• benchmark.pl
  • Gry
  • Dragon Age: Inkwizycja – fantastyczna, ale i kłopotliwa przygoda
Gry

Wrażenia z gry

Maciej SłaboszewskiZdaniem redakcyjnego sceptyka
Maciej Słaboszewski

Ogromny świat i niezliczone ilości zadań sprawiają, że na nudę trudno tutaj narzekać. W trakcie zabawy przez cały czas mamy wrażenie, że jesteśmy częścią czegoś większego, a nasze dokonania mają znaczenie. I tak faktycznie jest, bo wraz z zaliczaniem kolejnym misji rosną wpływy Inkwizycji, której człon stanowi nasza drużyna. Momentami oczywiście akcja nieco zwalnia, szczególnie jeśli zdecydujemy się na wykonanie jakiegoś pobocznego zadania. Te ostatnie są istotne o tyle, że wyjaśniają w dużej mierze motywy postępowania postaci, które napotkamy w trakcie naszej przygody. W moim odczuciu misje dodatkowe często są ciekawsze od wątku głównego, dlatego też jeśli lubicie się zagłębiać w fabułę gry to zdecydowanie polecam wam ich wykonanie.

Osobiście uważam jednak, że to świat gry jest jednym z najmocniejszych punktów Dragon Age: Inkwizycja. Imponujące są nie tylko jego rozmiary, ale i fakt, że właściwie nie ma tutaj większych połaci terenu, które sprawiają wrażenie, że zostały dodane tylko w formie „zapychacza”. Wszystkie krainy dostępne w grze mają swój cel, problemy i można rzec, że żyją swoim życiem. Choć oczywiście w pewnym momencie da się zauważyć lekką powtarzalność to nie jest ona tak oczywista jak w innych produkcjach tego typu. I tu kolejne duże brawa dla panów ze studia Bioware. Szkoda, że podobnego podejścia koncepcyjnego nie zastosowano przy projektowaniu sytemu rozwoju postaci, który niestety jest bardzo uproszczony i praktycznie żywcem przeniesiony z poprzedniej odsłony gry. Podobnie jak i sama walka, która przywodzi na myśl produkcję MMORPG, a nie klasyczne RPG. Wynika to głównie z faktu, że pauza taktyczna robi tutaj jedynie za zbędny dodatek, bo jej funkcjonalność jest bardzo mała. Szkoda, ten element zawsze był dla mnie bardzo interesującym rozwiązaniem.

Maciej PiotrowskiKonsolowym okiem starego zgREDa
Maciej Piotrowski

O ile uproszczony system walki skupiający się tak naprawdę na jednym podstawowym ataku wspomaganym co jakiś czas ładującymi się umiejętnościami specjalnymi nie był dla mnie jakimś wielkim zaskoczeniem, o tyle przeładowanie mapy zadaniami już tak. Nie zrozumcie mnie źle, początkowo byłem wniebowzięty, że jest aż tyle do zrobienia, zobaczenia i przeżycia. Nieco później jednak , gdy pierwszy zachwyt minął zacząłem dostrzegać bezcelowość bądź nijakość niektórych misji. Dajmy na to takie podświetlanie, a później szukanie porozrzucanych po świecie odłamków albo poszukiwanie kogoś, żeby oddać mu znaleziony przy którychś s kolei zwłokach list. Daj Bóg, żeby wykonać je niejako przy okazji innych, znacznie ciekawych misji. Jakby nie było przynoszą nam one doświadczenie. Dużo gorzej, gdy trzeba specjalnie się dla nich fatygować w już zbadany i wyczyszczony rejon mapy. W takich sytuacjach nawet nasz rumak, czy szybka podróż, do któregoś z najbliższych założonych wcześniej obozów nie jest w stanie zrekompensować znużenia. Za to miłą odskocznią są Astraria - specjalne artefakty pozwalające spojrzeć w niebo, na gwiazdy. Każde z nich stanowi swoistą, czasami nawet całkiem trudną łamigłówkę polegającą rysowaniu konstelacji według wskazanego wzoru. Cały trick polega jednak na tym, że trzeba to robić w określonym porządku, tak aby nigdy nie łączyć ponownie dwóch tych samych gwiazd. Bywa, że trud się opłaci, bo w zamian otrzymujemy miejsce ukrycia skarbu, a z niego potrafią wysypać się unikalne przedmioty.

Jak dla mnie ogromną przyjemność sprawiało samo bieganie po świecie gry. Tym bardziej, że pośród tego wielkiego, jakże zróżnicowanego świata ukryto sporą liczbę dodatkowych zadań. Myszkowanie i zbieractwo przeróżnych metali i ziół także przynosi z czasem satysfakcje. Bo choć to wielce żmudne zajęcie (czasami zioła rosną stadami niczym grzyby) to szybko okazuje się, że bez nich nie rozbudujemy broni, nie uwarzymy eliksirów i toników, ani nie dopracujemy ich receptury by były silniejsze. Pomijam już nawet misje zaopatrzeniowe dla tworzonej przez nas Inkwizycji, bo te są z gatunku tych raczej mniej sensownych. Mimo wszystko warto je robić, bo między innymi to one przynoszą nam dodatkowe punkty Władzy – elementu, który w Inkwizycji zrobił na mnie chyba najbardziej pozytywne wrażenie. Nie wnikając w szczegóły, które mogłyby pozbawić Was przyjemności samodzielnego odkrywania tajników nowego Dragon Age’a powiem tylko, że tym razem oprócz typowego biegania w terenie mamy możliwość operowania w świecie gry przez siatkę naszych agentów. Przy stole narad możemy więc przyjrzeć się pojawiającym się na mapie Thedas problemom i odpowiednio na nie reagować – zlecając zadanie jednemu z naszych doradców. Chyba nie trzeba dodawać, że każdy z nich reprezentuje inne podejście do tematu np. wojskowy będzie chciał pacyfikować niepokornego przeciwnika, a „szpiegmaster” wykorzystać swoją siatkę do zasiania fermentu pośród szeregów wroga i zmniejszenia jego wpływów. Każde nasze działanie to pewien koszt z puli Władzy. I nawet jeśli nie przynosi ono widocznych efektów to i tak niezmiernie cieszy.

Na koniec moich 3-groszy dotyczących wrażeń z rozgrywki nie mogę nie wspomnieć o trybie wieloosobowym. Tak, w Dragon Age: Inkwizycja takowy się znajduje, choć mało kto o tym w ogóle wspomina. Jako olbrzymi fan siecowych potyczek w Mass Effect 3 nie mogłem nie spróbować co też teraz BioWare wymyśliło. I cóż…trochę się zawiodłem. Nie chodzi tu nawet o to, że kooperacja przypomina tu trochę bardziej rozbudowane Mass Effect 3 z przechodzeniem pomiędzy lokacjami. Zbyt dużo rzeczy tu po prostu nadal nie gra – od widocznych błędów w kolizji obiektów, po zrywanie połączenia i ogólne kłopoty ze znalezieniem gry. Dość powiedzieć, że na 10 prób udało mi się dostać do gry tylko raz!