogodzinną kampanię, która przyprawia II wojnę światową szczyptą absurdu w stylu „Parszywej dwunastki”, to lećcie do sklepu po nowego CoDa.

No tak, ale przecież część z Was nastawia się głównie na tryb wieloosobowy. No to możecie być pewni, że ten spodoba się dwóm grupom graczy. Na pewno przypadnie do gustu tym, którzy znają poprzednie części na pamięć i jakakolwiek nowa mapa czy tryb jest dla nich na wagę złota. Tak samo powinien pasować osobom, którzy chcą dopiero zacząć swoją przygodę z Call of Duty.

Natomiast dla tych, którzy mają którąś z poprzednich części serii (na przykład Modern Warfare lub Black Ops – Cold War), ale sięgają po nią od święta, mogą pewnie pozostać przy tamtych tytułach. Tu nie znajdą raczej żadnego znaczącego skoku jakościowego.

Call of Duty: Vanguard - atak na Berlin

Tryb zombie, natomiast… Cóż, tu trudno o jakąkolwiek prostą rekomendację. Tego trzeba po prostu spróbować. Tak czy inaczej, i tak pewnie będzie to tylko bonusem do pozostałych dwóch modułów. W każdym razie ja nie znam nikogo, kto kupowałby Call of Duty jedynie (czy przede wszystkim) dla starć z zombiakami.

Podsumowując, Call of Duty: Vanguard to solidna, „mięsista” odsłona serii, która wyciska sporo (choć nie tyle, ile bym chciał) z nowej generacji konsol, ale jednocześnie też taka, która skutecznie zabija nadzieję na to, że Call of Duty poważy się na wykucie nowej formuły rozgrywki. I mógłbym w tym miejscu powołać się na przysłowie o tym, że nie zmienia się zwycięskiego składu, ale… Wiecie co? Ja już chyba je przytaczałem w niejednej recenzji poprzednich Call of Duty i – w przeciwieństwie do twórców tej marki, - nie mam ochoty się powtarzać. 

Call of Duty: Vanguard - szturm

Maciej Piotrowski - Redaktor benchmark.pl
Maciej Piotrowski

Call of Duty: Vanguard okiem growego dinozaura

Oj, nasłuchaliśmy się przed premierą Call of Duty: Vanguard o problemach tej gry. Ponoć, wedle niepotwierdzonych przecieków, tytuł był w takim stanie, że musiano zaangażować do niego wszystkie zespoły tworzące te serię, po to tylko by zdążyć go skończyć/naprawić (niepotrzebne skreślić) przed zwyczajową, listopadową premierą. Ile w tym prawdy nie wiem, ale zaczynając moją przygodę z Call of Duty: Vanguard od kampanii miałem nieodparte wrażenie, że już w pierwszej misji jest coś nie tak. Niby znów opowieść zaczynała się od trzęsienia ziemi, ale jakieś to wszystko było nijakie. Później, w następnych etapach miałem identyczne wrażenie jak Jakub – gdzieś już takie „przygody” pojedynczych bohaterów widziałem.

O dziwo jednak, im dalej w las tym gra, w moim odczuciu, stawała się lepsza. Misje wydawały się ciekawsze, historia wyraźnie przyspieszała, a bohaterowie w końcu wywoływali we mnie jakieś uczucia. Ostatecznie, okazało się, że Vanguard w trybie dla pojedynczego gracza całkiem daje radę. Multik to jak zwykle osobna para kaloszy i trzeba lubić tę bardzo dynamiczną rozgrywkę. Czy mi się podobał? Średnio. Dużo lepiej w moim odczuciu wypadł tryb Zombie. Wreszcie, tak jak napisał to Jakub, nie jest to czekanie na nasz koniec, który zazwyczaj był nieuchronny. I wreszcie, czuć tu jakiś powiew świeżości. Dlatego właśnie moja ocena Call of Duty: Vanguard to 4/5.

Call of Duty: Vanguard - Holandia

Opinia o Call of Duty: Vanguard [Playstation 5]

Plusy
  • klimatyczna kampania
  • ciekawie zaprojektowane misje dla pojedynczego gracza
  • grafika może nie powala, ale i tak może się podobać
  • syndrom „jeszcze jednego meczu” w trybie wieloosobowym
  • oryginalne zmiany w module Zombie
Minusy
  • znów to samo… Ech…
  • oprawa audiowizualna mogłaby wyciskać więcej z nowej generacji
  • bugi nawet w misjach dla pojedynczego gracza
  • miejscami głupawe rozwiązania fabularne w kampanii
  • nieco przekombinowany tryb Wzgórze Mistrzów
  • tryb Zombie dla konserwatywnych fanów będzie rozczarowujący
  • Grafika:
    • 4.0 / Dobry
  • Dźwięk:
    • 5.0 / Bardzo dobry
  • Grywalność:
    • 4.0 / Dobry

Ocena końcowa

84% 4.2/5

  • Wyróżnienie "Dobry Produkt" - benchmark.pl

Call of Duty: Vanguard na potrzeby niniejszej recenzji otrzymaliśmy bezpłatnie od od firmy Kool Things reprezentującej wydawcę - firrmę Activision

Komentarze

9
Zaloguj się, aby skomentować
avatar
Komentowanie dostępne jest tylko dla zarejestrowanych użytkowników serwisu.
  • avatar
    pawluto
    3
    Murzyn na okładce i już wiem że nie kupię ...
    Mogli chociaż na europę zrobić inną okładkę ale chcieli zabłysnąć...
    • avatar
      Smuga
      1
      Dla mnie każda kolejna odsłona w IIWŚ jest nudna jak flaki z olejem. Absolutnie nic nowego nie pokazują. Tak na prawdę od czasów CoD5 nie mogę już patrzeć na ten konflikt w grach. Modern Warfare 2019 i Cold War wystarczą mi jeszcze na długo. Może jeszcze Modern Warfare 2 - na to czekam na pewno. No i Black Opsem osadzonym w większości w Vietnamie bym nie pogardził.
      • avatar
        DarioKryptoFan
        -3
        Zacznijcie pisać o grach przyszłości czyli plej to ern na blockchainach gdzie gracze farmia, tworzą przedmioty, zarabiaja kryptowaluty i tokeny NFT a potem sprzedają na giełdach kryptowalut!
        Niektórzy gracze już tyle zarabiają na graniu ze rzucili zwykła prace i potrafią utrzymać dom i rodzine!
        Pamietajmy ze w nadchodzącym świecie Metawerse gry Plej to ern będą jedynymi grami tam dostępnymi i zwykłych gier już nie będzie bo nie maja przyszłości m!
        Wszystkie firmy tworzące gry takie EA, Actywision, Unisoft itd przejdą na model plej to ern żeby moc tworzyć gry dla Metawerse!
        • avatar
          Abigail
          0
          Graficznie wygląda fajnie, ale latania samolotem to tam nie ma, wszystko jest tak tragicznie oskryptowane że głowa mała... no i ten neandertalski głos wolaka który podkłada się dowódcy istny koszmar.
          • avatar
            dgrabarek
            0
            Dlaczego na okładce jest Murzyn a nie Japończyk czy nie dyskryminuje się Japończyków ? Oni też brali udział w Wojnie. Czy ten Murzyn jest Gejem ? Co z mniejszościami seksualnymi ? I znów dyskryminacja. Czekam na czarnego Wiedzmina oraz Polskie filmy historyczne w których Polscy królowie...
            • avatar
              Suncho
              0
              Ja bym tego nawet nie zpiracil...szkoda lacza i dysku
              zenada :/