Gry

Opowieść w odcinkach

Pierwszy sezon przygód Sama (psa w garniturze) i Maxa (królikopodobnego "czegoś") to sześć odcinków (Szok Kulturowy, Sitkom, Kret, Klopsik i Kryminał, Abe L. Musi Umrzeć!, Rzeczywistość 2.0 oraz Jasna Strona Księżyca), a czas gry każdego takiego epizodu to około 2-3 godziny. Choć wszystkie z nich to odrębna, zamknięta opowieść to mają one jakąś część wspólną i pod koniec sezonu łączą się w spójną całość. Fani poprzedniej odsłony gry mogą się odrobinę rozczarować, bo gra, choć nawiązuje czasami do swojego poprzednika, to klimatem odbiega od klasycznych przygodówek LucasArts. Pojawia się, co prawda, kilka znajomych elementów czy postaci, ale osoba, która nie grała w poprzednią część, nie poczuje się szczególnie pominięta czy pokrzywdzona. Nie jest to jednak moim zdaniem wada, bo Sam&Max broni się samodzielnie całkiem nieźle, tworząc swój własny, specyficzny klimat.

Gra bezczelnie śmieje się ze wszystkich aspektów współczesnej kultury, ukazując absurdy codziennego życia i co najważniejsze, wychodzi jej to nawet nieźle. Bez większego zażenowania wyśmiewane są realia polityczne, ogłupiające właściwości telewizji, stereotypowa mafia, fenomen Internetu, czy w końcu informatycy i technologia (w tym przypadku dosłownie turlałam się po podłodze). Pomimo tak zróżnicowanej tematyki, historia jest całkiem spójna, a zakończenie satysfakcjonujące. Choć trzeba, co prawda pamiętać, że jest to w dużej mierze satyra kultury amerykańskiej, to dzięki umiejętnościom kilku zdolnych tłumaczy przełożono ją tak, aby wpasowała się w polskie realia.

Z przykrością jednak stwierdzam, że sezon pierwszy rozpędza się trochę powoli i dopiero w połowie błyszczy pełnią swoich możliwości. Ma się wrażenie, że z początku twórcy sami nie byli do końca pewni, w którym kierunku podążyć i eksperymentowali z klimatem gry. W efekcie, pierwsze epizody są dość krótkie, a dowcip nie zawsze trafiony (choć wiadomo, jest to rzecz bardzo subiektywna). Trzeci epizod na przykład, wydał mi się nie zbyt przemyślany ani śmieszny, a niektóre żarty w epizodzie drugim po prostu niesmaczne, na szczęście potem jest dużo lepiej.

Naprawdę mocną stroną tej gry są dialogi. Nie tylko rozmowy, które można prowadzić z różnymi postaciami, ale przede wszystkim komentarze głównych bohaterów do różnych sytuacji i ich dyskusje między sobą. W grze pojawia się też kilka stałych gagów, jak to, że nasza sąsiadka Sybilla, ciągle zmienia zawód, a cierpiący na manie prześladowczą właściciel Bosko u Bosko, co odcinek przebiera się za kogoś innego by zmylić wroga. Miło, że z epizodu na epizod trochę modyfikowane są realia gry tak, aby uwzględnić, co działo się poprzedniej przygodzie, a co jakiś czas pojawiają się nawet subtelne nawiązania do wcześniejszych odcinków. Ale z drugiej strony wynika z tego dość poważna wada, Sam&Max trochę choruje na wtórność. Raz spotkana postać, pojawiać się już będzie stale nawet, nawet jeśli jej głównym zadaniem jest tylko zajmowanie przestrzeni. Niby to fajne, bo można pomyśleć: "Aha! Ja to przecież kojarzę", ale po kilku godzinach gry, ma się wrażenie, że w kolejnych odcinkach jest za mało nowych elementów i budowane są one z podobnych klocków.

Parę słów o zagadkach, bo przecież to jeden z ważniejszych elementów każdej gry przygodowej. Moim zdaniem są one całkiem wyważone i na tyle lekkie, aby nie psuć zabawy. W większości udało się uniknąć przesadnego kombinowania i utrudniania graczom życia na siłę, choć przyznam, czasem niektóre działania wydawały mi się nielogiczne. Poziom zagadek ogólnie nie jest przesadnie wysoki, ale mimo wszystko czasami trzeba trochę wysilić szare komórki, żeby znaleźć rozwiązanie problemu i przejść dalej. Wszystko, co dzieje się na ekranie kojarzy się trochę z starymi kreskówkami Warner Bros i to bardzo pasuje do takiej gry. Zaprawieni w bojach fani przygodówek co prawda, pewnie spojrzą na Sam&Max z politowaniem, bo nie znajdziemy tutaj ogromnego wyzwania, ale ja uważam, że jest to rozsądny kompromis w takiej stylizowanej i lekkodusznej grze.